Archiwum

Archive for the ‘Uncategorized’ Category

Cesarstwo Rzymskie za panowania Juliusza Cezara a czasy współczesne

2014-10-20 3 komentarze

PRACowniA

Larry Bowers
Sott.net
2 stycznia 2013, 00:00 CST

© Unknown — Srebrny denar Cezara (44 BC)

Rolę środka płatniczego w starożytnym Rzymie pełniły sztabki i monety bite ze złota, srebra i różnych metali nieszlachetnych. W codziennym obrocie handlowym posługiwano się zwykle srebrnym denarem. Natomiast do rozliczania większych transakcji wykorzystywano złotego aureusa, którego wartość wyceniano najczęściej na 25 denarów (obie monety miały różne wagi); aureus służył także jako środek tezauryzacji (gromadzenia oszczędności).

W czasach poprzedzających rządy Cezara zdawano sobie sprawę, że rosnące w siłę Cesarstwo potrzebuje ożywienia gospodarczego, a w konsekwencji – większej podaży pieniądza. W tym okresie większą cześć strumieni pieniężnych płynących do Cesarstwa stanowiły łupy wojenne z terenu basenu Morza Śródziemnego. W połowie I wieku p.n.e., kiedy do władzy doszedł Cezar, do skarbca i do obrotu zaczęły trafiać zdobycze wojenne pochodzące z Galii (Europa Zachodnia).

Plebejusze i patrycjusze

© Unknown — Złoty aureus Cezara

Wzrost podaży pieniądza uzyskiwano również…

View original post 2 543 słowa więcej

Kategorie:Uncategorized

ZŁUDNA MAGIA CYFR – Rozmowa z prof. Aleksandrem Krawczukiem / Aleksander Krawczuk o poganach / Komentarz : Andrzej Szubert

2012-09-09 4 komentarze

Poniższy wywiad jest bardzo ciekawy z uwagi na zbliżający się koniec roku 2012 i związaną z tym propagandę tzw. „końca świata”, mającą głównie na celu usprawiedliwienie planowanego „kryzysu” (czyt. złodziejstwa i kradzieży naszych pieniędzy przez międzynarodowych banksterów) w przyszłym roku. I choć artykuł ten dotyczy analizy i oceny wydarzeń związanych z rokiem 2000, to niewiele stracił na aktualności!
Warto by zapoznać się z tym tekstem oraz uczulić i przestrzec ludzi przed kolejną już – po roku 2000, próbą oszustwa i wyciągnięcia od ludzi pieniędzy… Słowianin

Komentarz Andrzeja Szuberta ” Opolczyka ” : No cóż, ja także obawiam się, że banksterzy psychozę „końca świata” wykorzystają do jakiegoś kolejnego podstępu, a być może nawet do wywołania większej wojny. Przy czym zakładam wręcz, że wielu idiotów przyjęłoby to ze swoistą satysfakcją stwierdzając, że jednak się nie mylili i kalendarz Majów mówił prawdę.
Banksterzy coś szykują. To nie ulega wątpliwości. Ciekawi mnie jedynie, czy wygra frakcja zwolenników stopniowej, czy frakcja gwałtownej depopulacji.
W każdym razie dobijanie gospodarek idzie pełną parą i katastrofalny kryzys ekonomiczny – ten wymarzony przez Rockefellera odpowiednio wielki kryzys – nadciąga dużymi krokami.
Z posiadanej przeze mnie wiedzy wynika, że banksterzy planują nawet zainscenizowanie ataku kosmitów na Ziemię. I wtedy ogłoszą to rzeczywiście globalnym zagrożeniem, któremu przeciwstawić może się jedynie globalny rząd posiadające odpowiednie kompetencje. Do realizacji tego giga-oszustwa potrzebują jednak banksterzy przejęcia pełnej kontroli nad Rosją i Chinami. Bo cóż z tego, że NATO ogłosi atak kosmitów, jeśli rosyjskie media stwierdzą, że to fikcja i inscenizacja.

 

ZŁUDNA MAGIA CYFR – Rozmowa z prof. Aleksandrem Krawczukiem

 
„Im szybszy rozwój techniki, tym większe niebezpieczeństwo, że do władzy może dojść polityk o poglądach z epoki głębokiego średniowiecza”
nullProf. ALEKSANDER KRAWCZUK – historyk i pisarz, wielki propagator wiedzy o antyku, profesor w Katedrze Historii Starożytnej Uniwersytetu Jagiellońskiego; w latach 1986-1989 minister kultury i sztuki. Autor licznych książek popularyzujących historię starożytnej Grecji i Rzymu, takich jak „Cesarz August”, „Konstantyn Wielki”, „Poczet cesarzy rzymskich”, „Poczet cesarzy bizantyjskich”.

„Dzisiejszy chrześcijanin w naszym kraju chętnie pójdzie 500 kilometrów w pielgrzymce, ale ze swoim wrogiem nie zrobi ani kroku, bo sprawiedliwości musi stać się zadość i z takim draniem mu nie po drodze!”

 
  Cały świat szalał z powodu nadejścia 2000 roku. A czym ta noc sylwestrowa była dla pana profesora, historyka epoki antyku, który na dzieje ludzkości patrzy z wielkiego dystansu?

  – Niczym szczególnym i myślę, że fascynacja naszego świata zmianą daty powinna teraz być przedmiotem badań socjologów, psychologów, historyków myśli. Ludzie pragną, aby istniały jakieś daty przełomowe, gdyż z tym wiążą się różnego rodzaju nadzieje i lęki. Szaleństwa ostatniej nocy sylwestrowej nie miały w sobie nic racjonalnego. Świat chciał być oszukany i to się stało. Mieszkańcy całego naszego globu ulegli psychozie magii 2000 roku, jako daty przełomowej. Wartość nauki, w tym również historii, polega właśnie na tym, że poprzez pokazanie źródeł historycznych możemy uwolnić się od często różnych bzdurnych wyobrażeń.

  Nie każdy ma przecież szansę przeżycia rocznicy drugiego milenium. Imperium Rzymskie, którym się pan profesor zajmuje, nie przetrwało dwóch tysięcy lat?

  – W połowie III wieku n.e., za panowania cesarza Filipa Araba, obchodzone było pierwsze i ostatnie święto tysiąclecia Rzymu, ale było to to święto wolne od strachów, jakie my ostatnio przeżywaliśmy. W czasach starożytnych ludzie bali się różnych rzeczy, zaćmień słońca, księżyca, potopu, trzęsienia ziemi, ale nie bali się nastania nowych czasów, gdyż to wiązało się z ich stosunkiem do historii. Dla nich czas dostatku już był, najlepiej żyło się w Złotym Wieku i wszystko, co nastąpi, nic lepszego nie przyniesie. My dzisiaj uważamy, że człowiek może kierować wydarzeniami, zmieniać ustroje, uszczęśliwiać ludzi swoimi teoriami. Tymczasem Rzymianie mieli bardzo obojętne podejście do historii. Wszystko, co ma być, to i tak będzie, niezależnie od ludzkiego wysiłku. Inne mieli też podejście do kwestii dat. W życiu codziennym nie numerowano lat, zaczynając od jakiejś daty. Mówiono tylko, że to i tamto stało się, gdy konsulami byli ci i ci, lub cesarzem był ten i ten. Dzięki temu nie ulegali magii cyfr. Tylko w księgach uczonych pojawiały się daty liczone od roku 753 p.n.e., czyli od założenia Rzymu. Rzymianie dzielili historię na okresy uzasadnione konkretnymi faktami. A czy my dzisiaj też nie posługujemy się pojęciami dotyczącymi pewnych epok, mówiąc że to było „za czasów Gomułki”, a tamto stało się „za wczesnego Gierka”? Na przykład dla mnie, jako historyka, wiek XIX to powinny być lata 1815-1914, a wiek XX to okres od 1914 do 1989 roku. Tymczasem my jesteśmy zafascynowani numerologią.

  Rzym upadł, a chrześcijaństwo dotrwało do dwutysiącznego roku i świętujemy go, licząc od narodzenia Chrystusa.

  – Okrągła rocznica urodzin Chrystusa minęła już co najmniej kilka lat temu i od dawna wszyscy historycy wiedzą, że w VI wieku popełniono błąd. Ze względów technicznych nie można tej pomyłki już naprawić i z tym błędem musimy żyć. Nie można przecież przeliczyć całej historii, cofając ją od 4 roku p.n.e., gdyż wtedy mielibyśmy dzisiaj rok 2004. A stało się tak, gdyż pierwsi chrześcijanie przez całe wieki nie badali, kiedy się Chrystus narodził. Dla chrześcijaństwa antycznego najważniejszym świętem był dzień Zmartwychwstania Pańskiego, w którym tkwiła istota wiary. Wiedziano, że urodził się za panowania cesarza Augusta, gdy żył jeszcze król Herod i to im zupełnie wystarczało. Dzisiaj wiemy, że Chrystus urodził się w roku 4 p.n.e., a może nawet kilka lat wcześniej…

  Zresztą dzień narodzin Chrystusa, 25 grudnia, też jest przez historyków kwestionowany?

  – To zupełnie pewne, że nie mógł przyjść na świat z końcem grudnia, choćby ze względu na obecność pasterzy, którzy w okresie zimowym również w tamtejszym klimacie nie wypasają swoich owiec. Dopiero w IV wieku chrześcijanie próbowali znaleźć odpowiedni dzień w kalendarzu dla świąt Bożego Narodzenia. Podjęli bardzo słuszny wybór, ustalając to święto na dzień 25 grudnia, gdyż jest to data przesilenia zimowego, od której dnia zaczyna przybywać. A poza tym 25 grudnia Rzymianie obchodzili dzień Słońca Zwycięskiego. Było to wielkie święto dla wyznawców Mitry. Równocześnie chrześcijanie też często identyfikowali Chrystusa ze słońcem. Poza tym pogańskie święto Słońca poprzedzone było radosnymi Saturnaliami, ludzie bawili się, obdarowywali się prezentami. Wybierając tę datę, chrześcijanom udało się schrystianizować to pogańskie święto. Atmosfera radosnych Saturnaliów też przeniosła się na nasz okres poprzedzający Boże Narodzenie. Dlatego też pod względem kalendarzowym, obyczajowym i religijnym cały czas kontynuujemy tradycje z czasów rzymskich.

  Również powitanie Nowego Roku?

  – Oczywiście. Od 153 roku p.n.e. w dniu 1 stycznia rzymscy konsulowie obejmowali swój urząd i dlatego od tego czasu jest to bardzo ważna data. Dla Rzymu Nowy Rok to nowa kadencja dwóch konsulów.

  Co jeszcze zawdzięczamy Rzymowi w naszej tradycji?

  – O, bardzo wiele. Na przykład to, że nie pracujemy w niedziele. Pamiętamy niedawną dyskusję w naszym Sejmie na temat otwarcia sklepów w niedziele i powoływanie się na tradycję chrześcijańską. Gdybym był w tej kadencji posłem, zapytałbym z sejmowej trybuny, gdzie w Starym czy Nowym Testamencie jest mowa o niedzieli jako dniu wolnym od pracy? Wszędzie mówi się o sobocie, jako siódmym dniu tygodnia, licząc od niedzieli. A zresztą Chrystus był bardzo tolerancyjny do kwestii pracy w tym dniu i, jak to zostało napisane w Ewangelii św. Mateusza, gdy faryzeusze donieśli mu, że jego uczniowie w tym dniu zbierają ziarna, powiedział: „Przecież sabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla sabatu”. Dopiero Konstantyn Wielki, około roku 330, czyli w IV wieku n.e., ustanowił na cześć Boga Słońca niedzielę jako dzień wolny od pracy, zastrzegając jednak, że jeżeli jest to konieczne, można wykonywać niezbędne prace na roli. Ustanowienie wolnych niedziel jest jednym z nielicznych edyktów rzymskich, które obowiązują do dnia dzisiejszego.

  Co jeszcze zawdzięczamy kulturze rzymskiej?

  – Choćby i to, że w kościołach katolickich mamy obrazy i figury. Dawni chrześcijanie nie mieli w swoich świątyniach ani obrazów, ani też rzeźb, gdyż stosowali się do II przykazania biblijnego, które zakazuje oddawania czci jakimkolwiek wyobrażeniom. Kościół dopiero w IV wieku, pod wpływem masowo nawracających się pogan, zaczął tolerować sztukę figuratywną i oddawanie jej czci, co zresztą było powodem wielu sprzeciwów. Pamiętamy chociażby o obrazoburcach w Bizancjum, którzy przez cały wiek niszczyli ikony jako wyraz pogańskiej sztuki. Dzisiaj w prawosławiu są wprawdzie obrazy, ale nie ma figur. Obrazów figuratywnych nie ma w krajach islamskich, u ortodoksyjnych Żydów, protestantów. Ponieważ zabrakło drugiego przykazania, aby było ich nadal dziesięć, podzielono sztucznie dziesiąte przykazanie i dzięki temu mamy dziewiąte – „Nie pożądaj żony bliźniego Twego” i dziesiąte – „Ani żadnej rzeczy, która jego jest”, chociaż stanowić to powinno jedną całość. Stąd też podróżując po świecie, zwłaszcza po krajach protestanckich, trzeba uważać na numerację przykazań, gdyż nie wszędzie poszczególne przykazania mają te same numery, co u nas. Zwolennicy swoistej interpretacji drugiego przykazania przez Kościół katolicki argumentują, że dzięki temu wspaniale rozwinęła się sztuka sakralna.

  Dlaczego tak bardzo interesuje się pan okresem wczesnego chrześcijaństwa?

  – Moim powołaniem jest uświadamianie, jak bardzo jesteśmy rzymscy i dzięki temu potrafimy lepiej zrozumieć chrześcijaństwo. Równocześnie bardzo pragnąłbym, aby współcześni mi ludzie, a szczególnie nasi politycy, którzy podają się za katolików, bardzo poważnie traktowali swoje chrześcijaństwo i zaczęli myśleć kategoriami pierwszych chrześcijan. Dzisiaj nasz polityk-katolik modli się – „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”, po czym od siebie dodaje – „Ale sprawiedliwości musi stać się zadość!”, bo oko za oko, ząb za ząb. Natomiast chrześcijanin antyczny niczego już od siebie nie dodawał. Ja ci wybaczam, a wymierzenie sprawiedliwości zależy od Boga. Postępowano zgodnie z przykazaniem Chrystusa o „zasadzie drugiej mili”, o którym w żadnej współczesnej homilii nie słyszałem. Przecież Chrystus powiedział, że jeżeli ktoś cię przymusza, abyś szedł z nim jedną milę, idź z nim dwie, nie sprzeciwiaj się. Dzisiejszy chrześcijanin w naszym kraju chętnie pójdzie 500 kilometrów w pielgrzymce, ale ze swoim wrogiem nie zrobi ani kroku, bo sprawiedliwości musi stać się zadość i z takim draniem mu nie po drodze! Na tym właśnie polega różnica pomiędzy chrześcijaństwem obecnym a antycznym.

  Wróćmy jednak do 2000 roku. Dla pana profesora, jak zrozumiałem, to żadna ważna data. Ale czy, rzeczywiście, nie musimy się niczego obawiać w nowym tysiącleciu?

  – Jak już powiedziałem, problem roku 2000 nie leży w dacie. Sztucznie rozdmuchano psychozę nadejścia XXI wieku, gdyż był to znakomity biznes. Na euforii związanej z nowym tysiącleciem znakomicie zarobili organizatorzy zabaw, firmy turystyczne, komputerowe, kościoły. Cel został osiągnięty i na własne życzenie świat dał się oszukać i oszalał. Tymczasem poważny problem zmiany epok nie tkwi w numerologii, ale zupełnie gdzie indziej. Tragedią historii jest to, że w tym samym czasie na świecie żyją ludzie z różnych epok i dlatego jedni z drugimi nie mogą się porozumieć, inną mają mentalność, inną psychikę, inne kategorie myślenia i postrzegania. Jedni są już dawno w XXI wieku, a inni myślą jeszcze kategoriami głębokiego średniowiecza, a może nawet paleolitu. Dlatego też, przy tak szybkim rozwoju współczesnej techniki, stało się to niebezpieczne.

  Dlaczego?

  – Człowiek dysponujący łukiem lub kuszą niewiele mógł zrobić krzywdy innym, zabić jedną, dwie osoby. A co się stanie, gdy przy dostępnej obecnie technice wojennej do władzy dojdzie nie intelektualista mający poglądy odpowiadające trzeciemu tysiącleciu, ale człowiek o mentalności średniowiecznego fundamentalisty? Taki człowiek może jednego dnia dojść do wniosku, że należy wymordować wszystkich myślących lub kochających inaczej i to zrobi. Dlatego nie boję się nie mającej żadnego znaczenia zmiany daty, lecz tego, aby w XXI wieku o losach świata nie decydowali ludzie reprezentujący dawno minione czasy. Im szybszy rozwój nauki i techniki, tym zagrożenie to jest większe.

Rozmawiał: Leszek Konarski / 7 lutego 2000 / Źródło: Przegląd
 

Aleksander Krawczuk o poganach

 
  — Moim ulubionym cesarzem jest Marek Aureliusz. Jednak najbliższy jest mi Julian Apostata. Jest to wspaniała postać w historii Rzymu i jedna z najwspanialszych postaci w dziejach Europy. Imponuje mi on nie tylko ze względu na swój stosunek do religii, ale przede wszystkim ze względu na wspaniałe cechy charakteru. Proszę sobie wyobrazić młodego chłopaka, który kocha książki, spokojne życie uniwersyteckie i starą kulturę. Tak jak Krawczuk właśnie. I w pewnym momencie staje on przed zupełnie dla niego niepojętym zadaniem. Musi jechać z Aten do Galii i walczyć z Germanami. Zwycięży albo zginie. I ten człowiek postawiony w sytuacji rozpaczliwej sprawdza się. Dla mnie jest to coś wspaniałego. I jego stosunek do kultury, która była dla niego…religią. Słyszy pan, jak to ładnie brzmi — minister kultury czci człowieka, dla którego kultura była religią! On chciał ratować kulturę antyczną przed zalewem barbarzyństwa zewnętrznego i wewnętrznego. Tym barbarzyństwem wewnętrznym w owych czasach, niestety muszę to powiedzieć uczciwie, przez co narażę się wielu ludziom, było chrześcijaństwo. Cechowało się pogardą lub — w najlepszym wypadku — obojętnością dla dziedzictwa antycznego świata, które nierozerwalnie było związane z kultem bogów.

  — Pan jest wierzący?

  — Proszę pana, ten podział na wierzących i niewierzących jest po prostu bez sensu. Każdy normalny człowiek jest wierzący, bo wierzy w jakieś wartości, które niekoniecznie są uwarunkowane materialnie.
U nas niestety pokutuje bezsensowny podział na wierzących , którzy chodzą do kościoła i niewierzących, którzy są wstrzemięźliwi w tych poczynaniach. Natomiast gdyby pan zapytał mnie, czy ja jestem ateistą bądź marksistą , to w obu przypadkach bym zaprzeczył. I powiem panu coś, co wywoła uśmiech: ja jestem politeistą.
To znaczy, że wierzę w wielu bogów. No i powie pan: Krawczuk zwariował, bo tak się przejął starożytnością, że pewnie pali kadzidło przed Zeusem lub Afrodytą.
To dopiero poganin i grzesznik! Nie. To nie o to chodzi. Wszyscy, którzy są monoteistami wierzą w jednego, doskonałego Boga i zarazem, chcą czy nie chcą, muszą też wierzyć w jego przeciwieństwo, czyli esencję zła. W szatana. Z tej też przyczyny skłonni są dzielić wszystko, co na tym świecie się dzieje — dychotomicznie. Tu jasność, tam ciemność. Ja mam rację , ty jej nie masz, więc trzeba cię niszczyć. I stąd religie monoteistyczne są z reguły swej religiami nienawiści. I to jest zrozumiałe. Bo jeżeli ktoś nie jest po mojej stronie, to służy złu, diabłu i trzeba go wyplenić z korzeniami. Na co zresztą Pismo Święte daje szeroki przyzwolenie. Natomiast my, politeiści, jesteśmy sługami wielu bogów, którzy nie są doskonali. I stąd się biorą sympatyczne cechy politeistycznej religii — wyrozumiałość, łagodny sceptycyzm, naturalna tolerancja oraz pokora wobec ludzi i świata. My przede wszystkim jesteśmy otwarci, bo tak do końca nie jesteśmy pewni czy ten, czy tamten ma rację. Gdyby przybyli goście z kosmosu i chcieliby sklasyfikować ziemskie religie , to zastosowali by zapewne do tej klasyfikacji ewangeliczną zasadę: po owocach nie poznacie je. Oczywiście przedstawiciele wszystkich ziemskich religii uznaliby jedynie swoje za prawdziwe, doskonałe, dobroczynne, itd. Ale nasi goście z kosmosu na pewno by odrzucili te religie, które splamiły się krwią ludzką. Odrzuciliby chrześcijaństwo i islam. Natomiast zaakceptowaliby z tych wielkich religii jedynie jedną czystą — która nigdy nie skalała się krwią ludzką , prześladowaniami, inkwizycją, fanatyzmem, wojnami religijnymi — która ogarnia swoją miłością cały świat wszystkich istot żywych, czyli nie czyni przepaści nie tylko pomiędzy człowiekiem i zwierzęciem, ale nawet roślinami. Tę religią, jak zapewne panu wiadomo, jest buddyzm. I co ciekawe, ten stary czysty buddyzm jest religią bez boga, a więc jakby religią ateistyczną. Czyli odpowiadając na pytanie, czy jestem wierzącym, mógłbym odpowiedzieć: tak, jestem wierzącym politeistą. Ale ja nie jestem buddystą, bo religia ta ma też swoje uwarunkowania historyczne i lokalne, które każą im raczej wyżej stawiać moich sympatycznych dawnych bogów. Pan uśmiecha się, bo dostrzega żartobliwą nutę w moich wypowiedziach.

  — Pokora jest jedną z najważniejszych potrzeb i wyzwań dnia dzisiejszego. Któż to jednak rozumie?

  — I tacy my byliśmy starożytni — pełni pokory. Podczas gdy na przykład wielkie religie są religiami pychy ludzkiej. Według nich cały kosmos został stworzony przez człowieka! Czy pan ogarnia bezmiar tej pychy? Ale tak to jest. Jest to pycha niewiarygodna.

  — Ale czy kosmos można ogarnąć?

  — Jednak te religie twierdzą, że wszystko, absolutnie wszystko zostało stworzone po to, żeby dusza moja czy pańska mogła zaistnieć i być zbawiona. Taki jest ich jedyny sens. Jest to taka pycha, że może nawet to prawda?

  — Czy w pańskiej wierze jest też miejsce dla słowiańskiego Światowida?

Dla Światowida i wszystkich dawnych kultów. Kulty antyczne, pogańskie, śródziemnomorskie i nasze słowiańskie — miały bardzo sympatyczną cechę, o której się zapomina — wszystkie były związane z przyrodą, z kultem przyrody. W wierzeniach tych występują święte gaje, każda gwiazda jest czymś żyjącym i wreszcie u nas, słowiańskich pogan, występują święte drzewa. I przychodzą pierwsze misje chrześcijańskie na nasze ziemie. Od czego zaczynają szerzenie swojej wiary? Od rąbania starych, świętych drzew, którymi poganie składali swoje ofiary. I tu, proszę pana, jest początek katastrofy ekologicznej. Śmieje się pan? Niech się pan śmieje ze starego Krawczuka. Ale ja udowodnię, jak moje racje są głęboko zakorzenione w Starym Testamencie. Tam na samym początku, słowami Boga jest powiedziane: „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Człowiek jest panem wszelkiego stworzenia, jest właścicielem i może robić z ziemią cokolwiek chce. Bo to jest jego, bo mu to Pan Bóg dał. Zupełnie inny był stosunek do ziemi naszych pobożnych pogan. Tak, pobożnych pogan. Można o nich przeczytać w tekstach greckich i rzymskich. Dla Rzymian i Greków chrześcijanie byli ateistami, bo nie uznawali bogów. Chrześcijanie mieli swojego Boga, który dla Rzymian i Greków był Bogiem obcym i chrześcijanin był ateistą, gdyż nie uznawał ich bogów.
Chrześcijaństwo przyniosło ze sobą władczy stosunek do świata. Stosunek pana, a nie współmieszkańca. Podczas gdy dla nas, jeszcze raz podkreślam, pobożnych pogan cały świat jest na równych prawach. I dlatego jestem politeistą.

Za: http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,1062

 

Komentarz Andrzeja Szuberta ” Opolczyka „

 
Krawczuk w kilku miejscach ma rację, ale o Rzymie wygaduje same głupoty.

Pełną rację ma Krawczuk co do nienawistnego charakteru religii monoteistycznych:

“Wszyscy, którzy są monoteistami wierzą w jednego, doskonałego Boga i zarazem, chcą czy nie chcą, muszą też wierzyć w jego przeciwieństwo, czyli esencję zła. W szatana. Z tej też przyczyny skłoni są dzielić wszystko, co na tym świecie się dzieje — dychotomicznie. Tu jasność, tam ciemność. Ja mam rację , ty jej nie masz, więc trzeba cię niszczyć. I stąd religie monoteistyczne są z reguły swej religiami nienawiści. I to jest zrozumiałe. Bo jeżeli ktoś nie jest po mojej stronie, to służy złu, diabłu i trzeba go wyplenić z korzeniami.”

Pełną rację ma on co do owego nieszczęsnego “czyńcie ziemię sobie poddaną”. Tylko, że Krawczuk to kolejny Polak szukający natchnienia i wzorców w imperialistycznym Rzymie zamiast na naszej Słowiańskiej Ziemi, pod świętymi dębami…

To Rzym – czego Krawczuk nie zauważa – sam był barbarzyński, choć nie-Rzymian nazywali Rzymianie barbarzyńcami.
Podboje, zniewalanie dziesiątków ludów i krain to była rzymska racja stanu. W tym w niczym Rzym nie różnił się od późniejszego katolicyzmu czy współczesnego żydo-globalizmu.
Sam kiedyś podziwiałem cesarza-filozofa, stoika Marka Aureliusza. Tylko co to za stoik który akceptuje rzymski imperializm, rzezie na arenach, niewolnictwo… A Apostata nie musiał być cesarzem (mógł korony nie przyjąć) ani jechać na wojnę do Galii. Zresztą, gdyby Galii Rzym nie podbił i nie zniewolił, Apostata nie musiałby tam w ogóle jechać.

To co robił Rzym w Europie, Azji i Afryce nie było niczym innym niż narzucaniem siłą i podbojami komu tylko można Pax Romana. Podbitych bezwzględnie eksploatowano łupieniem skarbów, podatkami i handlem wziętych do niewoli obrońców własnych krajów.
Czym się to różniło od tego, co później robili watykańscy jahwiści narzucając komu się dało Pax Catolica?
Tylko tym, że Rzym nie zmuszał nikogo do własnej religii. Ale zniewalał politycznie, mordował, uciskał i łupił jak jahwiści wieki po nim.

Krytyka nienawistności religii monoteistycznych przez Krawczuka jest jak najbardziej zasłużona.
Imperializm katolicki stał się wręcz ludobójczy. Ale i protestanci brali w chrześcijańskim ludobójstwie udział.
Ponadto protestantyzm, podobnie jak katolicyzm, w barbarzyński sposób traktował świętości podbijanych ludów.

Podam konkretny przykład takiego właśnie barbarzyństwa białych, głównie protestantów, w USA – oto co ta protestancka dzicz zrobiła ze świętymi Górami Czarnymi:

“Pomimo zagwarantowania przez rząd Stanów Zjednoczonych prawa Siuksów do Black Hills traktatami w Fort Laramie z lat 1851 i 1868 oraz wojen Indian Wielkich Równin w obronie ziem plemiennych w latach 60. i 70. XIX w., Góry Czarne stały się stopniowo obszarem amerykańskiego osadnictwa i eksploatacji przemysłowej, a ostatnio także – masowej turystyki.”
http://pl.wikipedia.org/wiki/Black_Hills

To samo, a nawet gorzej robiła biała chrześcijańska rasa z Aborygenami.

Ich świętą górę depczą buciorami turyści.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Uluru

Nie tylko to…

“Rządy Australii aż do połowy lat 60. XX wieku stosowały wobec Aborygenów politykę przymusowej asymilacji i dopiero wtedy wykreślono ich z oficjalnej Księgi Flory i Fauny (uznając ich za ludzi – stworzenia posiadające wolną wolę, zdolność logicznego myślenia oraz tzw. wyższą świadomość – i przyznając im prawa obywatelskie) …”
http://pl.wikipedia.org/wiki/Aborygeni_australijscy#Historia

Biała rasa z żydowskim łbem i otumaniona żydowskimi ideologiami/religiami to najgorsza plaga…

Rzym był nieco lepszy, ale tylko nieco lepszy. O czym minister kultury powinien wiedzieć. Podbite przez Rzym ludy czuły się często jak Polacy pod zaborami.
A pan Krawczuk wychwala zaborcę.

 
Teraz o wywiadzie profesora-ministra

Najbardziej denerwujące u niego jest dla mnie nazywanie obrzezanego cieśli „Chrystusem”. Skoro profesor nie jest jahwistą i jest miłośnikiem pogańskiego Rzymu – to dlaczego używa bzdurnej jahwistycznej terminologii. Jahwiści obwołali sobie Joszue „chrystusem” – i to jest ich sprawa. Niech się do ich obrzezanego „chrystusa” modlą. Tylko dlaczego nie-jahwista tego żyda tytułuje „Chrystusem”. Nie jest to sprawa wbrew pozorom błaha. Pokazuje ona do jakiego stopnia jahwizm zatruł umysły ludzi – miłośnik pogaństwa i Rzymu, profesor i minister kultury jak bezmyślny baran klepie za jahwistami „chrystus, chrystus, chrystus”…

Jest uproszczeniem stwierdzenie, że Rzym dał nam to czy tamto. W rzeczywistości nie Rzym, a żydo-chrześcijaństwo dało nam przywłaszczone przezeń od Rzymu niedzielę czy nowy rok 1 stycznia.
Rzym i tak skazany był na upadek. Imperium zbudowane na krwi, podbojach i niewolnictwie musiało upaść. Gdyby przed upadkiem nie przyjął Rzym żydo-chrześcijaństwa – nie mielibyśmy ani niedzieli, ani nowego roku 1 stycznia. Inną sprawą jest to, że nie mam nic przeciwko wolnej od pracy niedzieli. Lepiej świętujmy pogański dzień słońca niż żydowski szabat.
Nowy rok natomiast powinien wypadać – w moim przekonaniu 21 marca.
Jest to jeden jedyny w roku dzień, kiedy w południe słońce stoi prostopadle nad równikiem. A na naszej półkuli zaczyna się wiosna – czyli nowy roczny cykl. Arbitralne ustalenie nowego roku na 1 stycznia w związku z obejmowaniem urzędu przez konsulów było dobrym rozwiązaniem dla Rzymu, ale dla nas nie powinno to mieć żadnego znaczenia.
Dla mnie zresztą emocjonalnie zawsze rok zaczynał się wiosną. A nie 1 stycznia.
Natomiast z tego, że żydo-chrześcijaństwo od Rzymu przejęło rzeźby i obrazy – nie ma co Rzym być taki dumny. W Częstochowie nie byłoby czarnej żydówki-madonny. Od Rzymu przejęło też żydo-chrześcijaństwo „rzymską szubienicę” – co Rzymowi chluby nie przynosi.

Do okrągłych arbitralnych dat nie przywiązywałem nigdy wagi. Już b. dawno zauważyłem, że są one bzdurne. Skoro nie wiadomo, kiedy Joszue się urodził – to jak można liczyć czas od „jego urodzin”. A ponadto – co mnie jego urodziny obchodzą. Chińczycy mają inny kalendarz. Jahwiści muzułmanie też (u nich jest teraz coś ok 1400 rok). A u nas Słowian jest teraz rok 7520.

Przy czym profesor przeoczył jedną sprawę. Rok 2000 nie był początkiem nowego tysiąclecia. Był ostatnim rokiem drugiego tysiąclecia. Trzecie tysiąclecie zaczęło się wg. kalendarza obowiązującego na zjudaizowanym zachodzie 1 stycznia 2001 roku.

Nie wiem też, kogo ma na myśli profesor używając określenia „intelektualista mający poglądy odpowiadające trzeciemu tysiącleciu”.
Przecież intelektualiści byli prawie zawsze i prawie wszyscy na usługach rządzących. To intelektualiści wszystkich epok pracowali nad lepszą bronią dla ich władców. Robił to geniusz matematyki starożytnej Archimedes, robił to geniusz renesansu Leonardo da Vinci. Robili to genialni fizycy w XX wieku – budując bomby atomową, wodorową, neutronową.

Intelektualiści rozkochani w czczeniu i hołubieniu ich własnych rozumków i pomysłów to niebezpieczna kasta poprawiaczy i ulepszaczy Natury. Ja wolę już „prymitywnego dzikusa” niż jajogłowego intelektualistę.
U wielu plemion murzyńskich np. istniał w przeszłości zwyczaj zamykania kobiet i dzieci wszystkich walczących ze sobą plemion w otoczonej palisadą wiosce. Wojownicy mieli zakaz zbliżania się do takiej wioski na odległość głosu piejącego koguta. Wojownicy zabijali się więc nawzajem skolko ugodno, ale kobiety i dzieci obu stron były bezpieczne i nie cierpiały z powodu działań wojennych.
Dlaczego intelektualiści nie wymyślili czegoś podobnego w cywilizowanym świecie białego człowieka?

Zachwytu profesora nad Rzymem nie jestem w stanie zrozumieć. Z punktu widzenia garstki patrycjuszy była to piękna cywilizacja. Z punktu widzenia milionów podbitych nie-rzymian, mas niewolników pozbawionych jakichkolwiek praw i gladiatorów szlachtowanych ku uciesze motłochu Rzym aż taki wspaniały nie był.
 

ZOBACZ TEŻ :

Nieustający triumf mitologii żydowskiej ( z komentarzem Andrzeja Szuberta ) :
http://opolczykpl.wordpress.com/2012/08/22/nieustajacy-triumf-mitologii-zydowskiej/

Jestem głosicielem radosnej nowiny – Rozmowa z prof. Aleksandrem Krawczukiem : http://epafroditos.blogspot.com/2009/12/jestem-gosicielem-radosnej-nowiny.html

” Pogański ” duch Europy :
http://epafroditos.blogspot.com/2008/03/pogaski-duch-europy.html

Powrót do pogańskich korzeni … ( Andrzej Szubert o sobie ) :
http://opolczykpl.wordpress.com/2012/05/21/powrot-do-poganskich-korzeni/

Ojczysty Panteon i ojczyste spory :
http://pl.wikipedia.org/wiki/Kategoria:Mitologia_słowiańska

Kategorie:Edukacja, Ezoteryka, Historia, Kultura, Nauka, Polityka, Religia, Uncategorized, Wiadomości, Świat Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

FILOZOFIA JANA STACHNIUKA / Etos pogański vs chrześcijański

2012-08-20 4 komentarze

Jan Stachniuk (1905-1963) jest w Polsce myślicielem mało znanym – celowo przemilczanym. Nie znajdziemy jego nazwiska w encyklopedii. A to za sprawą antykatolickiego światopoglądu, którego był gorącym orędownikiem przez całe swoje życie. null Jego zdaniem degrengolada narodu polskiego spowodowana jest przez katolicyzm ze swoim systemem wartości – sięga okresu, kiedy na ziemiach polskich zwyciężyła kontrreformacja. Ten stopniowy upadek narodu i państwa polskiego można dostrzec najlepiej, kiedy porówna się linie rozwojowe narodów opanowanych przez formację katolicką, z jej systemem wartości (przyjętych jako wartości narodowe) – oraz tych, które wyzwoliły się spod totalnych wpływów Kościoła katolickiego (narody protestanckie).
Przez ignorantów z prawej i lewej strony sceny politycznej Stachniuk określany był jako “komunista“ bądź “faszysta“. Nie był ani jednym, ani drugim. Był natomiast zdeklarowanym humanistą i panteistą.
Nie był komunistą, bo za sprawą komunistów właśnie stracił zdrowie – po jego uwięzieniu w 1949 roku. Zarzucano mu wówczas poglądy antysemickie i faszystowskie, gdyż przed wojną stworzył ruch polityczny o charakterze nacjonalistycznym pod nazwą Zadruga. Bardziej jednak niż Żydów Zadruga atakowała katolicyzm i chrześcijaństwo w ogóle, który nazywano “młodojudaizmem“. Stąd brał się zarzut ze strony obozu katolickiego w Polsce o “neopoganizm“ Stachniuka i stworzonego przezeń ruchu.
Co prawda ideowo Zadruga była nieco zbliżona do tradycyjnego nurtu polskiego nacjonalizmu z początku wieku XX (ruchy nacjonalistyczne pojawiły się w tym okresie we wszystkich narodach katolickich jako reakcja na przewagę narodów protestanckich w świecie), kiedy powstawały takie dzieła, jak “Egoizm narodowy wobec etyki“ Zygmunta Balickiego czy “Myśli nowoczesnego Polaka“ Romana Dmowskiego[1]. Jednak późniejsza ewolucja obozu narodowego – w kierunku jego katolicyzacji w okresie międzywojennym – z naczelnym hasłem “Bóg i Ojczyzna“ – nie była do przyjęcia ani przez Stachniuka, ani przez innych członków stworzonego przezeń ugrupowania[2]. Stąd trzeba zgodzić się z opinią, że Zadruga była nie tylko alternatywnym ruchem o charakterze narodowym w stosunku do katolickiego obozu narodowego, ale i całkowitą antytezą tejże formacji narodowo-katolickiej[3]. Z tym, że jej oddziaływanie i społeczna propaganda – w porównaniu z tradycyjnym obozem narodowym – było niewielkie przede wszystkim ze względu na swój wojujący antykatolicyzm.

 
Teoria wewnętrznego rozwoju Polski
– historiozofia według Jana Stachniuka.

“DZIEJE BEZ DZIEJÓW. Teoria wewnętrznego rozwoju Polski“ – to fundamentalna praca Jana Stachniuka (wydana w Warszawie 1939 roku)[4]. Zawiera ona nie tylko jego poglądy na “paradoksalnie bez dziejowe“ dzieje Polski, ale i “próbę wykrycia sił sprawczych, leżących u podstaw przeżywanej epoki. Stąd podtytuł książki: “Teoria rozwoju wewnętrznego Polski“[5]. Jak sam autor przyznaje, “Dzieje bez dziejów“ zrodziły się z postawy buntu wobec dziejów, którym brak znamion wielkości. (…) Praca (…) ta jest szeroko zakrojoną próbą uchwycenia w zwarty system myślowy rozlicznych powikłań, składających się na całość naszego życia zbiorowego w latach 1600-1950 (…)“[6].
Stachniuk narzekając na “bezproduktywne banały naszej oficjalnej nauki historii“, “komunały na użytek chwili preparowane“, starał się sięgnąć do “źródeł, skąd wyrastają siły istotnie czynne w rozwoju Polski“[7]. Jednocześnie podkreśla, że są one “duchowej natury“ i “pod ich działaniem rodzą się nieubłagane a ponure procesy, których nieodwracalność, tak długo jak długo czynne są te siły, jest niemożliwa“[8]. To implikuje – zdaniem autora – “konsekwentną postawę najgłębiej sięgającego rewizjonizmu“ oraz “postawę buntu wobec treści duchowych, które powszechnie zwykło się uważać za najwyższe na skali wszelkich wartości“[9].
W przedmowie do swej pracy Stachniuk wyraża nie tylko zdecydowaną wolę walki z “prawdami trwającymi od wieków w sklerotycznym zastoju“, ale ma też świadomość oporu z jakim spotka się jego idea – radykalnego i bezkompromisowego rewizjonizmu tradycyjnych wartości. Nie robił sobie także złudzeń co do tego, by jego przemyślenia rzucone na kartach “Dziejów bez dziejów“, wywołały jakieś natychmiastowe wstrząsy. Pisze, iż “co najmniej śmiesznym byłoby oceniać tę pracę według kryteriów, jakie narzuca bieżąca chwila. Tu raczej należy baczyć, by zachłyśnięcie się bieżącą chwilą nie stało się narzędziem tych sił, które kierowane swym pasożytniczym zmysłem, chwytają każdą okazję dla utwierdzenia się i zwiększenia swego żeru. Te to bowiem siły najczęściej szczują hasłem: “Polska nie ma czasu“[10]. Stachniukowi chodzi oczywiście o obrońców tradycyjnych wartości; przyjętych jako wartości rodzime, polskie, ale tak naprawdę o obcej proweniencji (chrześcijaństwo w wersji rzymskokatolickiej).
Autor przyznaje, że jego dzieło może spowodować krańcowo odmienne postawy psychiczne – także pesymistyczne. Nie zgadza się jednak całkowicie z tym potencjalnym, aczkolwiek – jego zdaniem – fałszywym zarzutem o skrajny pesymizm; jak przyznaje, jego intencje były wręcz odwrotne[11].

Przedmiotem “teorii rozwoju wewnętrznego Polski“ jest oczywiście historia polskiego narodu. W rozdziale pierwszym zatytułowanym “Historia narodu jako przedmiot teorii“, autor podkreśla, że “r z e c z y w i s t o ś ć p o l s k a, w i d z i a n a o c z a m i ż y j ą c e g o p o k o l e n i a j e s t t a k a, j a k ą j ą s t w o r z y ł n a r ó d w y s i ł k i e m p o k o l e ń u b i e g ł y c h i t e g o, k t ó r e a k t u a l n i e p o z i e m i n a s z e j s t ą p a“[12]. Stachniuk dystansuje się od tych wszystkich poglądów, które podkreślają decydującą rolę warunków biologicznych, geograficznych, geopolitycznych, klimatu itd.; winą za klęski narodu obarczają czynniki zewnętrzne, niekorzystne okoliczności etc. Pisze: “wpływy zewnętrzne, wyciskające swoje piętno na polskiej rzeczywistości, nie zmieniają istoty rzeczy, gdyż rozpatrywać je należy jako warunki dane, wśród których przebiegała aktywność życiowa licznych pokoleń, składających się z milionów jednostek. Narody ościenne, ich zasięgi i oddziaływania historyczne należą do tej samej kategorii zjawisk, jak klimat, gatunek gleby, roślinność, ukształtowanie powierzchni, system rzek. Naród, pojmowany jako ciąg pokoleń, działać musiał wśród tych okoliczności, dzięki czemu aktualna rzeczywistość cywilizacyjna jest wynikiem tego działania, produktem zachowania się życiowego setek milionów istnień zarówno już zmarłych, jak i żyjących. Wszystko, co się składa na “teraz“ jest sumą zobiektywizowanych aktywności życiowych niezliczonych milionów jednostek. Jutro zaś będzie takim, jakim je stworzą członkowie narodu polskiego żyjący “dziś“ [13]. Tym samym autor “Dziejów bez dziejów“ odcina się od teorii rozmaitych determinizmów, m.in. geograficznego i środowiskowego, podkreślając rolę światopoglądu, religii jako czynnika konstytuującego postawę życiową poszczególnych jednostek i narodu jako całości[14]; podkreśla przy tym mocno rolę “charakteru narodowego w stwarzaniu dziejów“[15].
Stachniuk zdecydowanie odcina się od rasizmu – jest to ważne, ponieważ “Dziejom bez dziejów“ stawiano zarzut, m.in. kopiowania rasizmu niemieckiego, a Stachniukowi wzorowanie się na nazistowskim mistyku Rosenbergu. Tak na przykład w czasie wojny ukazała się nakładem Frontu Odrodzenia Polski broszura Zofii Kossak pt. Po dyktandem Berlina[16]. Autorka komentuje w niej fakt drugiego wydania przez władze okupacyjne pracy Stachniuka. Co oczywiście świadczy jej zdaniem tylko o jednym, że Stachniuk jest “dywersantem niemieckim na usługach Berlina“[17], kopiującym wzorzec hitlerowski. Tymczasem w “Dziejach bez dziejów“ nie ma nawet zdania, które potwierdzałoby słuszność tych zarzutów (o naśladownictwo nazizmu).
Stachniuk zauważa natomiast, iż często na idee rasistowskie – na to, że rasa mogła zdecydować o polskim charakterze narodowym, powołują się ludzie stojący na stanowisku wybitnie wrogim wszelkiemu rasizmowi. “Szczególnie częstym jest – pisze on – twierdzenie przedstawicieli katolickich, którzy w obronie przed zarzutem, iż katolicyzm stworzył polski charakter narodowy, a tym samym i upadek narodu, głoszą, iż to nie katolicyzm zdegradował naród, lecz właśnie naród polski zdegradował katolicyzm“[18]. Stąd wniosek, że istnieje coś takiego jak “rasa polska“ jako źródło “istniejącej rzeczywistości polskiej“. “Mielibyśmy więc – naigrywa się Stachniuk – odrębny rasowy typ polski, typ rasy polskiej, która stworzyła upadek narodu w ostatnich trzech stuleciach, czemu nie mógł przeciwstawić się zwycięski, coraz potężniejszy katolicyzm. Nawet pomimo ogromnego rozrostu tegoż katolicyzmu zgubne skutki, sprawiane przez “rasę polską“, nie mogły być zneutralizowane“[19].
Zdaniem autora “Dziejów bez dziejów“ “bajdurzenie o polskiej rasie nie wytrzymuje krytyki“, gdyż “n i e m a p o d s t a w d o t w i e r d z e n i a, i ż c h a r a k t e r n a r o d o w y p o l s k i w y r ó s ł z r a s y, i ż j e s t o d b i c i e m d u s z y r a s o w e j“[20].
Stachniuk przytacza opinię Dmowskiego, który w swych “Myślach nowoczesnego Polaka“ zwrócił uwagę na to, że Prusacy to “potomkowie wspólnych nam przodków lub bliskich ich krewniaków“, a także “w ogromnej liczbie czystej krwi Polaków“. I ten sam “materiał“ – tylko poddany innym wpływom – “innej szkole państwowej, dał tak silny, żywotny, tak czynny politycznie naród, że zdołał on zorganizować całe Niemcy“[21].
Autor “Dziejów bez dziejów“ na zakończenie swych rozważań o “rasie polskiej“ zauważa – nie bez pewnej dozy ironii – że “rzekoma “rasa polska“ (…) dziwnie przylgnęła do prawd katolicyzmu. To samo widzimy w Hiszpanii, Portugalii, i w historii Włoch. Wynikałoby stąd, iż mniej wartościowe rasy – polska, hiszpańska, włoska – ciążą do katolicyzmu. Wobec tego oddalanie się od katolicyzmu, całkowite z e r w a n i e z n i m ś w i a d c z y ł o b y o t y m, i ż n i e n a l e ż y s i ę j u ż d o r a s y “n i ż s z e j“. Bunt przeciw katolicyzmowi musi być za tym dziełem tych elementów “rasowych“, które są pozbawione obciążeń niższości“[22].
W dalszej części swoich wywodów Stachniuk odpiera zarzut jakoby na charakter polski miało decydujący wpływ: środowisko geofizyczne[23]; typ zajęć i form życia gospodarczego[24]; czy instytucje społeczno-polityczne[25]. Jednocześnie zwraca uwagę na to, że tak “bardzo rzadko (…) możemy usłyszeć zdanie, iż charakter narodowy polski jest ukształtowany przez pewne czynniki duchowe. O tym, iż polski charakter narodowy, taki jaki on jest, jest równoznaczny z typem kulturalnym opartym o pewną zwartą konstrukcję światopoglądową, mówi się bardzo ostrożnie“[26]. Konkludując autor “Dziejów bez dziejów“ stwierdza, że “p o l s k a d u s z a z b i o r o w a, p o l s k i c h a r a k t e r n a r o d o w y, t a k i j a k i o n j e s t o d c z a s u p e ł n e g o z w y c i ę s t w a k a t o l i c y z m u w P o l s c e w XVI w., j e s t d z i e ł e m k a t o l i c y z m u“[27].
O tym, że katolicyzm stanowi istotę polskości potwierdza także wcześniej cytowany Dmowski[28], z tym, że z tego faktu wyciągał on całkowicie przeciwne wnioski aniżeli Stachniuk.

 
Część II

Stachniuk przeciwstawia postawę wegetatywną (wspólna całemu życiu organicznemu) – postawie heroicznej (właściwej tylko człowiekowi). “Postawa wegetatywna – pisze – jest wspólna całemu życiu organicznemu; przecina ona duchowość człowieka w ten sposób, iż życie uczuciowe i aparat umysłowy jest jakoby czymś niepotrzebnym. (…) Ponieważ człowiek posiada jeszcze życie psychiczne, tj. procesy uczuciowe i intelektualne, więc też w rytmie wegetacji muszą one być dostosowane, uciszone i włączone do ogólnej harmonii. To dostosowanie da nam lirykę wegetacji, lirykę trawienia w takim lub innym systemie kontemplacji. Wgłębienie się w wegetację dać musi zjawisko ucieczki od świata zewnętrznego, materialnego, wrogość doń, niechęć do kontaktu z nim, a więc niechęć do pracy, woli mocy, potęgi, wysiłku itp.
Postawa heroiczna jest przeciwstawieniem tego wszystkiego. Rozsadza ona rytm wegetacji. Aparat psychiczny, zamiast zamierać w liryce trawienia, w dziwach kontemplacji, staje się potężnym narzędziem opanowania żywiołów materialnych, oraz żywiołów, składających się na istotę człowieka. Postawa heroiczna ma strzałkę kierunkową wręcz przeciwną niż rytm wegetacji. Człowiek tą postawą opanowany, zamiast podporządkowywać się wegetacji, dąży do jej opanowania, do realizacji mitu wszechpotęgi[29].
Analizując sytuację Polski Stachniuk nie kryje, że “współczesne życie polskie jest rażącym zaprzeczeniem tego wszystkiego, co w duszy czującego narodowo Polaka wiąże się z odczuciem Wielkości. (…) Pomijając przeraźliwą nędzę materialną, niesłychanie niski poziom cywilizacyjny całości życia narodowego, n a j b a r d z i e j u d e r z a j ą c ą, n a j d o t k l i w i e j d a j ą c ą s i ę o d c z u ć j e s t n ę d z a d u c h o w a, m o r a l n a, n i e s a m o w i t e u b ó s t w o ż y c i a u c z u c i o w e g o“[30]. Stąd też “r o d z i s i ę n a k a z ś w i a d o m e g o w p ł y n i ę c i a n a t ę r z e c z y w i s t o ś ć, przekształcenia jej według posiadanego wzorca, będącego wykładnikiem naszej postawy wobec życia“[31].
Stachniuk analizuje cywilizacje wyrosłe z “postawy wegetacji“, wskazując na cechy wspólne – wydawałoby się najbardziej odległych od siebie systemów społeczno – kulturalnych i religijnych: “Buddyzmu, Braminizmu, starego Judaizmu, młodego Judaizmu (chrześcijaństwa), Konfucjonizmu, Mahometanizmu itp.“[32]. Ujmują one życie jako coś, “co jest bez reszty zamknięte w ramach sztywnych praw“ – pisze – a różnice występujące pomiędzy nimi “są barwną zasłoną utkaną z jaskrawych szczegółów drugorzędnych. (…) Różnice w sposobie łagodzenia strachu przed nicością, przed nieubłaganą “śmiercią“, rozmaite sposoby zwalczania i duszenia buntujących się mocy są czymś, co najbardziej się rzuca w oczy, aczkolwiek są to już rzeczy nieistotne, wtórne“[33].
W odróżnieniu od systemów wegetatywnych postawa heroiczna “pcha człowieka ku twórczości, ku władztwu nad żywiołami“; w systemie tym nie do pomyślenia jest izolowanie się jednostki od społeczeństwa. Twórczość człowieka powinna przebiegać według nakreślonego wcześniej planu, “linii rozwoju dziejowego“. “Jednostka jest na posterunku, na którym ktoś przed tym był czynny i dzieło doprowadził do pewnego punktu, od którego ona ma działać w sposób określony danymi warunkami. Jest to problem mitu, problem planu akcji dziejowej, rozwijającej się, przechodzącej swoje fazy, a więc zmiennej, gdzie o “odwiecznych zasadach“ mówić jest rzeczą śmieszną. Jest to ciągłość i zmienność, napięta myśl i wola, wytężenie i przystosowywanie się do logicznie nadążających zmian. Człowiek jest specjalną komórką, spełniającą doniosłe funkcje w milionowym organizmie społecznym, ewoluującym ku swym celom, etapami których jest narastająca moc i potęga[34]
Zdaniem Stachniuka “wielkość w dziejach jest niesłychanie rzadkim zjawiskiem. (…) Epoki owiane duchem wielkości są niesłychanie nikłym wycinkiem“[35]. Przy czym cały nasz dorobek zawdzięczamy światu antycznemu wraz z epoką porenesansową, tj. ok. 1000 – 1500 lat, a więc 40 – 50 pokoleń, gdy tymczasem “ród ludzki istnieje na globie ziemskim według obliczeń antropologów około 1000 000 lat, a więc około 30 000 pokoleń (…)“[36]. Podstawą tych wszystkich przemian cywilizacyjnych, dokonujących rewolucyjnego przełomu w dotychczasowej wegetacji, jest heroiczne ustosunkowanie się do bytu – heroizm, który u nas przyzwyczajono się kojarzyć – twierdzi Stachniuk – “z konikiem, szabelką, orderem, biodrzastą dziewczyną, nie zaś z napiętą wolą całego życia, prozaicznym zajęciom oddanego, jednak porządkującego świat na swoim drobnym odcinku według wewnętrznej wielkiej wizji, szarego, bezimiennego człowieka. (…) Każda wielka epoka to przede wszystkim zagadnienie m i t u. Mit jako plan akcji dziejowej, narzucający jednostce sposób zachowania się w jej codziennym życiu w najbardziej szarych zabiegach, a jednocześnie wiążący je w oczywisty i wyraźny węzeł z najwyższymi ideałami, nadający każdej chwili trwania głęboki sens, otaczający je aureolą najwyższego piękna, jest tym mechanizmem społecznym, który stwarza ujście dla postawy heroicznej, daje możliwość jej obiektywizacji. (…)
Postawa heroiczna jest to wola twórczości; ta zaś nie może się ograniczyć do wymiarów “duszy“, lecz musi uruchomić elementy świata zewnętrznego, rzucić pomost do żywiołów człowieka otaczających i wraz z jego natura psychofizyczną traktować wszystko razem jako tworzywo“[37]. Stachniuk odcina się jednak od materialistycznego pojmowania świata i jego zjawisk, przekonuje, że każda twórczość ujawnia tylko swoje zewnętrzne przejawy – ich ład, ukryta natomiast pozostaje siła duchowa, która tkwiła u jej źródeł. Krytykuje więc Karola Marksa za to, że, uchwycając prawidłowość w ruchu “e l e m e n t ó w m a t e r i a l n y c h wiru gospodarstw kapitalistycznego“, popełnił “zasadniczy błąd, mszczący się na tych, którzy, próbowali w oparciu o tę koncepcję przebudowywać świat“[38]. Marks nie dostrzegał bowiem “tych sił duchowych, które na podobieństwo motoru cały ten zawrotny ruch sprawiały“[39]. W innym miejscu autor “Dziejów bez dziejów“ chwali “kapitanów przemysłu“, twórców kapitalizmu i imperiów nowoczesnych jako reprezentantów heroicznej postawy wobec bytu[40]; nie ma nic przeciwko sprowadzeniu klasy proletariackiej do “rzędu towarów, a więc czynnika czysto materialnego“[41], co przecież oburzało twórców komunizmu.
Jak przekonuje Stachniuk warunkiem powodzenia obiektywizacji postawy heroicznej wobec bytu, która zawsze jest elementem stałym (to tylko świat pod jej wpływem ulega przemianom) jest skonstruowanie mechanizmu złączenia żywiołów psychicznych tkwiących w człowieku z elementami świata zewnętrznego. Przy czym “wszystkie elementy składowe są czymś oryginalnym. Tyczy to stanu cywilizacyjnego, kulturalnego (techniki, gospodarstwa, świata pojęć i wyobrażeń), jak i podłoża geofizycznego. Pomiędzy wolą twórczości ożywiającą jednostkę, a tymi elementami musi być rzucony system pasów transmisyjnych, jako warunek narzucenia człowiekowi wytężonego rytmu. Rzem stanowi to mit“[42]. Mit jest “planem akcji zbiorowej, wytycza tor aktywności dla całej grupy, a także dla każdej jednostki“[43]; organizuje życie całej zbiorowości, wskazując na głęboki sens nawet najbardziej prozaicznych czynności, które przybliżają poszczególne jednostki, jak i całą zbiorowość – do “płomiennie upragnionej wizji“. Zadaniem systemu wychowawczego jest reprodukowanie właściwego typu przeciętnej społecznej, który odpowiada ideałowi heroicznej postawy wobec bytu[44]. Postawa taka miałaby więc ożywiać całą zbiorowość – bez żadnych wyjątków.
Jak twierdzi Stachniuk “ta sama postawa woli twórczości może dać różne style twórczości, różne typy cywilizacji. Pochodzi to stąd, iż środowisko w które włącza się wola twórczości, jest z zasady produktem jemu tylko właściwego rozwoju historycznego. Cała historia danej grupy narodowej, będąca czymś nieskończenie oryginalnym, jest w pewnym momencie zasadniczym czynnikiem dokonywującego się złączenia elementów w syntezę. Stąd też wielość mitów narodowych naszej epoki“[45]. Zdaniem autora “Dziejów bez dziejów“ przykłady takiej postawy charakteryzującej się wolą twórczości odnajdujemy w cywilizacji grecko-rzymskiej, która jednak uległa “bakcylowi judejskiemu“ – upadła, rozsypała się “na elementy składowe, na wegetujące w pustelni takich, lub innych otok, izolowane persony“[46]. Następnie po upadku Imperium Zachodniorzymskiego “chrześcijaństwo, ogarniając Germanów, jest w stosunku do nich jako barbarzyńskich zdobywców słabe i nieporadne. Na wiele rzeczy, acz niechętnie, musi się zgodzić. Wiele cech tych ludów, ich obyczajów, tradycji chrześcijaństwo musi respektować, zgodzić się na ich zachowanie, mimo iż z ideałami ewangelii nie są zgodne“[47]. Jak widać temu okresowi (średniowieczu) w dziejach Europy i świata Stachniuk odmawia znamion wielkości. Wszystko, co było wartościowe i zdrowe – jego zdaniem – nie miało nic wspólnego z chrześcijaństwem; to raczej chrześcijaństwo musiało pogodzić się z wielu rzeczami przeciwnymi duchowi ewangelii. Trudno nie przyznać racji autorowi “Dziejów bez dziejów“. Duch bowiem, który ożywiał nawet wyprawy krzyżowe, kojarzące się nam z tą epoką, nie pochodził z ewangelii. Trudno bowiem byłoby powoływać się krzyżowcom na słowa Chrystusa, który mawiał, iż “kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie“, lub zalecającego nadstawianie drugiego policzka – nieprzeciwstawianie się złu.
W tym samym średniowieczu pojawia się także problem Słowiańszczyzny. “Kompromisy są tu zbyteczne – pisze Stachniuk – gdyż w oparciu o siłę oręża całej zachodniej – od paru wieków już chrześcijańskiej – Europy można spróbować pełnej chrystianizacji. Tam gdzie Słowiaństwo ulega chrześcijaństwu, nic nie pozostaje z jego dorobku cywilizacyjnego, z jego samorodnej, oryginalnej kultury. Sławia jest przeznaczona na kolonię chrześcijaństwa w najczystszej postaci. To co nie ginie od miecza wyznawców krzyża, nie spłonie na stosie, jest już czysto chrześcijańskie“[48]. Stąd samodzielny rozwój cywilizacyjny Słowiańszczyzny uległ zmąceniu. “Z postaw wegetacji wydedukowany system duchowy – chrześcijaństwo, niszczy cywilizację antyczną, nie pozwala jej przyjść do siebie, a na jej gruzach zakłada swoje niepodzielne władanie. W ramy tego systemu zostają wciągnięci Słowianie. Młodszość cywilizacyjna mści się na nich okrutnie. Ludy romańskie i germańskie, ogarnięte przez chrześcijaństwo o parę wieków wcześniej, w rękach kościoła służą jako narzędzia do zniszczenia rdzenia duchowego kultury Słowian. (…) Tradycja ulega całkowitemu zerwaniu. Dzieje plemion lechickich rozpoczynają się od dnia chrztu, od r. 966. Ni mniej ni więcej. Wszystko co istnieje przedtem jest obce. Nie zachowują się nawet nazwy dawnych bogów, obrządków, wierzeń. (…) W starciu zbrojnym z zachodnią, chrześcijańską Europą, przegraliśmy. Zostaliśmy zepchnięci na linię rozwoju, u podstaw którego leżą zasady wegetacji. Zasady te dokonały w rasowej duszy lechickiej spustoszeń dogłębnych. Skutki ich zaważyły w dziejach przełomowego wieku XVI“[49]. Stachniuk jest przekonany, że zniszczenie “tysiącletniego rozwoju kulturalnego Słowiańszczyzny“ okaleczyło duchowo słowiańskich przodków Polaków. Katolicyzm jednak nie mógł od razu narzucić swego “stylu duchowego, tym bardziej, iż w parę wieków po tym sam zaczął ulegać rozkładowi. Rozkład średniowiecza i powolne choć głębokie gnicie katolicyzmu, upadek papiestwa, pozwala Polsce na odbudowę swych sił. Dzielność Lechitów, ich żywotność, acz pozbawiona jakiegoś zwartego trzonu duchowego, żłobi sobie ujście na zewnątrz. Polska dźwiga się cywilizacyjnie, politycznie i gospodarczo[50]“. Jednak po tym okresie bujnego rozwoju następuje załamanie, a “życie polskie osiąga swój ideał w epoce saskiej“[51]. Ponowne “dążenie do utraconej harmonii saskiej“ następuje po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. Stachniuk przewidywał, że gdyby nie “nacisk z zewnątrz i przykre skojarzenia z czasów niewoli, wywołujące ruchy przeciwdziałające, to już około 1950 r. stan epoki saskiej w głównych rysach byłby urzeczywistniony“[52].
Stachniuk wskazuje rok 1600 jako datę przełomową w historii Polski, aczkolwiek umowną. W tym to okresie Kościół katolicki “dynamizuje się“ i “zdobywa z powrotem wiele straconych pozycji (…) agituje, ogarnia system wychowawczy, preparuje pogląd na naszą historię, narzuca nam swoje “misje“ jako zadanie narodowe itp.“[53]. Katolicyzm włączył się w “konstelację życia zbiorowego narodu“ – pozornie nie zmieniając “konstelacji zastanej“. Dokonał się wówczas – twierdzi autor “teorii wewnętrznego rozwoju Polski“ – “n a j g ł ę b s z y przewrót w życiu narodu“, który jednak “uszedł łatwo uwadze badaczy historii“[54].
Cały omawiany okres w historii Polski (od XVI w. do 1950 r.) – jak przekonuje Stachniuk – nie tylko “s t a n o w i w n a s z y c h d z i e j a c h z a m k n i ę t ą, o d r ę b n ą c a ł o ś ć“[55], ale, i co ważniejsze, jest to “i d e a l n y n i e o m a l p r z e b i e g e k s p e r y m e n t u d z i e j o w e g o, w y p r ó b o w a n i e t o t a l n e j k o n c e p c j i k a t o l i c k i e j i j e j m o ż l i w o ś c i n a ż y w y m o r g a n i ź m i e n a r o d o w y m“[56].

 
Myśli Stachniuka

1. Wola zrodzona z napięcia uczuciowego tylko wtedy zaważyć może na przebiegu historii, gdy wesprze się silnie o intelekt.

2. Złoża duchowe dają energię, skuteczność działania zapewnia poznanie.

3. Poznanie określa ściśle cel i warunki jego realizacji.

4. Historia, tak jak czas, nie zna przerw.

5. Każdy rzut w przyszłość posiada głębokie uwarunkowania w czasach minionych, jak i obecnie przeżywanych.

6. Poznanie, wykrywając związki przyczynowe przebiegających zjawisk życia zbiorowego, daje możność świadomego oddziaływania na tok dziejów po myśli naszych pragnień i wyznawanych ideałów.

7. Narody zawsze od dogłębnych przewartościowań duchowych rozpoczynały swoje wielkie epoki; gdy ich nie stało, następowały nieubłaganie okresy bez dziejów.

8. Optymistą wydaje się być ten, kto wyrastając ponad komunały niedomówień, zwały tchórzliwych przemilczań, czy uznane powszechnie fikcje, szuka prawdy, choćby najbardziej bolesnej, by w oparciu o nią realizować wolę upragnionych zmian.

9. Na sztandarze naszej walki nie ma miejsca na słowo: katolicyzm. Nonsensem jest przypuszczać, byśmy swoje życia oddawali tego rodzaju celom. Tylko patentowani obrońcy uznanych “wiecznych prawd“ mogą uważać katpolicyzm za coś czemu warto się poświecić, już to walcząc z nim, już to go broniąc. Zbyt cenimy swoją wartość, by w naszym stosunku do katolicyzmu przekroczyć właściwe proporcje. Katolicyzm nadęty jest swoimi własnymi kryteriami wartościowania. Nasze kryteria są inne, stąd nie urzeka nas jego “moc“. Przedmiot naszych zainteresowań i ukochań leży w innym wymiarze. Gdy jednak w konkretnych warunkach katolicyzm stoi zawadą na drodze do realizacji naszych pragnień i ideałów, poświęcamy mu tyle czasu i trudu, ile wymaga tego skuteczność działania. Nic ponad to.

10. Trzeba rozwiązać myślowo problem całej Słowiańszczyzny, z którą czujemy się organicznie związani.

11. Serca nasze biją tęsknotą za Wielkością, za stylem życia polskiego, w którym znojny trud, męstwo i wytężenie człowieka każdą chwilę trwania otoczą blaskiem niewysłowionego piękna… Jakże daleko jesteśmy od tej chwili dziś, gdy otacza nas małość, strojna w pontyfikalne szaty! Małość, wszystko co nam drogie swoim całunem pokrywająca, małość co w mroczną otchłań bez dziejów wtrąciła już setki milionów istnień… Rozpocząć musimy nowy wątek życia, życia prawdziwie polskiego.

12. R z e c z y w i s t o ś ć p o l s k a, w i d z i a n a o c z a m i ż y j ą c e g o p o k o l e n i a j e s t t a k a, j a k ą j ą s t w o r z y ł n a r ó d w y s i ł k i e m p o k o l e ń u b i e g ł y c h i t e g o, k t ó r e a k t u a l n i e p o z i e m i n a s z e j s t ą p a.

13. Określamy naszą postawę wobec rzeczywistości polskiej, wobec płynącego strumienia życia polskiego: polega ona na woli uzyskania takiego wpływu na tok życia, by życie to spotęgować, narzucić mu potężny rytm, nadać znamiona Wielkości. Wola realizacji Wielkości w życiu polskim jest tą zasadniczą postawą duchową, która narzuca nam nakaz wzięcia jak najczynniejszego udziału w zachodzących procesach.

14. Niewiedza jest skuteczniejszą zaporą przed działaniem niż grube mury.

15. O ile niewiedza jest murem nie do przebycia dla jakiegokolwiek działania, to szczególnie zatwardziałą postacią niewiedzy jest błędna, fałszywa wiedza.

16. Poznanie jest zasadniczym warunkiem działania nie tylko w konkretnych sytuacjach codziennego życia.

17. W każdym niemal ubiegłym pokoleniu istniały w łonie narodu grupy czujące tak samo jak my, którzy pragniemy gruntownej odmiany kierunku rozwojowego, po którym Polska z nieubłaganym fatalizmem się toczy.

18. Naród więc stwarza swoją rzeczywistość. Charakter narodowy jest tu czynnikiem rozstrzygającym.

19. Bajdurzenie o polskiej rasie nie wytrzymuje krytyki.

20. Człowiek przychodząc na świat jest tylko możliwością.

 
[1] Zadrużanie usiłowali nawiązywać do “do pewnych elementów ideologii wczesnoendeckiej, a w szczególności do niektórych fragmentów spuścizny Balickiego czy Myśli nowoczesnego Polaka Dmowskiego. Afirmacja dynamizmu społecznego oraz krytyka polskiego charakteru narodowego zawarta w tych tekstach znajdowała uznanie w Zadrudze” (w:) B. Grott, Zygmunt Balicki ideolog Narodowej Demokracji, Kraków 1995, s. 72-73.
[2] “W Narodowej Wspólnocie Tworzącej etyka jest dziełem narodu polskiego – pisze jeden z zadrużan, Antoni Wacyk – i tylko jego dobro ma na celu. Świadomość tej prawdy miał Roman Dmowski (…). Następnie pisze: “wydając w roku 1927 broszurę “Kościół, Naród i Państwo”, Dmowski sprzeniewierzył się w niej temu, co pisał w roku 1905”. A. Wacyk, Mit polski – ZADRUGA, Wrocław 1990, s. 123-124. Tenże (w:) “O polski charakter narodowy – ZADRUGA”, s. 12: “Roman Dmowski, gdy przyniósł do Kraju nacjonalizm w postaci takiej, w jakiej go poznał na Zachodzie, zwrócił przeciwko sobie zwarte szeregi Ciemnogrodu; stał się cacy w oczach kołtuństwa endeckiego dopiero wówczas, gdy swój nacjonalizm ochrzcił”.
[3] B. Grott, , Kraków 1991, s. 267-289
[4] Omawiając tę pracę opieramy się o wierną jej kopię, wydaną przez wrocławskie wydawnictwo Toporzeł w 1990 r. Była to pierwsza publikacja książkowa zespołu ludzi, skupionych wokół miesięcznika “Zadruga”, zob. tamże, s. 5.
[5] Tamże, s. 3.
[6] Tamże.
[7] Tamże.
[8] Tamże, s. 3-4.
[9] Tamże, s. 4.
[10] Tamże.
[11] “Pewnie, że wnioski snute na kanwie “teorii wewnętrznego rozwoju Polski” daleko odbiegają od głęboko zakorzenionej w umysłowości polskiej skłonności do samoadoracji, i do wynoszenia własnych cech słabości na ołtarze “świętości narodowych”.
“Dzieje bez dziejów” to nie jakaś tam taka, lub owaka ocena polskiej rzeczywistości. (…) to przede wszystkim teoria, poznanie tego co jest. Ponad zakłamanie łzawego “optymizmu” wyrasta wola opanowania myślowego całości procesów życia Narodu. Od tego ogniwa zacząć musi każde zamierzenie rzutowane w przyszłość(…) Każda strona “Dziejów bez dziejów” jest wyrazem najśmielszego optymizmu, jest radosnym objawieniem, iż rdzeń Narodu, główne elementy Jego organizmu, są zdrowe, pełne uśpionych sił, zaś tajemnicza choroba, od wieków podcinająca Jego żywotność, okazała się tylko schorzeniem systemu nerwowego – duszy zbiorowej, schorzeniem, którego istotę, gdy się uświadomi łatwo będzie usunąć”. ”. Dz. cyt., s. 4 -5.
[12] Tamże, s. 9.
[13] Tamże.
[14] Tamże, s. 39 – 44.
[15] Tamże, s. 36-44.
[16] Z. Kossak-Szczucka, Pod dyktandem Berlina, Wydawnictwo Frontu Odrodzenia Polski. Warszawa 1943.
[17] Tamże, s. 12.
[18] “Dzieje bez dziejów…”, s. 40.
[19] Tamże, s. 40 –41.
[20] Tamże, s. 41.
[21] Tamże. Cytat za: R. Dmowski, “Myśli nowoczesnego Polaka”, Warszawa 1933, wyd. IV, s. 54.
[22] Tamże, s. 41-42.
[23] Tamże, s. 42, znajduje się następująca uwaga: “W tych samych warunkach geofizycznych żyją i inne narody, a pomimo to ich charakter, przebieg ich historii jest całkowicie inny”.
[24] Tamże – czytamy: “U s t r ó j p a ń s z c z y ź n i a n y, h e g e m o n i a w a r s t w y s z l a c h e c k i e j, żyjącej kosztem stanu chłopskiego, w niczym istotnym nie odbiegała od tego, co się działo w Polsce, Prusach, Rosji. W dziedzinie życia gospodarczego nie ma sił, o których by można było powiedzieć, iż one to zadecydowały o ukształtowaniu naszego charakteru narodowego’.
[25] “Coś tu się nie klei – pisze Stachniuk. Ciągłość ustroju społeczno-politycznego została zerwana w końcu XVIII w., a mimo to cechy duchowe rzekomo przez ten ustrój tworzone, odnajdują się ni stąd ni zowąd w Polsce Niepodległej. (…) Szlachetczyzna była kozłem ofiarnym”. Tamże.
[26] Tamże.
[27] Tamże, s. 44.
[28] R. Dmowski, Kościół, Naród i Państwo, Chicago 1985, s. 21.
[29] Tamże, s. 14.
[30] Tamże, s. 10.
[31] Tamże.
[32] Tamże, s. 16.
[33] Tamże, s. 16-17.
[34] Tamże, s. 17.
[35] Tamże, s. 18.
[36] Tamże.
[37] Tamże.
[38] Tamże, s. 20.
[39] Tamże.
[40] Tamże, ss. 18, 21.
[41] Tamże, s. 19-20.
[42] Tamże, s. 20-21.
[43] Tamże, s. 21.
[44] Tamże.
[45] Tamże, s. 21.
[46] Tamże.
[47] Tamże, s. 24.
[48] Tamże, s. 24.
[49] Tamże, s. 23-24.
[50] Tamże, s. 25.
[51] Tamże.
[52] Tamże.
[53] Tamże, s. 26.
[54] Tamże, s. 30.
[55] Tamże, s. 33
[56] Tamże, s. 34.
Autor: Ermikles

 

Etos pogański vs chrześcijański

 
Na prawicy.net możemy znaleźć artykuł niejakiego Jana Bodakowskiego pt. „Gospodarka i sprawy społeczne w myśli neopogańskiej Zadrugi i jej twórcy Stachniuka”. Artykuł napisany jest z pozycji typowo Polakatolickich, z licznymi błędami i językiem prostym jak budowa cepa (jest to chyba jeden z pierwszych, jak nie pierwszy tekst autora). Bodakowski odwołuje się tylko do… jednego opracowania[1]; nie ma cytatu z żadnego tekstu źródłowego. Odnosi się wrażenie, że część treści tekstu autor sobie wymyślił lub dowolnie zinterpretował. Co więcej Bodakowski, to niemal pewne, nawet nie przeczytał żadnej książki Jana Stachniuka – Stoigniewa w oryginale. Jest tak nieporadny i zapomina się do tego stopnia, że potyka się o własne nogi i chwyta za miecz obosieczny.
W swoim tekście chciałbym się odnieść tylko do jednej tezy autora, wyrażonej w zdaniu, „etos pogański nie przetrwał tysiąca lat konfrontacji z chrześcijaństwem, zwolennicy Stachniuka ignorowali fakty”.
Czy faktycznie etos pogański nie przetrwał konfrontacji z pogaństwem?
„Zadruga była środowiskiem – pisze Bodakowski – hołdującym przeświadczeniu że rzekomy etos przed chrześcijański (pisownia oryginalna – przyp. mój – WJR) był lepszy od etosu chrześcijańskiego. Utopijność tego przeświadczenia polegała na tym że rzekomy etos pogański był współczesną kreacją, sztucznym tworem. Etos pogański nie przetrwał tysiąca lat konfrontacji z chrześcijaństwem, zwolennicy Stachniuka ignorowali fakty”.
Nielogiczność tego stwierdzenia Bodakowskiego aż bije po oczach. Skoro „etos pogański” Zadrugi był „współczesną kreacją, sztucznym tworem” to w takim razie, jak mógł przez tysiąc lat konfrontować z chrześcijaństwem? Zupełnie opacznie to pojął Bodakowski. Tu chodzi o coś innego. Stachniuk wyraźnie podkreślał, że interesuje go wyłącznie postawa wobec świata dawnych Słowian. W „Drodze rewolucji kulturowej w Polsce” pisał, iż „wątek zerwany jest do nawiązania”, ale „śmieszne jest odnawianie symboliki Swantewita, Swarożyca, itd. Kwestie bałwanów niech zostaną dla bałwanów. Chodzi o żywą więź tego samego stosunku do życia; ta jest wspólna”. Stachniuk nawoływał do rekonstrukcji kultury polskiej opartej na panteizmie ewolucyjnym.
Zastanawiam się ponadto, o jakiej tysiącletniej konfrontacji pisze Bodakowski, skoro w zetknięciu z etosem katolickim, wspartym całą potęgą przymusu państwa, etos pogański musiał od razu zejść do podziemia lub całkowicie zginąć. Nie była to bowiem pokojowa konfrontacja, jakaś dyskusja, pokojowe nawracanie. I bynajmniej nie chodziło tu o Prawdę przez duże P, ale o stosunek sił – gdzie brutalna Siła, a nie Prawda dyktowała swe prawa. Ale czy ten pokaz bogactwa i siły z duchem chrześcijaństwa miał coś wspólnego? Chrześcijańska była tylko ornamentyka.
Zgoda, wierzenia przedchrześcijańskie Słowian, a wcześniej germańskich Sasów, nie przetrwały w konfrontacji z potęgą, jak najbardziej pogańską, bo militarną, ówczesnego cesarstwa i jego wasali. Ale to jeszcze nie świadczy o istotnej wartości i wyższości etosu chrześcijańskiego. Bodakowski chwyta za miecz, który jest bronią obosieczną. I bardzo łatwo można podać przykłady, kiedy etos katolicki, czy też szerzej chrześcijański, przegrał konfrontację z innymi etosami. Etos katolicki na przykład w Anglii nie przetrwał w starciu z etosem rodzimego kościoła – etosem anglikańskim. Idąc dalej tropem tego rozumowania w procesie historycznym aż do stosunkowo bliskich nam czasów Bodakowski musiałby stwierdzić, wbrew swemu całemu chrześcijaństwu, że etos muzułmański był lepszy niż chrześcijański – w Afryce Północnej, Egipcie czy Azji Mniejszej wygrał konfrontację z chrześcijaństwem. Podobnie – bolszewicki okazał się lepszy niż etos chrześcijańskiej Rosji, bo przecież bolszewicy i komuniści wygrali wojnę domową i przez prawie sto lat rządzili Rosją!
Zresztą Bodakowski decydując się na krytykę Zadrugi powinien przynajmniej znać podstawowy aparat pojęć używanych przez Stachniuka. Pewnie nie słyszał nigdy o „perwersyjnym instrumentalizmie chrześcijaństwa”. Gdyby bowiem słyszał, zrozumiałby, że to, co tak naprawdę zwyciężyło w IV wieku w Europie, w żadnej mierze nie było ewangelicznym chrześcijaństwem. Katolicyzm nie zwyciężył drogą negocjacji i powszechnej zgody. Górę wziął ów „perwersyjny instrumentalizm chrześcijaństwa”. Sam przecież człowiek-Bóg Jezus Chrystus nie pozwolił swoim uczniom użyć miecza w jego obronie. Powiedział, kto „mieczem wojuje, ten od miecza zginie”. Etos miecza nie należy więc do ducha prawdziwego chrześcijaństwa (jest tylko częścią zmanipulowanej tradycji chrześcijańskiej – nie bez udziału kochających miecz Germanów); należy jak najbardziej do etosu pogańskiego. Ale w perwersyjnym instrumentalizmie chrześcijaństwa można pójść aż tak daleko, żeby… święcić miecze i ostrzyć na murach kościołów swe szable – na pohybel poganom rzecz jasna. Nauki Chrystusa, jak widać, nie najwięcej tu ważą. A pogaństwo zwycięża zza grobu.
Jedno jest pewne, że nawet najbardziej niedorzeczne koncepcje religijne wygrywają w świecie tylko wtedy, kiedy mają za sobą cały aparat państwowego przymusu. Kiedy zawładną niepodzielnie umysłami władcy i władzy politycznej, stają się wtedy naprawdę niebezpieczne. Czym byłoby chrześcijaństwo bez wsparcia Konstantyna i Teodozjusza? Zapewne niczym wielkim i groźnym. A chrześcijanie budziliby dziś tylko naszą drwinę, tak jak wzbudzają ją domokrążni wyznawcy Jehowy, „głoszący Raj na Ziemi po przyjściu Pana, gdzie baranki bezpiecznie będą się pasać obok lwów”. Istna sielanka chrześcijańska, czysta liryka trawienia, jakby powiedział Stachniuk.
W konfrontacji z pogaństwem chrześcijaństwo było słabe, nieporadne, ale zaciekłe w swoim fanatyzmie i w głoszeniu swojej „Prawdy”. Tę zawziętość godną lepszej sprawy widzimy dziś często u mormonów czy świadków Jehowy krążących całymi dniami po ulicach i klatkach schodowych. Daje to nam wyobrażenie o tym, co kiedyś musieli wyprawiać chrześcijanie w głoszeniu „dobrej nowiny”[2]. Co oczywiście nie umniejsza w żadnym stopniu niedorzeczności głoszonych przez nich koncepcji. A co do tej tysiącletniej konfrontacji pogaństwa z chrześcijaństwem. Ks. Michał Poradowski pisał w swoim „Palimpseście”, że pogaństwo wciąż żyje w głębokich pokładach naszej duszy – niczym palimpsest. Tekst, jaki zapisało na naszej duszy chrześcijaństwo, jest coraz mniej czytelny, natomiast spod niego wyłania się pierwotniejszy (zapisywany też przez wielokrotnie dłuższy okres czasu) tekst – pogański – i ten odczytuje się bez trudu… Przyznaje to nawet kapłan chrześcijański – konfrontacja pomiędzy pogaństwem a chrześcijaństwem wcale to a wcale się nie skończyła, nawet po tysiącu i dwóch tysiącach lat może na nowo się pojawić. Tak jak pojawiła się w ubiegłym i obecnym stuleciu, po dwóch tysiącach lat dominacji chrześcijaństwa.

[1] Grott B. „Religia, cywilizacja, rozwój wokół idei Jana Stachniuka”.
[2] 2000 lat jakby nie było nieco zweryfikowało i stępiło ten optymizm chrześcijaństwa; stąd pojawili się nowi głosiciele „dobrych nowin”.
Autor: Ermikles

Czytaj więcej :

 
O TOŻSAMOŚCI NARODOWEJ POLAKA ( z komentarzem Andrzeja Szuberta ) :
http://opolczykpl.wordpress.com/2012/09/22/jeszcze-o-tozsamosci-narodowej-polakow/

Katolicyzm a polski charakter narodowy :
http://epafroditos.blogspot.com/2008/12/katolicyzm-polski-charakter-narodowy.html

NASZA PRZESZŁOŚĆ – Gdy dusze były jeszcze słowiańskie :


http://rodzimowierca.wordpress.com/2012/06/02/gdy-dusze-byly-jeszcze-slowianskie/

Biografia i bibliografia – Jan Stachniuk :
http://toporzel.republika.pl/listasta.html

Panhumanizm – Jan Stachniuk :
http://www.racjonalista.pl/kk.php/d,123

Wizje socjalizmu w myśli zadrużnej Jana Stoigniewa Stachniuka :
http://instytut-brzozowskiego.pl/?p=280

Andrzej Szubert – Moje pogańskie vademecum … :
http://opolczykpl.wordpress.com/2012/08/20/moje-poganskie-vademecum/

 

O Budynach i Nurach , czyli późniejszych Nurusach ( Rusach i Harusach ) oraz o Istach / Zasięg Wenedów ( Wędów ) , Lęgów ( Lugiów ) i Nurów ( Neurów ) – kontra dalszym fałszerstwom niemieckim

2012-08-16 6 komentarzy

Słowiańskie obrzędy ognia 09_Zonglerka_ogniemSłowiańskie obrzędy Ognia

O Budynach i Nurach, czyli późniejszych Nurusach (Rusach i Har-Rusach) oraz o Istach

Kilka wniosków z cytatów:

Sidoniusz Apollinaris i Paweł Diakon (choć to bardzo późne wzmianki):

…..”za walecznym Rugijczykiem postępuje srogi Gepida…wdzierają się Hunowie, Bellonci, Neurowie, Basternowie, Turyngowie, Brukterowie i Frankowie”…../…..”podlegał zaś jego władzy (Attyli) ów znakomity król Gepidow Ardaryk,a także władca Gotów, Walamir, znakomitszy niż sam król……oraz wiele innych barbarzyńskich nacji mieszkających w północnych stronach.”……czy w szeregach Attyli maszerowali Słowiane?

Oczywiście, że tak – i to nie podlega dyskusji.

Prokopiusz z Cezarei w Historia sekretna przed 559 rokiem:

…….”tak więc niemal wszyscy po kolei najeżdżali i plądrowali kraj, nie zostawiając chwili wytchnienia… wszystko to jednak, a także i to co się przydarzyło za sprawą Medów, Saracenów, Sklawenów, Antów i innych barbarzyńców opowiadałem już w poprzednich księgach”……

Przekazywany w źródłach bizantyjskich najazd słowiańsko-bułgarski miał miejsce w 559r.

Meander podaje jednak, że Sklawinowie… “od dawna pustoszyli terytorium rzymskie, jeszcze wtedy, gdy żaden inny lud nie dotknął ich ziemi.”

Dlaczego nie wyciągamy prawidłowych wniosków z tych słów?

Kiedy NIKT JESZCZE – żaden inny lud – NIE DOTKNĄŁ ICH ZIEMI!

To było bardzo dawno już za czasów, kiedy Celtowie najeżdżali Rzym, kiedy Pałomąż I Pylajmen wypłynął spod Troi-Widłuży po jej zrujnowaniu przez trzęsienie ziemi i wylądował w Weńcu – dzisiejszej Wenecji. Potem, bili się z Dariuszem, panowali nad Kretą i mała Azją, potem wycofali się stamtąd tak samo jak z Weńca i okopali się za linią Dunaju, którą Grecy i Rzymianie usiłowali wielokrotnie sforsować, ale udało im się zdobyć tylko to, co po tej – to jest południowej – stronie, należało do Królestwa Sis, czyli Drację to jest Kraj Drzaków i Odrysów.

A chcieli oni bardzo te ziemie opanować bo stamtąd szło do nich nieustannie w wielkich ilościach zboże, ludzie (czyli niewolnicy, czytaj robotnicy, żołnierze i rolnicy – tak jak i dzisiaj) i żelazo, broń.

Mówi się, że Hunowie byli tureccy. Hunowie stanowili wojenny trzon federacji, a czy byli tureccy nie wiemy – wręcz przeciwnie –  wiele wskazuje, że mieli obyczaje słowiańskie, czego dowodzą opisy dworu Chytiłły (Atylli – według jak zwykle uproszczonych i pokręconych zapisów imion słowiańskich, nazwisk i nazw własnych – dla nich tj. Germanów, Romanów, Greków – np. – Jogaiłło-Jagiełło to Yagello-Jagello i dynastia Yagellon-Jagiellon, nawet Wałęsa – to za trudne i pisali o nim Waleza albo Walesa – chociaż to tylko 3 głoski, nie mówiąc już o tym jakie mają problemy z bardziej skomplikowanymi, albo zapisanymi w ruskim-słowiańskim alfabecie nazwiskami np. Tymoschenco, Tymoschuk, itp). Wyciąganie wniosków na podstawie ich zapisów jest bardzo zwodnicze, bowiem najpierw trzeba spróbowac je odczytac zwyczajnie po słowiańsku i zastanowić się nad ciągłością występowania tych nazw. Skoro Neurowie byli u herodota i sa u Pawła Diakona  10 wieków później , a cały czas w tym samym mniej więcej miejscu – to jak to interpretować?

Hunowie owszem pociągnęli za sobą plemiona tureckie, ale i mongolskie, a także skołockie (scyto-sarmackie) i słowiańskie.  A jakie były proporcje etniczne w tych najazdach?

Tureccy Hunowie musieli być w federacji w wybitnej mniejszości wobec mas Hunów słowiańskich i Hunów skołockich, o czym świadczy chociażby dzisiejsza demografia Białego Lądu – czyli Europy.

sk-wodz-skolockiParadny strój wojownika skołockiego – III wiek p. n. e.

Hunowie po prostu zmietli z powierzchni Ziemi Bizancjum i Rzym – taka jest historyczna prawda – a ich plemiona osiedliły się bez problemu na ziemiach dawnej potęgi, która wojskowo nie była im w stanie dorównać. Zajęli ziemie aż do Morza Śródziemnego i ziemie w Afryce, nikt nie przeczy, że byli w tej nawale w różnych okresach między innymi także Celtowie i Germanie, ale to Scyci i Sarmaci ścierali się z nimi najdłużej, od najdawniejszych czasów i najzacieklej.

Zadajmy sobie pytanie dlaczego tak było? Bo wpierw ścierali się o Małą Mazję od 1200 p. n. e., potem o Bogtoharię (Baktrię) i Sokodawę (Sogdiana) oraz Windję (Indie), o Medię i Ozerię (Asyrię (od 800 – 500 p.n.e.) i potem dalej o kolejne ziemie.

Jednak wciąż nieustannie powtarza się brednie o niezwyciężonych Rzymianach i Grekach, o niezwyciężonych Persach – którym jakoś ani razu nie udało sie wejść na terytorium Królestwa Sis i tutaj pozostać. A każda ekspedycja konczyła się wycofaniem w popłochu i ciężkimi stratami, albo okupami w złocie i trybutamki i coraz głebszym uzależnieniem.

Czyni się to biorąc za prawdziwe chełpliwe opisy wojen z kronik Greków i Rzymian – które się przecież zakończyły ich całkowitym upadkiem, więc nie były tak jak to oni opisują zwycięskie, a Barbarowie nie byli tak głupi i prości, ani niecywilizowani, żeby ich nie pokonać. Opisy gołych krwiożerczych wojowników – może mają jakieś odniesienie do Germanów przybyłych na kontynentalną część Białego Lądu z północy, ale nie do Słowian, którzy żyli wymieszani ze Scytami i Sarmatami od tysiąclecia – przed ostatecznym najazdem na Rzym.

Być może w ciepłym dla Germanów klimacie kontynentu do walki rozbierali się oni ze skór i innych ubrań, bo po prostu było dla nich za gorąco, ale na pewno nie miało to nic wspólnego z ich dzikim trybem życia na drzewach w ciemnych borach – jak twierdzą rzymscy pisarze (tylko trochę tutaj przesadziłem, bo z lektury tych dziejopisów takie można wyciągnąć wnioski).


Wystarczy jednak spojrzeć na strój  z grobów kagańskich z III wieku p.n.e z Ukrainy-Skrainy (Skrzystego Kraju skąd pochodzili Skrytowie). Nawet w opisy gołych Germanów należy wątpić, bowiem brzmią one dokładnie tak samo “wiarygodnie” jak opisy rzymskich zwycięstw nad barbarzyńcami, którzy rozbijali Rzymian po kawałku i wciąż aż wreszcie rozbili ich w perzynę. Weźmy na przykład opisy obyczajów germańskich czy słowiańskich albo scytyjskich (skołockich) – są one tak samo wiarygodne jak opisy dalekich ludów, które mają głowę na plecach i cztery rzędy oczu oraz po dwa ogony.

SK Skuncha król Obraz1Król Skuńcza władca Sokodawów na reliefie z Behistunu z czasów Darjusza I Wielkiego. Piszemy Darjusz a nie Dariusz, bowiem tu chodzi o imię, które oznacza posiadającego boską krew – jusz-ichor Dar-Jusz. Ichor-jusz, a nie krasz-war czyli krew błekitną, bardziej typową dla Niebian-Welan a nie czerwoną. Nota bene widać to zachowane w wizerunkach bogów Indii.

“Przekraczając rzekę Tanais, wchodzi się już nie do kraju scytyjskiego, lecz pierwsza część terytorium należy do Sauromatów, którzy począwszy od najdalszej zatoki Jeziora Meockiego ku północy zamieszkują przestrzeń piętnastu marszów dziennych, ogołoconą zupełnie i z dzikich, i z owocowych drzew. Nad tymi zajmują drugą część Budynowie, ziemię w całości gęsto zalesioną wszelakimi drzewami.

[Herodot; „Dzieje”; IV]

Meoci
Sąsiadowali z plemionami Scytów azjatyckich z rejonu Kubania . zajmowali się głownie rolnictwem i hodowlą bydła. Znaczną część zboża przeznaczano na wywóz do Pantikapaion. Odkryte cmentarzyska meockie z VII – IV p.n.e. były z reguły płaskie, z niewielkim wyposażeniem; misy, czarki, dzbany, miecze, oszczepy i grociki, a w grobach kobiecych; przęślice , szydła , bransolety z brązu i noże. Cmentarzyska tego typu występują wzdłuż brzegów rzeki Kubań środkowym jej biegu i na wybrzeżach Morza Azowskiego. Wszystkie pochówki należą do zwykłych członków wspólnot. Jednorodność inwentarza zdaje się świadczyć o braku większego zróżnicowania majątkowego W III i II wieku p.n.e. znaczącą rolę zaczyna odgrywać arystokracja plemienna, pojawiają się pochówki w dołach z niszami w jednej ze ścian komory grobowej, do których wkładano zmarłego, a także pochówki zawierające szkielety końskie. Możliwe , że związane jest to z przenikaniem na te tereny plemion sauromackich – to znaczy sarmackich, co znaczy z kolei nie co innego, jak serbo-mazońskich czyli serbo-amazońskich.

sk-ksiezniczkaStrój księżniczki – Ryżanówka na Ukrainie  – IV wiek p.n.e

Budynowie

Budynowie – plemiona koczownicze zamieszkujące lasy i step pomiędzy Dnieprem a Wołgą, wymienione przez Herodota, żyjące na północ od Scytów, w sąsiedztwie Sauromatów. Brali udział w wojnie Scytów z królem perskim Dariuszem ok. 513 p.n.e. jako sprzymierzeńcy Scytów. Nie budowali miast, ale na ich terytorium istniało jedno duże miasto o nazwie Gelonos (dziś Bielsk nad rzeką Worskłą w okolicach Połtawy na Ukrainie), zbudowane w całości z drewna, zamieszkane w większości przez ludność pochodzenia helleńskiego.

Przytaczamy tu opowieść romajskich kłamców o Budynach i Gelonach oraz o Gleniu-Gelonosie, a takżeo wojnie z królem Persów Darjuszem, po to byście ją mogli później porównać z tają Księgi Ruty którą wam niebawem przedstawimy, gdzie będzie także podanie o Golemo-Gleniu i Budymie I Kyju Rusym, a także o Golemach-Olbrzymach od których pochodzą tak Galindowie, Goljadziowie jak i Gołęszyce-Gołęczyce a także miano Galicja.

Lunula_Anhaenger_standartToporek Perunowy – słowiański talizman ochronny

Romajskie kłamstwo o Budynach i Gleniu, o który toczyła się Wojna Widłużańska czyli Trojańska – jedno z licznych, utrwalonych w zapisach kłamstw rażących niedbałością naciągania faktów.  Prawda na ten temat jest w Księdze Ruty wraz ze sprostowaniem wszystkich kłamstw Romajskich. Oto i owo kłamstwo, jedno z niezliczonych:

„Okres miasta Gelonos”

Druidzi poprowadzili plemię Gelonesa na wschód. Zdawali sobie bowiem sprawę w jakim kierunku postępować będzie ekspansja wojowniczych Scytów Skytesa i wybrali kierunek doń

przeciwny. Nową osadę zbudowano w lesistym środkowym obszarze rzeki Don – nazwaną ją Gelonos.

Z relacji Herodota wiemy, e obok ziemianek występowały tam równie domostwa drewniane. Badania archeologiczne wykazały że pod koniec swojego istnienia grodzisko zajmowało 42 km2 i otoczone było wałem obronnym – co jednak nie uchroniło miasta przed zagładą.

Mapa Persja PersjaimpTo wielkie imperium które tutaj widzimy wystąpiło przeciw Skołotom i tym samym całemu Królestwu Sis, które na tej mapie rozciąga się na całej linii na północ od granicy perskiej. Celem Darjusza nie była wcale zemsta za to że Skołoci jeszcze kilkadziesiąt lat wczesniej przez 28 lat okupowali Medię (którą my nazywamy po imieniu Miodewią, lub Miedją), zrujnowali Syry Kraj (Syrię) i złupili Jerozolimę (co znalazło swój opis w Starym Testamencie), a zatrzymali się u granicy Mlekomediru (kraju Mleka i Miodu – czyli Egiptu) przekupieni wielką ilością złota przez ówczesnego  faraona.  Wtedy to w rozkwicie potęgi Skołoci i Królestwo Sis zagroziło Ozerii – znanej z romajskich (greckich zapisów) jako Asyria i król ozyryjski Wielki Ozer Hadon (znany znów z zapisów jako Asarhaddon) z leku że Skołoci zdobedą Niniwę oddał ich kaganowi Bardzęcie (znanemu znów z zapisów jako Bardijata) za żonę własną córkę i zawarł z nimi wieczysty sojusz. Niestety jego synowie doprowadzili Ozerię do upadku i Skołoci musieli się wycofać zarówno z Miodewii i Syrego Kraju jak i z całego Półwyspu Małej Mazji (Azji) gdzie siedzieli od wieków. Celem Darjusza Wielkiego było zrujnowanie upraw zboż, wytopu żelaza i wyrobu broni  w Kraju Nurusów – czyli Nurów i Budynów, bo te uprawy i broń zasilały Romajów z Białego Lądu i Krety, z którymi Persja nie mogła sobie już wtedy poradzić. Romaje Małoazjatyccy – Jonowie postanowili pomóc Persom i zbudowali nawet przeprawę przez Dunaj w kraju Draków – ludu dawańskiego czyli dachskiego – potem rozbierali ten most pod nadzorem wojsk skołoco-nuruskich – przeczytajcie przypisy do taj w Dziale Księga Ruty, a dowiecie się wiele nowego.

To wielkie Imperium przegrało wojnę ze Skołotami i Darjusz ledwo uszedł z życiem dzięki pomocy obłudnych i podstępnych Romajów-Jonów z Małej Mazji, którzy bali sie powrotu Dawanów i Skołotów w tamten region, i którzy nocą ułożyli rozebrany most na Dunaju wbrew obietnicy złożonej Skobkowi i Isepokowi – kaganom Budynów z plemienia Isepodonów czyli Dońców Wyspowych.

Bajdy Romajów o Gelonosie -Gleniu i ich roli w jego założeniu oraz o późniejszej emigracji na Kretę są warte tyle samo co ich wersja Wojny trojańskiej (bo była to wojna o Helenę owszem – tyle że było nią Gelonos-Gleń (Golemo, Helenos) z którego chcieli mieć zboże i trybut, a na Skrytę – Kretę weszli goniący Darjusza i Jonów skołocko-słowiańscy Skrytowie-Skortowie, bo Gleniowe byli właśnie plemieniem większego szczepu Skrytów, znanych też jako Skrytowyrwowie i Skrzyntowie albo Skortowie a zapisanych także w Wedzie i bajecznych dziejach Indii.

Gelones zaślubił wskazaną przez mędrców kobietę. Nie zachowało się jej imię – była jedynie narzędziem w planach semnoteam. Druidom zależało aby Gelones jak najprędzej uzyskał męskiego potomka, którego mógłby pozostawić jako wodza osady i wyruszyć z nimi do Grecji. Późniejsze źródła Scytyjskie sugerują, że Gelonesowi podsuwano kolejne

wybranki jedną po drugiej tak aby zapewnić pozytywny efekt rozpłodu jak najszybciej – zachowało się u nich nawet określenie „gelonesowa orgia”. Brak wzmianek o późniejszych

konfliktach wewnątrz plemiennych, które miałyby na pewno miejsce w przypadku większej ilości dziedziców królewskiej krwi, każe jednak przypuszczać, że opowieść ta wyrosła z niechęci do jakże odmiennych krewnych.

Syn Gelonesa został nazwany Budynem. Odczekano jeszcze dziesięć lat po czym wyprawa złożona z Gelonesa, sporej grupy Druidów oraz kilku myśliwych-wojowników ruszyła rzeką Don na południe. Nie posiadamy w chwili obecnej żadnych pewnych informacji o tym jak przebiegały jego rządy. Z faktu, że w świadomości sąsiednich plemion Gelonowie zaczęli funkcjonować jako Budynowie każe historykom przypuszczać że prowadził dość aktywną politykę na zewnątrz osady. Były to najprawdopodobniej kontakty głównie handlowe. Wzdłuż rzek Donu i Dońca archeolodzy natrafili na liczne metalowy przedmioty bez wątpienia wywodzące się z Gelonos.

Gelones nigdy nie powrócił. Za to po upływie około 150 lat u bram jego miasta stanęła kilkunastoosobowa wyprawa z Aten. Byli to jego potomkowie i potomkowie jego potomków, wszyscy wyuczeni w mowie i zwyczajach Gelonów przez kolejne pokolenia Druidów i ich uczniów. Przynieśli oni wieści, że już wkrótce przyjdzie Gelonom opuścić wielką stolicę i wyruszyć w długą podróż do odległej ziemi wskazanej przez bogów. Plemię podzieliło się na dwie części. Jedna – nieznacznie większa – odrzuciła przybyszów jako oszustów. Na ich czele stali potomkowie Budyma pełni trwogi o utratę swej pozycji w plemieniu. Reszta poszła za głosem Druidów i własnych serc, bowiem jak głoszą przekazy z tamtego okresu

smuglewicz_poslowieFranciszek Smuglewicz
“Posłowie scytyjscy przed Dariuszem”, po 1785, olej na płótnie, 147 x 184 cm, Litewskie Muzeum Sztuki, Wilno

Czy na tym obrazie widać dzikusów z Królestwa Sis – czy to w ogóle możliwe żeby między nimi a Persami i Romajami była taka przepaść o jakiej piszą Romajskie zadufane w sobie Dzieje? – Nie, to nie jest możliwe o czym świadczą odkopane ruiny Glenia znanego Grekom jako Gelonos. Grecy bali się Skołotów jak ognia i zostaliby rozbici w puch gdyby nie wewnętrzna wojna Skołocko- Serbomazowska czyli wojna między Scytami a Sarmatami.

Od Gelonów biła potęga Zeusa i piękno Apollona”. Tytułem wyjaśnienia trzeba zaznaczyć, e mianem Gelonów od tej pory nazywano jedynie przybyszów z Grecji, reszta zaś do końca

okresu europejskiego zwana była Budynami. Badania archeologiczne potwierdzają, że pod koniec VII w. p.n.e. w obrębie Gelonos powstały dwa odrębne umocnione grodziska należące do dwóch skłóconych grup. Nie zmienia to jednak faktu e właśnie w tym okresie całe Gelonos zostało otoczone wałem obronnym a życie codzienne Budynów i Gelonów nie nosiło żadnych znamion rozbicia. Po pojawieniu się pół krwi Greków ożywiły się kontakty z położonym u ujścia Donu do Morza Azowskiego miastem Tanais, o którym Strabon pisze: “…dawniej był on wspólnym targowiskiem dla azjatyckich i europejskich kupców. Pierwsi dostarczali niewolników, skór i innych towarów, drudzy zaś w zamian przywozili na statkach odzież, wino i inne przedmioty typowe dla cywilizowanego świata…”, jak również z grecką kolonią Olbią, dla której plemiona scytyjskie były głównym partnerem wymiany handlowej.

Punktem zwrotnym w historii Gelonów i Budynów jest rok 513 p.n.e. kiedy to Persi pod wodzą Dariusza ruszyli na Scytów. Po naradzie ludów zagrożonych wojną jedynie Budynowie, Gelonowie oraz Sauromaci zdecydowali się stanąć po stronie Scytów. Reszta postanowiła zachować neutralność. Zbliżenie pomiędzy plemionami Gelonów i Budynów oraz Scytów wiązane jest z szacunkiem jaki z czasem pośród sąsiadów zdobyli sobie greccy potomkowie Gelonesa.

Pierwszy oddział Scytów, dowodzony przez króla Skopasisa do którego mieli dołączyć Sauromaci pociągnął wzdłuż wybrzeża morskiego. Wycofując się przed Persami w stronę Tanais zasypywał studnie oraz niszczył roślinność. Dwie pozostałe grupy do których szeregów należeli również Budynowie i Gelonowie odstępowały na północ utrzymując odległość jednego dnia marszu od Persów. Zadaniem tych oddziałów było wciągnięcie Persów na ziemie ludów neutralnych i wymuszenie na nich udzielenia pomocy militarnej. Prowadzona w ten sposób wojna spowodowała spustoszenie olbrzymich połaci zamieszkanych wcześniej terenów – była to wojna bez jednej bitwy. Konnica Scytyjska utrudniała utrzymanie łączności oraz starała się szarpać siły perskie jednak w obliczu regularnej piechoty była bez szans i unikała otwartej walki. Ciekawostką jest to, że pośród scytyjskiej konnicy największy popłoch budziły perskie muły i osły – gatunki nieznane zarówno Scytom jak i ich koniom. W końcu Dariusz zarządził odwrót. Niestety zmagania wojenne nie ominęły Gelonos. Wielka osada została praktycznie zrównana z ziemią.

Scyta warrior_of_scithians

Lekka jazda skołocka – Nikt nie uznał żadnej władzy Gelonów, przeczytajcie dokładnie zanalizujcie ten tekst – Greckie niedobitki zdrajców – którzy postawili most Darjuszowi puszczono wolno, a  Skrytowie Dnieprzańscy po raz drugi ruszyli na Kretę-Skrytę i tam zostali – przez pewien czas.

Ci którzy przeżyli uznali władzę greckich Gelonów. Nie wiadomo czy ocaleli potomkowie Budyna – niezależnie od tego nie pojawiają się już oni na kartach historii. Władzę nad niedobitkami plemienia przejął Nicefor. Przedstawił on scytyjskiemu Królowi zamiar opuszczenia zgliszczy Gelonos i poprosił o pomoc. Scyci, w zamian za wsparcie podczas wojny, wyposażyli Gelonów w odpowiednią ilość wozów, bydła oraz wszelkiego dobytku – sami otrzymali tajniki gelońskiej metalurgii. Tak więc, na przekór bogom, rody Skytesa i Gelonesa rozeszły się w pokoju a Ci spośród Gelonów którzy nie byli w stanie odbyć wyczerpującej wędrówki pozostali wśród Scytów. Gelonowie powędrowali do Grecji – na zachód wzdłuż wybrzeży Morza Czarnego. Okoliczne plemiona wyczerpane dopiero co zakończoną wojną nie utrudniały przemarszu do Olbii. Z tamtąd już statkami licząca blisko dwie setki grupa gelońskich wędrowców dotarła na Kretę, która miała być przedostatnim przystankiem ich tułaczki, a ostatnim epizodem okresu europejskiego.

Rus_wojDobrosław Wierzbowski – Rus Wojownik 

(Woj nuruski ? – CB)

Nurowie

Neurowie, starożytny lud identyfikowany przez większość badaczy polskich ze Słowianami. Najdawniejsze wiadomości (Herodot – V w. p.n.e.) lokalizują Neurowie na północny zachód od Morza Czarnego. Nazwa Neurowie wychodzi z użycia u schyłku starożytności, zastąpiona przez inne nazwy: Słowianie, Sporowie, Antowie, na Zachodzie – Wenetowie (Wenedowie).

Neurowie mają scytyjskie zwyczaje.
Na jedno pokolenie przed wyprawą Dariusza spotkało ich to nieszczęście, że musieli cały swój kraj opuścić z powodu węży. Mnóstwo ich wylęgło się w ich własnym kraju, a jeszcze więcej wtargnęło z wyżej położonych pustynnych okolic, tak że wreszcie, udręczeni tą plagą, opuścili ojczyznę i zamieszkali u Budynów.
Ci Neurowie wydają się być czarodziejami. Opowiadają bowiem Scytowie i zamieszkali w Scytii Hellenowie, że stale raz do roku każdy z Neurów na kilka dni staje się wilkiem, a potem znowu przybiera dawną postać.

[Herodot; „Dzieje”; IV]

Zasiedlili ziemie na północ od Scytów Oraczy w dorzeczu Prypeci, na terenach obecnej północnej Ukrainy i południowej Białorusi. Byli prawdopodobnie twórcami tzw. Kultury miłogradzkiej, rozwijającej się od Horynia do Sejmu. W grodzisku Miłogradzkim odkryto domy w typie półziemianek oraz naziemne, wznoszone na słupach. W domach znajdowały się paleniska z kamieni, sierpy, rozcieracze, odciski ziaren zboża, kości zwierząt domowych, bransolety z brązu i srebra wskazujące na kontakty kulturowe z Zachodem i Południem.
Cmentarzyska położone w okolicy miejscowości Goroszkow i Asarewicze nosiły ślady konstrukcji nagrobnych umieszczone były tuż za obwarowaniem i fosą. Znaleziono tam naczynia i szczątki pokremacyjne oraz osobliwe mauzoleum “domek zmarłych” wypełniony kośćmi pozostałymi po kremacji. Są hipotezy , że Neurowie byli przodkami Prasłowian , lub co bardziej prawdopodobne Prabałtów, na co wskazuje obrządek ciałopalenia i umieszczanie prochów w dołach, lub pod kurhanem, w popielnicy, lub wsypanych luźno.

drzewotr9Symbol Drzewa Świata

Istowie

Estiowie, starożytny lud zamieszkujący południowo-wschodnie wybrzeża Bałtyku. Po raz pierwszy wspomina o nich Tacyt w Germanii (98 n.e.), informując m.in. o tym, że Estiowie trudnią się zbieraniem bursztynu. W początkach VI w. Teodoryk Wielki miał wysłać do Estiów list, dziękując za otrzymany bursztyn. Ponownie nazwa Estiowie pojawia się w IX w. u Einharda, Wulfstana. Wzmianki te pozwalają lokalizować Estiów u południowo-wschodnich wybrzeży Bałtyku, na wschód od ujścia Wisły. Spośród kilku koncepcji co do charakteru etnicznego Estiów obecnie najwłaściwszą wydaje się uznanie ich za Bałtów. Siedziby Estiów lokalizuje się głównie na Sambii, ich archeologicznym odpowiednikiem ma być kultura Dollkeim-Kovrovo.

Bałtowie, plemiona ludów indoeuropejskich. Nazwa Bałtowie została utworzona sztucznie, zaproponował ją w 1845 G.H.F. Nesselmann, nawiązując do łacińskiej nazwy Morza Bałtyckiego (Mare Balticum). Tradycyjnie dzieli się Bałtów na zachodnich (obejmujących Prusów i Jaćwingów), wschodnich (czyli Litwinów i Łotyszy) oraz zajmujących pozycję pośrednią Kurów. Bałtowie zachodni i Kurowie są już ludami wymarłymi; osłabieni najazdami polskimi, ruskimi i krzyżackimi, zostali wchłonięci przez sąsiadów do końca XVII w.

Pierwotne siedziby Bałtów wschodnich sięgały aż po górny Dniepr i Okę. Ulegli oni slawizacji w okresie od 2. połowy I tysiąclecia do początku II tysiąclecia n.e., znana jest nazwa tylko jednego z nich (prawdopodobnie wschodniobałtyjskiego) – Goliad, mającego siedziby w okolicy Smoleńska. Slawizacji tych obszarów sprzyjała bliskość językowa Słowian i Bałtów. Przyjmuje się, że tzw. wspólnota bałto-słowiańska rozpadła się dopiero ok. połowy I tysiąclecia n.e.

Badania językoznawcze i archeologiczne wskazują, że pierwotne siedziby Bałtów znajdowały się w dorzeczu górnego Dniepru, na północ od Prypeci, na południe od środkowej Dźwiny, na zachód od górnej Oki. Wytworzenie się w na tym obszarze kultur związanych z Bałtami odnieść należy do połowy I tysiąclecia p.n.e. Należą do nich m.in. kultury: ceramiki kreskowanej, dnieprzańsko-dźwińska, juchnowska, prawdopodobnie także miłogradzka.

Migracje z tych terenów, mające miejsce od VI w. p.n.e., doprowadziły do zasiedlenia przez Bałtów ziem nad Morzem Bałtyckim (zmieszawszy się z miejscową ludnością, uformowali oni plemiona Bałtów zachodnich). Najstarsza kultura związana z Bałtami zachodnimi to kultura kurhanów zachodniobałtyjskich, obejmująca stopniowo teren między Pasłęką a Niemnem.Kontakty z cesarstwem rzymskim (eksport bursztynu) doprowadziły do znacznego rozwoju kulturowego Bałtów zachodnich.

Dzięki pisarzom rzymskim znane są pierwsze nazwy plemion Bałtów: Galindów łączyć można z kulturą bogaczewską, Sudowów z kulturą sudowska, a Estiów z kulturą Dollkeim-Kovrovo. Bałtowie nie wzięli udziału w wędrówkach ludów (oprócz grupy olsztyńskiej), od V w. obserwuje się poszerzenie zasięgu ich osadnictwa na zachód, aż po Wisłę. Ponieważ Bałtowie nie wytworzyli (oprócz Litwy) własnych scentralizowanych organizmów państwowych, a także zachowali wierzenia pogańskie, padli ofiarą ekspansji sąsiedniej Rusi, Polski, a zwłaszcza Zakonu Krzyżackiego, który w 1283 pokonał Jaćwież, a w 1295 – Prusów.

pomnnik1

Prusowie z Ludu Istów – potomkowie Borusów-Porusów-Poruszów

Prusowie, lud bałtycki osiadły w starożytności i średniowieczu pomiędzy dolną Wisłą i dolnym Niemnem, spokrewniony kulturowo i językowo z Litwinami i Łotyszami. Dzielili się na liczne mniejsze plemiona: Bartów, Galindów, Jaćwingów, Nadrowów, Natangów, Pogezanów, Pomezanów, Sambów, Sasinów, Skalowów, Warmów.

Od czasów Bolesława I Chrobrego władcy Polski podejmowali próby ich chrystianizacji. Misja św. Wojciecha zakończyła się jego śmiercią (997). Dążący do utworzenia samodzielnego państwa cysterskiego mnisi z klasztoru w Łeknie podjęli na początku XIII w. próbę działań misyjnych wśród Prusów na większą skalę.

Do obrony terenów zamieszkanych przez Prusów nawróconych na wiarę chrześcijańską powołali zakon rycerski, znany później pod nazwą dobrzyńców. Książę Konrad I Mazowiecki obawiający się utraty wpływów politycznych w Prusach sprowadził w 1226 Zakon Krzyżacki i osadził go na pograniczu mazowiecko-pruskim.

1235 Krzyżacy inkorporowali dobrzyńców, 1237 kawalerów mieczowych. 1249 pomimo udanego powstania Prusowie zmuszeni zostali do podpisania układu z Krzyżakami. Porozumienie podpisane w Kiszporku zobowiązywało Prusów do przyjęcia chrześcijaństwa i złożenia przysięgi na wierność Zakonowi, w zamian mieli uzyskać równe prawa z przybyszami niemieckimi. Pod panowaniem krzyżackim ulegli całkowitej germanizacji.

Borusowie resiiBorusowie-Poruszowie

Jątowie – Jąćwędowie-Jaćwingowie

Jaćwingowie, Jaćwięgi, wymarły lud bałtyjski zaliczany do plemion pruskich. Zamieszkiwał tzw. Jaćwierz (Sudowię), obszar położony między Biebrzą na południu, Niemnem na wschodzie i północy, od zachodu ograniczony środkowym biegiem Szeszupy i terenami na wschód od jezior Śniardwy i Mamry.

Przybyli wraz z innymi plemionami Bałtów znad środkowego Dniepru, Prypeci i Protawy ok. VI w. W X-XIII w. prowadzili liczne najazdy łupieżcze na tereny księstw ruskich i polskich. W 2. połowie XIII w. ulegli połączonym siłom Rusi, Polski i Zakonu Krzyżackiego. Pod ich napoerm państwo plemienne Jaćwingów upadło w 1283, jego tereny zostały podzielone pomiędzy Zakon, Polskę i Litwę. Część ludności Krzyżacy wysiedlili do Sambii, gdzie przetrwali do XVI w.

średniowiecze, drzwi gnieźnieńskie

Mazurzy – naszym zdaniem Słowianie Mazowie

Mazury, historyczna i etnograficzna kraina położona w północnej Polsce, w obrębie Pojezierza Mazurskiego i regionów sąsiadujących.

We wczesnym średniowieczu zamieszkiwane przez plemię Prusów, w latach 1233-1238 podbitych przez Krzyżaków, którzy ich całkowicie wyniszczyli. Na terenie dawnych siedzib pruskich powstało państwo zwane Prusami Zakonnymi, a od czasów sekularyzacji zakonu krzyżackiego (1525) Prusami Książęcymi. Władzę w Prusach sprawowali książęta z rodu Hohenzollernów, wasale królów polskich do czasu połączenia się Prus Książęcych z Brandenburgią (1618) i utworzenia państwa o nazwie Prusy. Obecne Mazury, jako tzw. Prusy Wschodnie, stanowiły wówczas prowincję Prus.

Mieszkańcami Mazur w znacznej mierze była napływowa ludność polska, głównie przybyli z Mazowsza chłopi, którzy zachowali swój język, kulturę i religię. W okresie nasilenia akcji germanizacyjnej w XIX w. Niemcy starali się zatrzeć świadomość polskiego pochodzenia miejscowej ludności, nadając jej nazwę Mazurów. Pojawiła się nazwa Mazury jako nowe określenie Prus Wschodnich. Próby germanizacji napotkały opór, w obronie polskości stanęli wybitni działacze społeczni, m.in. H.M.G. Gizewiusz, K.C. Mrongowiusz. Powstawały polskie wydawnictwa lokalne i partie polityczne o charakterze narodowym (m.in. Mazurska Partia Ludowa).

Po I wojnie światowej działacze mazurscy utworzyli w Warszawie 1919 Mazurski Komitet Plebiscytowy, który prowadził agitację za przynależnością do Polski w okresie plebiscytu w 1920. Głosowanie prowadzone w warunkach sprawowania władzy administracyjnej przez Niemców przyniosło niekorzystne wyniki, gdyż tylko trzy gminy mazurskie włączone zostały do państwa polskiego. W okresie międzywojennym działało na Mazurach szereg polskich organizacji narodowych, które po 1922 weszły do Związku Polaków w Niemczech. Prześladowania działaczy mazurskich nasiliły się po dojściu Hitlera do władzy, wielu z nich zginęło w obozach koncentracyjnych.

Po II wojnie światowej, decyzją zwycięskich mocarstw, Mazury przyznano Polsce.

Wciąż i wciąż powtarza się wiele kłamstw, które stają się prawdą… A może jednak…?

 

Gleń ( Gołuń ) Gelonos

 

Zasięg Wenedów ( Wędów ) , Lugiów ( Lęgów ) i Neurów ( Nurów ) – kontra dalszym fałszerstwom niemieckim

 

Mapa przedstawia sytuację od 8000 p.n.e. do 4000 p.n.e. – Zasięg Wenetów [kliknij]

[Mapa na kanwie map zamieszczonych w książce Tadeusza Millera “3000 lat Państwa Polskiego”. Zasięg został wyznaczony przez pana Millera i w zasadzie pokrywa się z zasięgiem określonym dla Wenetów przez H. Łowmiańskiego, z tą różnicą, że Łowmiański zaznaczył też Wenetę na południu Wysp Brytyjskich i w Walii, na półwyspie Bretońskim gdzie Kręgi Carnacu – Czernca oraz osadnictwo Wenedów w Hiszpanii i Anatolii ]

Ponieważ ostatnio w Internecie pojawia się coraz więcej mapek przedstawiających niby to w obiektywnym świetle zupełnie fałszywy obraz zasięgu terytorialnego i przynależności plemion do rzekomego etnosu Germanii zamieszczamy tutaj kilka map dla sprostowania tej inwazji propagandowej prowadzonej w stylu iście goebelsowsko-hitlerowskim.

Oto wersja Goebels – Hitler z roku 2012:

Przedstawia rzekomą sytuację od 750 p.n.e do 400 n.e.

Oto jak ta mapa powinna wyglądać:

Jeszcze w XVIII wieku całe wybrzeże mówiło językiem wędlandzkim i drzewiańskim – bardzo podobnymi do kaszubskiego -a w X- XIII wieku obejmowało to zarówno ziemie za grodem Hammona (potem Hamburg) i okolice Kodenia (Kopenhaga).

Rekonkwista pokazana powyżej pochodzi od Niemców z Drezna, a jest rozpowszechniana po Polsce przez działaczy Ruchu Autonomii Śląska, którzy zapomnieli, że na Dolnym Śląsku w większości żyją teraz Nadbużanie, Lwowiacy, Kijowianie i inni Polacy ze Wschodu, którzy wcale nie popierają żadnej formy oderwania Śląska od Polski.

Porównajmy też z mapą rozkładu haplogrupy Słowiańskiej – tzw polskiej  R1a1g7 (mutacja M 458]. Podobny zasięg rzuca się w oczy. Zaznaczmy, co ważne, że to jest tylko ta ludność, która powstała z nadwiślańskiej mutacji haplogrupy R1a1 – Skołocko-Indo-Słowiańskiej, druga połowa ludności słowiańskiej ma haplogrupę taką samą jak SCYCI i Sarmaci- R1a1 – z 280. W Skandynawii dokonała się kolejna mutacja R1a1 – Z 284  (około 2400 p.n.e.) i ona jest składową Skandynawów współczesnych razem z R1b1 – Celtami oraz I1 – Staroeuropejczykami północnymi – Ilmerami. Skandynawowie to konglomerat tych trzech ludów. Mapa zielona u góry  pokazuje sytuację ekspansji chromosomu od roku 7500 p.n.e. -do 3000 p.n.e.

Poniżej na kilku mapach – trochę szerzej od 4000 p.n.e do roku 1000 z uwzględnieniem głównie Białej Chorwacji – ale obejmując także powyżej przedstawiony okres

Wenedowie, Lęgowie, Nurowie, Istowie, Burowie i Budynowie około 1500 p.n.e.

Straty terytorialne Wenedo-Lugio-Nurusji na zachodzie między 1500 – a 500 p.n.e. – na rzecz Celtów

Wenedo-Haria od 500 p.n.e – do 400 n.e (w pewnym okresie nazywana przez Rzymian Germanią) – różowe terytoria sukcesywnie tracone

Chorwacja Kraków i Popielidów (500 – 900 n.e.)

Sławia – Wiślania – Państwo Mieszka I w X wieku

Słowiańskie wybrzeże Bałtyku w VI- XII wieku

[6 powyższych map wykonano na kanwie map zamieszczonych w książce Tadeusza Millera “3000 lat Państwa Polskiego”.]

Każdą mapkę warto kliknąć żeby powiększyć – Zwracam uwagę na tej ostatniej na świątynie Trzygłowych bogów – Białobogi i Czarnogłowa rozlokowane na wybrzeżu Wenedyjskim (Wandalskim)

Ta mapa dobrze pokazuje Słowiańskie plemiona w VI-VII  wieku – Suiones – w Skandynawii i Goci – Gątowie – Geci Naddunajscy i  Nadazowscy oraz Dachowie – Dakhowie – to plemiona Słowiano-Drackie, znani są też Dakhowie, którzy współtworzyli Persję, a przeszli znad Morza Czarnego przez Kaukaz – to jest jedna z fal powrotnych R1a1 do Azji (gdzie w większości Słowiano-Indo-Skołoci mają haplogrupę R1a1 – Z 93 a razem z przedstawicielami innych mutacji R1a1 (Z280 i M 458) oraz innych haplogrup utworzyli etnosy słowiano-tureckie Khazachskie (Hazaria, Kazachstan, Kirgizja i inne) Bułgarskie, Awarskie, Huńskie, Madziarskie, razem ze Staroeuropejczykami I1 i Finami – (N) – utworzyli etnos Bałtyjski (Istyjski, Ilmeryjsko-Issedono-Aesti)

Należy zwrócić uwagę na często czynioną pomyłkę : Nie powinno się RÓWNAĆ ETNOSU Z HAPLOGRUPĄ.  Etnos słowiański jako składnik jest wszędzie tam gdzie występuje ta haplogrupa w składzie etnicznym na danym terytorium. On jest słowiańskim wkładem w “cywilizację” na danym obszarze, ale etnos jest współtworzony przez wszystkie występujące tam haplogrupy w ramach mieszania się ludności, a więc np w Polsce do 60 % R1a1 (złożonej z M458 i Z 280) dochodzą głównie R1b1 i I2 , a w Indiach inne haplogrupy, w Macedonii występuje równowaga R1a1, R1b1, I1, I2 oraz E. Ci ludzie mówią po słowiańsku i identyfikują się ze słowiańskością ale pochodzą od różnych haplogrup które razem stworzyły etnos Macedoński. To samo dotyczy Skandynawii i dzisiejszych Niemiec które są współtworzone przesz Słowian od zarania swego istnienia. Warto by Niemcy wreszcie zaczęli o tym mówić i zapamiętali to – 30% wkładu w ethnos niemiecki to Słowianie.

– A poza tym bez żadnego komentarza, niech mówią same mapy – które są w zgodzie absolutnej z rozprzestrzenieniem haplogrupy genetycznej Y-DNA R1a1 uznawanej powszechnie na świecie za Słowiańską (poza Niemcami, które dalej uprawiają Drang nach Osten – niezmordowanie od 1000 lat).

CB

Za: http://bialczynski.wordpress.com/2012/02/14/zasieg-wenedow-wedow-lugiow-legow-i-neurow-nurow-kontra-dalszym-falszerstwom-niemieckim/
 
Czytaj więcej:

Krainy , Miejsca , Ludy Królestwa SiS

 

%d blogerów lubi to: