Strona główna > Edukacja, Historia, Nauka, Polityka, Religia, Technika, Świat > Historia się nie powtarza : od komputerów do neolitu ( i z powrotem ) / Czy wierzysz w cuda ( gospodarcze ) ? / Czajniki , mikroprocesory , gadżety / Człowiek i Małpa / Niebezpieczne związki / Biologia : Teoria Ewolucji / Teoria samorództwa / Komentarz : Andrzej Szubert

Historia się nie powtarza : od komputerów do neolitu ( i z powrotem ) / Czy wierzysz w cuda ( gospodarcze ) ? / Czajniki , mikroprocesory , gadżety / Człowiek i Małpa / Niebezpieczne związki / Biologia : Teoria Ewolucji / Teoria samorództwa / Komentarz : Andrzej Szubert

Henryk Hollender pisał w cyklu „Historia się nie powtarza”
drukowanym w miesięczniku „Młody Technik”:
odcinek pt.: „Człowiek i Małpa”
Młody Technik nr 11 z 1988 r.
CZŁOWIEK i MAŁPA

„Dzieło Darwina rzeczywiście oznaczało dla milionów protestantów zagładę świata – ich świata, opartego na mocnym przekonaniu, że ustępy Pisma Św. opisujące jednorazowy akt stworzenia „wszelkich żywych, ruchliwych istot” (Księga Rodzaju 1, 21) stanowią niewzruszalną prawdę. Teoria Darwina była zatem – czy sam autor tego chciał, czy nie – wyzwaniem dla doktryny chrześcijańskiej. Ożywiła ona też znacznie badania paleontologiczne. Pojawiły się poważne prace, wspierające, modyfikujące lub krytykujące teorię doboru naturalnego. Sam Darwin zwlekał jednak z publikacją następnej książki, w której miał wypowiedzieć się bezpośrednio i szczegółowo o ewolucji gatunku ludzkiego. Ukazała się ona w końcu – pod tytułem The descent of man, and selection in relation to sex (Pochodzenie człowieka i dobór [naturalny] a płeć) – w 1870 r.”
„W Polsce pierwszym znawcą teorii Darwina był Benedykt Dybowski, który czytał świeżo wydany przekład niemiecki w Berlinie w 1860 r. Od 1862 r. Dybowski wykładał ewolucjonizm w Szkole Głównej w Warszawie. Od 1864 r., w wyniku wiadomych czytelnikowi wydarzeń uczony ten uzyskał nadzwyczajną możliwość prowadzenia badań zoologicznych i botanicznych na Syberii, ale jego następca na warszawskiej katedrze, August Wrześniowski zadbał o to, by wykłady ewolucjonizmu były kontynuowane. W 1883 r. Dybowski (1833-1930) został profesorem zoologii we Lwowie, gdzie doczekał się jeszcze zakazu wykładania darwinizmu, wydanego przez rektora. W końcu lat sześćdziesiątych teoria doboru naturalnego była już nieźle w Polsce znana z różnych omówień w czasopismach i z hasła Zoologia, napisanego dla Encyklopedii Powszechnej (wydawnictwo S. Orgelbranda) przez Wrześniowskiego. Ale spory dopiero się zaczynały. Nasilił je rozwój ruchu pozytywistycznego, którego przedstawiciele bardzo ciepło przyjęli darwinizm oraz druk polskich przekładów dzieł Darwina w latach siedemdziesiątych. I w Polsce nie był to jednak konflikt dwustronny. Środowisko katolickie, o wiele bardziej tolerancyjne w stosunku do darwinizmu niż protestanckie, było dalekie od jednomyślności. Wielu zoologów podziwiało głębię teorii Darwina – pierwszej prawdziwej teorii naukowej w biologii – lecz odrzucało niektóre jej ustalenia. Pojawili się ewolucjoniści niedarwinowscy – neolamarckiści itd.”
rys.
Samuel Wilberforce, elokwentny biskup Oxfordu, w karykaturze czasopisma „Vanity Fair”.
Wilberforce był głównym oponentem Darwina, inicjatorom słynnej dysputy „O pochodzeniu gatunków”, jaka odbyła się w czerwcu 1860 r. w Oxfordzie. Sam Darwin z powodu choroby nie uczestniczył w spotkaniu, ale wziął w nim udział dawny kapitan „Beagle”, obecnie wiceadmirał Robert Fitz-Roy, stanowczo odcinając się od teorii Darwina. w której powstaniu miał przecież także swój udział.
 

Młody Technik nr 12 z 1988 r.
HISTORIA SIĘ NIE POWTARZA – Niebezpieczne związki

12 grudnia 1859 r. Fryderyk Engels pisał do Karola Marksa: „Darwin, którego właśnie czytam, jest wspaniały”. Marks zainteresował się żywo teorią Darwina, zarówno bowiem dostarczała mu ona podstaw dla jego koncepcji „walki klas”, jaki i stanowiła doskonały przykład racjonalistycznej, wolnej od obciążeń religijnych myśli naukowej. „Tak jak Darwin odkrył prawa rozwoju przyrody organicznej, Marks odkrył prawa rozwoju ludzkiej historii” – powiedział w 1883 r. Engels, przemawiając nad grobem przyjaciela. Obaj uważali, że współpraca z Darwinem byłaby dla nich bardzo korzystna intelektualnie, ale wielki biolog nie podzielał ani ich zainteresowań, ani zapatrywań politycznych i uparcie unikał kontaktów.
W drugiej połowie XIX w. właściwie wszyscy przedstawiciele nauk społecznych zapożyczali się – jak Marks – u Darwina lub przynajmniej się na niego powoływali. Dla biologii najistotniejsza okazała się inspiracja, jakiej praca Darwina dostarczyła badaczom zjawiska dziedziczności. Nie ma nic dziwnego w tym, że właśnie w mechanizmach dziedziczności zaczęto poszukiwać klucza do zagadki ewolucji. Ale i nie powinien zdumiewać nas fakt, że byle dziennikarzyna (jak pogardliwie mawiano w XIX w.) posługiwał się poprzekręcanymi urywkami teorii ewolucji, aby dostarczyć „naukowej” podbudowy dowolnym argumentom.
Syntezą darwinowskiego ewolucjonizmu i myśli społecznej był tzw. darwinizm społeczny – ruch, który równie dobrze można by nazwać „spenceryzmem”, bowiem socjolog Herbert Spencer (1820-1903) głosił ideę „przetrwania najlepiej przystosowanych” już w 1851 r. W ogóle zresztą od końca XVIII w. w naukach społecznych, jak i w naukach o życiu, pojawiały się rozmaite koncepcje ewolucjonistyczne. Darwiniści społecznie utrzymywali, że siłą napędową ewolucji społeczeństw jest konflikt i walka, która eliminuje grupy mniej rozwinięte.
Dla licznych wulgaryzatorów Darwina „mniej rozwinięte” oznaczało nie „gorzej przystosowane do środowiska”, tak jak (od biedy i w skrócie) powinno, lecz po prostu – słabsze, a nawet – mniej brutalne. W ten sposób darwinizm społeczny dostarczył pożywki ideologom głoszącym kult przemocy. I, jak zwykle bywa w takich wypadkach, nie można myśliciela, na którego się powoływano, całkowicie uwolnić od odpowiedzialności za te wynaturzenia. Czyż Darwin nie napisał (w Pochodzeniu człowieka), że to „głównie dzięki swej sile rasy cywilizowane rozprzestrzeniły się i teraz wszędzie poszerzają swój zasięg, zmierzając do zajęcia miejsca ras niższych”? Czy nie wyrażał (w tej samej książce) obaw, że rozbudowany system opieki społecznej, a więc np. utrzymywanie szpitali, wprowadzenie masowych szczepień itp., zaszkodzi „cywilizowanym społeczeństwom”, pozbawionym naturalnego sposobu eliminowania słabszych jednostek?
Kiedy żeglarz brytyjski Robert FitzRoy po raz pierwszy odwiedził Ziemię Ognistą, zastał tam liczne plemiona tubylców, nie znających sztuki uprawy roli. Wykonał wówczas rysunki dokumentujące ich wygląd, sprzęty i sztukę, które w 1839 r. opublikował w książce napisanej wspólnie z P.P. Kingiem i C. Darwinem, Narrative of the surveying voyages of HMS „Adventure” and „Beagle” between the years 1826 and 1836

Obserwacje antropologiczne Darwina prowadziły jakby do ustawiania różnych ludów na drabinie, której górne szczeble zajmowały znane mu społeczności europejskie, zaś dolne – poznane w czasie podróży „dzikie” plemiona. Taką hierarchię tworzy sobie każdy lud, uważając siebie za coś lepszego od obcych; zjawisko to znane jest pod nazwą etnocentryzmu. U Darwina etnocentryzm zyskuje jednak wyrafinowany kontekst naukowy: dowiadujemy się oto, że po prostu ludy „niższe” nie zaszły tak daleko jak „wyższe” w procesie ewolucji i że pomiędzy np. współczesnym Anglikiem a człowiekiem kopalnym znajdują się stadia pośrednie. Pisarzom chrześcijańskim, dla których dane stworzenie albo jest człowiekiem, albo nim nie jest, myśl ta wydawała się nie do przyjęcia, bowiem rodziła ona niebezpieczeństwo rozwarstwienia gatunku ludzkiego. Józef Szujski, którego cytowaliśmy w poprzednim odcinku, zdawał sobie doskonale sprawę, że odległą, ale realną konsekwencją darwinizmu może być powołanie do życia kast „podludzi” i „nadludzi”.
Innymi słowy, racjonalistyczna koncepcja naukowa, która – wydawałoby się – prowadziła do ukazania związków, łączących gatunek ludzki z całym światem przyrody ożywionej, podatna była także na interpretacje rasistowskie. Z tym, że interpretacje takie miały kilka innych źródeł.
Jeszcze przed Darwinem pojęcie rasy stało się pojęciem naukowym; m.in. w pracach Franza Josepha Galla (1758-1812), który próbował połączyć charakterystykę osobowości, intelektu i kultury ludzkiej z dającymi się łatwo obserwować cechami fizycznymi poprzez badanie kształtów czaszek różnych ludów.
W XIX w., w okresie niezwykle ożywionych badań historycznych, emocje budziła sprawa pochodzenia i dorobku poszczególnych narodów. W Niemczech badano m.in. pochodzenie języków anglosaskich i germańskich od sanskrytu i poszukiwano źródeł niemieckiej tożsamości etnicznej. W 1853 r. Francuz Joseph Arthur de Gobineau opublikował Esej o nierówności ras ludzkich, w którym wyraził sąd, że rasa biała, aryjska (od Ariów, starożytnych Indów) uosabia najwyższe wartości, takie jak honor i umiłowanie wolności. Obserwowanemu – zdaniem autora – upadkowi tej cywilizacji można zapobiec przez utrzymywanie czystości rasy aryjskiej, aby mogła ona osiągnąć przewagę i panowanie nad rasami słabszymi i mniej twórczymi. W tekście tym pobrzmiewa wątek „walki ras”, dla którego koncepcja Darwina mogła się wydawać przysłowiową wodą na młyn.
W 1899 r. osiadły w Niemczech Anglik nazwiskiem Houston Stewart Chamberlain wydał słynne Podwaliny XIX stulecia, dzieło wzywające rasę nordycką, do odzyskania należnego jej przywództwa przez zwalczanie ras konkurencyjnych, z żydowską na czele. Jednym z wielu nieporozumień tej koncepcji było uznanie Niemców i Żydów za dwie czyste, przeciwstawne sobie rasy.
Droga do zwycięstwa rasy nordyckiej prowadzić miała przez eugenikę. Termin ten pojawił się po raz pierwszy w pracach Francisa Galtona, angielskiego badacza zjawiska dziedziczenia. Galton przekonywał, że nadzwyczajne uzdolnienia mogą być dziedziczone. Przez odpowiedni dobór cech „dobrego pochodzenia” (stąd eugenika, termin utworzony z dwóch słów greckich) można osiągnąć rozwój dodatnich cech dziedzicznych i ograniczenie cech ujemnych. Podstawowe zasady eugeniki utrzymują się w każdym społeczeństwie, stąd np. pochodzi zakaz małżeństw między bliskimi krewnymi.
Prawa dziedziczenia Mendla, wprowadzone w obieg naukowy po 1900 r., podważały niektóre szczegóły teorii Galtona. Niemniej jednak Galton, usiłujący mierzyć cechy fizyczne i psychiczne człowieka i ich rozkład statystyczny, zainteresował swoją ideą wielu badaczy i znalazł spore grono uczniów. Jednym z nich był Karl Pearson, pierwszy profesor eugeniki na Uniwersytecie Londyńskim. Największy jest jego wkład do statystyki matematycznej, zajmował się jednak także zagadnieniami różnicowania, dziedziczenia i doboru wśród roślin i zwierząt, wchodzącymi w zakres utworzonej przez siebie dyscypliny, zwanej biometrią. Pasjonując się matematyczną interpretacją różnych zjawisk naturalnych, podjął też w 1904 r. badania nad alkoholizmem, gruźlicą, chorobami psychicznymi i śmiertelnością niemowląt. Był przekonany, że są to plagi dziedziczone i zwalczał tych, którzy utrzymywali, iż wszelkie odchylenia w genotypach są wynikiem oddziaływania środowiska.
Kolejne wcielenia tych wszystkich, rewidowanych później przez naukę, ale przecież interesujących i wciąż do pewnego stopnia inspirujących koncepcji, były nie tylko dziełem uczonych. Po I wojnie światowej pojawili się demagodzy, którzy zaczęli głosić zbrodnicze idee, powołując się na pisma biologów i antropologów, a zwłaszcza – na „nawiedzone” proroctwa Chamberlaina. Ale z Darwinem miało to już niewiele wspólnego.
Wraz z załogą statku „Adventure” – którego wyprawa poprzedziła ekspedycję „Beagle” – do Londynu powróciła trójka mieszkańców Ziemi Ognistej, obdarzona przez marynarzy angielskim imionami: Jemmy Button (kupiony za kilka guzików), Fuegla Basket (drugi człon hiszpańskiej nazwy Ziemi Ognistej w połączeniu ze słowem „koszyk”) i York Minster. Widzimy ich tu na rysunku FitzRoya. W Anglii wdrożono ich do europejskich obyczajów, a następnie wysłano na pokładzie „Beagle” do ojczyzny, aby szerzyli tam chrześcijaństwo. Darwin często dyskutował z kapitanem FitzRoyem na temat tubylców; obaj – aczkolwiek nie bez wahań – zdecydowali się uznawać ich za ludzi. Obserwacje z Ziemi Ognistej wpłynęły na zawartość późniejszej książki Darwina O pochodzeniu człowieka. Tubylcy Ziemi Ognistej zostali wyniszczeni do końca XIX w.; w latach sześćdziesiątych naszego stulecia ich liczba nie przekraczała stu.
 

Wszyscy młodzi fascynaci nauk przyrodniczych, czytelnicy “Młodego Technika”, mogli poznać krótką historię teorii ewolucji i jej twórcę, Charlesa Darwina, w kwietniowym numerze magazynu z 1985 roku. / Opracowanie: Tomasz Wawrzyczek
BIOLOGIA: TEORIA EWOLUCJI – Zuzanna Stromenger

Okręt “Beagle” odbił od brzegów Anglii 27 grudnia 1831 roku rozpoczynając pięcioletnią podróż dookoła świata. W wyprawie miał wziąć udział profesor John Steven Henslow, słynny brytyjski przyrodnik, jednak stan zdrowia zmusił go do rezygnacji z podróży. Zastąpił go jego student, młody człowiek, który nim zainteresował się naukami przyrodniczymi próbował nieskutecznie rozpocząć studia medyczne, potem teologiczne, największe zainteresowanie przejawiał jednak polowaniami. Ów młody człowiek nazywał się Charles Robert Darwin i w przyszłości będzie odpowiadał za teorię, która wywróci do góry nogami utarty od lat pogląd na pochodzenie człowieka – teorię ewolucji.

Zagłębić się w historii…

W badaniach naukowych Darwina (1809-1882) okres podróży okrętem “Beagle” odegrał rolę przełomową. Darwin opuszczając Anglię był młodym człowiekiem, nieznanym przyrodnikiem bez pomysłu na przyszłość. Kiedy “Beagle” dobił z powrotem do brzegów Anglii 2 października 1836 roku, 27-letni Darwin przywoził ze sobą ogromny zasób obserwacji, przemyśleń oraz materiałów dowodowych dla swoich koncepcji dotyczących ewolucyjnego rozwoju gatunków, koncepcji, które w przyszłości miały go wynieść do panteonu najwybitniejszych postaci w historii.
Idea zmienności gatunków i ich ewolucyjnego rozwoju nie była pomysłem autorskim Darwina. Jej twórcą był żyjący w latach 1744-1829 profesor Jean Baptiste Lamarck, pracujący w paryskim Jardin des Plantes twórca pojęcia “biologia”. Ten znakomity przyrodnik zajmował się początkowo botaniką, później zoologią. Wieloletnie obserwacje pozwoliły mu jasno dostrzec zmienianie się gatunków, ale jego interpretacja mechanizmu tego zjawiska była niewłaściwa. Uważał on, że rozwój rodowy istot żywych, czyli filogeneza, oraz ich przystosowanie się do środowiska to wynik bezpośredniego oddziaływania warunków otoczenia takich jak na przykład klimat czy rodzaj pokarmu. Lamarck twierdził, że intensywniejsze używanie jakiegoś narządu powoduje jego intensywniejszy rozwój i rozrost, czego przykładem miała być szyja żyraf wydłużona intensywnym sięganiem do koron drzew w celu zdobycia pokarmu. Jeśli kiedyś usłyszycie żartobliwe “przyrząd nieużywany zanika” wiedzcie, że jego autorem jest Lamarck.
Innym zwolennikiem koncepcji zmienności gatunków był profesor zoologii w Paryżu, Etienne Geoffroy Saint-Hilaire (1772-1844). Ten badacz historii rozwoju i anatomii porównawczej, twórca idei ogrodów zoologicznych jako miejsca prowadzenia badań naukowych, bronił w 1830 roku koncepcji zmienności planu budowy istot żywych przed kreacjonistycznymi teoriami znakomitego zoologa i paleontologa, Georgesa Cuviera (1769-1832). Niestety bezskutecznie – nie zdołał przekonać przeciwnika do słuszności swoich tez i odeprzeć jego argumentów na rzecz kreacjonizmu.
Cuvier był jednym z głównych zwolenników tak zwanej teorii katastrof, która głosiła, że w dziejach Ziemi co jakiś czas następowały kataklizmy niszczące całe życie, co implikowało akt stworzenia, który kreował nowe gatunki roślin i zwierząt, które od właśnie wymarłych różniły się zasadniczo. Teoria katastrof była próbą pogodzenia biblijnej wersji stworzenia świata z niepodważalnymi faktami natrafiania szczątków roślin i zwierząt diametralnie różniących się od współczesnych.
Młody Darwin zwrócił podczas swojej podróży uwagę na dość znamienny fakt, że na kontynencie południowoamerykańskim – i nigdzie indziej – można spotkać zarówno szczątki legwanów jak i żyjące legwany. Podważało to w dość jawny sposób teorie głoszone przez katastrofistów, którzy wykluczali możliwość istnienia tego samego gatunku w prahistorii i współcześnie. Potwierdzało też, że gatunki przechodzą jeden w drugi nie rewolucyjnie, gwałtownie, jak choćby na skutek globalnych kataklizmów, ale ewolucyjnie, stopniowo.
Darwin w swej podróży trafił na leżący 1000 km od wybrzeży Ekwadoru Archipelag Galapagos, który jako jednolity blok jałowej lawy wypiętrzył się z Oceanu Spokojnego w trzeciorzędzie. Stopniowo zaczęły zasiedlać go gatunki roślin i zwierząt niesione bądź to Prądem Peruwiańskim, zwanym też Prądem Humboldta, bądź trafiające na Galapagos drogą powietrzną. W podobny sposób zaludniane były i są do dziś wyspy rozsiane po morzach i oceanach całej kuli ziemskiej – porwane z lądu stałego przez tornada czy silne burze tropikalne rozciągające się na odcinku wielu setek kilometrów nasiona, owady czy wręcz niewielkie zwierzęta zostają przeniesione i porzucone na nowych lądach otoczonych bezkresem wód. Dołączają do nich zwierzęta, które trafiają tam używając swoich naturalnych cech motorycznych.
Zwierzęta, które pojawiły się na Galapagos nie miały na nim żadnych wrogów i mogły mnożyć się bez przeszkód. Stopniowo coraz bardziej zaczęły odbiegać od swych form macierzystych z kontynentu. W międzyczasie stanowiący jedną całość masyw Galapagos obniżał się zatapiając niżej położone tereny i ostatecznie podzielił się na ponad 20 wysp, na których zostały uwięzione i odizolowane od siebie odrębne populacje zwierząt, które zaczęły rozwijać się w warunkach charakterystycznych dla każdej z wysp. Z czasem populacje z różnych wysp zaczęły różnić się od siebie tymi czy innymi zestawami cech, na przykład dłuższym lub krótszym dziobem, ogonem, kończynami – to właśnie zaobserwował i dokładnie opisał Darwin.
 

W życiu młodego człowieka pojawia się taki moment, kiedy przestaje wierzyć w myszki zamieniające schowane pod poduszką mleczne zęby na prezenty, bożonarodzeniowe aniołki, Świętego Mikołaja przecinającego przestrzeń powietrzną w saniach ciągniętych przez renifery, krasnoludki mieszkające pod grzybkami, elfy, jednorożce i inne rusałki. Wydoroślał, wydaje się. Nic z tych rzeczy. Im bardziej człowiek dorośleje, tym chętnej zaczyna wierzyć w inne dziwy jak choćby w latające spodki pełne ufoludków, które przybywają do nas gromadnie z bliższych i dalszych zakątków wszechświata.
Wiara ludzi w życie pozaziemskie sięga jeszcze czasów starożytnych

Wprowadzona przez Kopernika rewolucja w wyobrażeniu wszechświata wzmocniła tą wiarę. Wierzono, że na wszystkich znanych wtedy planetach naszego układu słonecznego istnieje życie. Obdarowano nim też nasze Słońce i Księżyc. Nauka dopiero w XIX doszła do wniosku, że z życiem na Słońcu to jednak przesada. Później zrewidowano też twierdzenie o istnieniu życia na Księżycu. Nadal jednak wierzono, że życie istnieje na innych planetach. Co jakiś czas pojawiały się nawet na to “dowody”, jak choćby odkryte przez Schiaparellego kanały na Marsie, które jak twierdzono są dziełem marsjańskich inżynierów.
Skąd w dawnych czasach taka łatwość świata nauki w przyjmowaniu, że życie we wszechświecie jest powszechne? W jaki sposób dowodzono, że planety naszego układu słonecznego i nie tylko jego są zamieszkałe, jeśli możliwość precyzyjnej ich obserwacji w tamtych czasach była bądź poważnie ograniczona, bądź w ogóle niemożliwa? Skąd ta mnogość życia, jeśli wiadomo, że jest ono stosunkowo kruche, wymaga odpowiedniego środowiska, warunków do tego, by powstać i się rozwijać? Wyjaśnieniem było powszechne wtedy przekonanie, że powstanie życia to stosunkowo prosty proces. Wierzono, że życie powstaje samo. Teoria ta znana jest dziś pod nazwą “teorii samorództwa”.

Teoria samorództwa była powszechna do XIX wieku

W średniowieczu głoszona była na wielu uniwersytetach jako oficjalna wiedza dotycząca powstawania życia, a przynajmniej niektórych jego form. Uważano na przykład, że muchy rodzą się ze zgniłego mięsa, myszy ze starych worków a wszy lęgną się z brudu. Teoria samorództwa została pierwszy raz podważona przez włoskiego uczonego Francesco Redi. Przy pomocy kilku prostych doświadczeń zaobserwował, że po starannym odizolowaniu mięsa i odcięciu dostępu do niego muchom, w mięsie same nie powstaną czerwie. Udowodnił, że aby wylęgły się larwy, mucha musi złożyć jaja na odpowiedniej pożywce. Mimo tego, nadal nie wykluczał, że niektóre organizmy, na przykład glisty i tasiemce, powstają samorodnie.
W XIX wieku teoria samorództwa zyskała ideologiczną podbudowę. Ówcześni przyrodnicy wyrażali wtedy dwie teorie na temat istoty życia – materialistyczny i witalistyczny. Materialiści twierdzili, że organizm żywy to suma reakcji chemicznych i fizycznych. Sądzili, że wystarczy poznać “skład chemiczny” by zsytentyzować człowieka – humunkulusa. Witaliści uważali, że organizm żywy to nie tylko reakcje fizyczne i chemiczne, ale przede wszystkim tak zwana siła życiowa – vis vitalis. Te dwa punkty widzenia życia przyczyniły się między innymi do powstania podziału na chemię organiczną i nieorganiczną.
Z czasem teoria samorództwa traciła swoich zwolenników. Udowodnienie, że wyższe organizmy żywe nie powstają samorodnie, popchnęło zwolenników samorództwa do poszukiwania dowodów swojej teorii w świecie mikroorganizmów, ale i na tym polu zostali pokonani w II połowie XIX wieku między innymi przez Ludwika Pasteura. Pasteur udowodnił, że na najlepszej nawet pożywce nie powstaną bakterie, jeśli wcześniej nie doda się do pożywki choćby jednej żywej bakterii. W praktyce odkrycie to ma zastosowanie w znanym chyba każdej gospodyni domowej procesie pasteryzacji konfitur, kompotów czy marynowanych ogórków. Jak nietrudno zauważyć, nazwa tego procesu pochodzi od nazwiska Pasteura. Jego odkrycie potwierdzili później inni naukowcy, między innymi niemiecki lekarz i biolog Virchow, autor twierdzenia “Omnis cellula ex cellula” – każda komórka powstaje z komórki.
Wydawać by się mogło, że po odkryciu Pasteura kreacjoniści stracili ostatni argument na poparcie samorództwa. W 1908 roku z ratunkiem dla biologów-zwolenników samorództwa przychodzi szwedzki fizyk Arrhenius, który głosił, że życie istnieje wiecznie we wszechświecie. Twierdził, że kosmosie krążą przetrwalniki bakterii, które trafiając na planetę taką jak choćby Ziemia, zaszczepiają na niej życie. Teoria Arrheniusa miała jednak dla kreacjonistów poważną wadę – nie tłumaczyła powstawania życia tylko “zasiedlanie” nim poszczególnych planet. Zawierała też poważny błąd, o którym Arrhenius nie mógł wiedzieć przy stanie ówczesnej wiedzy i nauki – w warunkach panujących w kosmosie żaden najodporniejszy nawet przetrwalnik nie ma szans na dłuższe istnienie.
Ostateczne pogrzebanie teorii samorództwa nastąpiło wtedy, kiedy próbując znaleźć wspólny mianownik dla wszystkich organizmów żywych stwierdzono, że życie to forma białka. Postęp w nauce, zwłaszcza w geologii i astronomii, pozwolił na stworzenie obrazu naszej planety z czasów przed powstaniem życia – sprzed 3 mld lat. Ziemia była wtedy planetą o dużej aktywności wulkanicznej i atmosferze wypełnionej głównie metanem, amoniakiem, wodą, cyjanowodorem. Związki te poddane stałemu promieniowaniu ultrafioletowemu (atmosfera ziemska pozbawiona była warstwy ozonowej) reagowały ze sobą, co doprowadziło do powstania aminokwasów od których już niedaleko do syntezy białka.
Dzisiejsze rozumienie życia to efekt prac nad znanym już od XVIII wieku kwasem dezoksyrybonukleinowym – DNA. Ustalono, że ta substancja, której znaczenie dla życia jeszcze pół wieku temu było marginalizowane, jest zapisem budowy organizmu przekazywanym z pokolenia na pokolenie.
Samo wyjaśnienie powstania życia nie daje jednak odpowiedzi na pytanie o istnienie w kosmosie życia, tym bardziej na pytanie o jego powszechność. Przy tak dużej liczbie czynników decydujących o pojawieniu się, rozwoju i ewolucji życia, trudno pokusić się nawet o próbę oszacowania prawdopodobieństwa istnienia życia na innych planetach. Pamiętać należy też, że sam fakt istnienia życia nie oznacza istnienia istot rozumnych. Wystarczy przyjrzeć się naszej planecie i jej historii. W okresie początku kształtowania się form ludzkich Ziemia podzielona była na sześć odizolowanych od siebie kontynentów, z czego ewolucja w kierunku form inteligentnych odbywała się wyłącznie na jednym z nich. Gdyby więc na przykład w kredzie meteoryt uderzył w kontynent euroazjatycki, dziś na Ziemi najprawdopodobniej najinteligentniejszymi istotami byłyby kangury, gdyby zaś w pliocenie krzywda spotkała Afrykę, pozycja najinteligentniejszych mieszkańców naszej planety przypadłaby orangutanom.
Takie oto ciekawostki można było znaleźć w “Młodym Techniku” ze stycznia 1979 roku / Opracowanie: Tomasz Wawrzyczek
 

Młody Technik nr 3 z 1987 r.
HISTORIA SIĘ NIE POWTARZA: OD KOMPUTERÓW DO NEOLITU (i z POWROTEM) – Henryk Hollender

Obserwując historię i zjawiska w niej występujące, spostrzegając ich podobieństwo w krótszym lub dłuższym wycinku czasowym, nadajemy mu umowną nazwę adekwatną do rodzaju lub charakteru zjawisk w nim dominujących. Najczęściej sięga się po pojęcie okresu, czasem też po pojęcia o szerszym zakresie lub wręcz po określenia przenośne. Mamy zatem okres romantyzmu, wiek pary i elektryczności, epokę kamienia łupanego, lata kryzysu, dekadę wojen. Czy na podobne okresy można podzielić historię techniki?

Sprawa na pozór wydaje się tylko prosta, w rzeczywistości próba podzielenia historii techniki na przedziały czasu o własnej specyfice jest zadaniem dość skomplikowanym. Wszak nie wszystkie działy techniki zmieniały się z taką samą dynamiką i w tym samym rytmie. Rozwój narzędzi produkcji nie musiał na przestrzeni całej historii iść w parze z rozwojem transportu czy łączności, która z kolei nie musiała rozwijać się tak szybko jak produkcja żywności, a ta znów mogła być opóźniona w stosunku do innowacji wprowadzanych w technice wspierającej badania naukowe.
Osobnym zupełnie elementem jest dysproporcja w dynamice rozwoju techniki jako takiej i każdej z jej dziedzin na różnych obszarach kulturowych i społecznych. Na przykład: jakoś tak się dziwnie składa, że w społeczeństwach, gdzie naukowcom źle się dzieje z różnych powodów – ekonomicznych, politycznych czy religijnych – tam postęp w nauce i technice jest raczej mizerny, o ile nie zerowy. Do tego dochodzi jeszcze jedna trudność: analiza historii techniki zwykle obarczona jest “błędem” współczesności – jesteśmy zazwyczaj przejęci wydarzeniami, które rozegrały się niemal na naszych oczach i bardzo często jesteśmy przekonani, że to właśnie teraz rozpoczyna się jakaś nowa epoka, era czy okres.
Z innej strony wydaje się, że akurat nasze pokolenie może mieć powody do tego, żeby sądzić, że jest świadkiem zjawisk zmieniających oblicze świata, w którym żyjemy. Z ery, w której dominował towar, przedmiot rzeczywisty, namacalny weszliśmy na dobre w okres, w którym dominuje informacja. Wszak – dajmy na to – czy ma większe znaczenie, na jakim urządzeniu i przy pomocy jakiego programu wymieniamy się informacją na takim dla przykładu Twitterze czy Facebooku? Czy to będzie komputer stacjonarny, czy laptop, czy to będzie tablet czy komórka, czy wreszcie telewizor, najważniejsza pozostanie informacja zawarta w tweecie, zmianie statusu, zdjęciu, linku…
W latach 30-tych XX wieku próbę periodyzacji historii techniki podjął się Lewis Mumford. Przyjrzał się technice całościowo, uwzględniając wiele czynników, które miały wpływ na jej dzieje, na przykład uwzględniając systemy społecznościowe (inny rozwój w miastach, inny poza nimi) i naturalne (inny rozwój w strefie klimatycznej przyjaznej człowiekowi, inny w strefach o ostrym klimacie). Nie wdając się w zbytnią szczegółowość wyodrębnił swego rodzaju kamienie milowe w rozwoju techniki i spróbował odpowiedzieć, co było charakterystyczne dla każdego z nich.
Zdaniem Mumforda ludzkość przeszła przez trzy fazy rozwoju techniki. Pierwsza z nich to faza eotechniczna, druga – paleotechniczna, trzecia wreszcie – neotechniczna. Faza eotechniczna opierała się na wodzie i drzewie – charakteryzuje się rzemieślniczym charakterem produkcji i ścisłym związkiem z rolnictwem. W fazie paleotechnicznej dominował węgiel i żelazo – jest to okres taniej, znormalizowanej i tandetnej produkcji przemysłowej. Faza neotechniczna to elektryczność i stopy metali – wypracowano w niej sposoby produkcji przedmiotów trwałych i uniwersalnych, lepiej zharmonizowanych z ludzkimi potrzebami.
Według Mumforda w fazę trzecią ludzkość weszła wraz z wynalezieniem turbiny wodnej i badaniami Faradaya nad elektrycznością, utrwaliła ją teoria termodynamiki i prawdziwy wysyp wynalazków w XIX wieku, a do najwyższego stadium doprowadziły czyste technologie XX wieku. Pierwsze wydanie prac Mumforda miało miejsce w 1934 roku, więc nie ma w tam nic na temat komputerów, robotów, systemów informatycznych i wszystkiego tego, co dziś napędza ludzkość i wyznacza kierunki rozwoju techniki.
Mumford zaczyna swą opowieść o dziejach techniki od momentu pojawienia się pierwszych maszyn – na przykład wiatraków i kół wodnych. Ale przecież narzędzia ułatwiające życie i pracę ludziom – a to właśnie jest sedno techniki – powstały o wiele wcześniej. Trudno sobie wyobrazić, jak wyglądałby świat, gdyby w neolicie, czyli najmłodszej erze kamiennej, tuż po ustąpieniu lodowca, jakieś 10-20 tysięcy lat przed naszą erą, nie nastąpiła najmniej doceniana rewolucja techniczna w historii ludzkości. Ludzie zaczynają się posługiwać pierwszymi narzędziami z kamienia łupanego: małymi ostrzami używanymi jako noże, groty do strzał i dzid oraz dużymi toporami. Wynaleziony zostaje łuk. Rozwija się technika plecionkarstwa, wyrobu kamiennych żaren i moździerzy. Powstaje sztuka budowania szałasów i ziemianek. Następuje udomowienie psa. Wzrasta znaczenie życia osiadłego, rybołówstwa i zbieractwa. To w tym okresie człowiek ostatecznie “zszedł z drzewa” i rozpoczął życie społeczne.
Z punktu widzenia współczesnego człowieka, którego przekonują wyniki badań Mumforda, albo znajdujemy się nadal w fazie neotechnicznej, która jednak nie rozpoczęła się z chwilą wynalezienia turbiny wodnej, jak sugeruje Mumford, ale wraz ze skonstruowaniem pierwszego komputera – ENIAC-a, albo też pojawienie się tego komputera na świecie zakończyło neolit i dziś znajdujemy się już w innej fazie – informatycznej.
To dość osobliwe spojrzenie na dzieje techniki przypomina marcowy numer “Młodego Technika” z marca 1987 roku. / Opracowanie: Tomasz Wawrzyczek
 

Kwestia roztrząsana przez Henryka Hollendra w cyklu „Historia się nie powtarza”, którego kilkanaście odcinków jest na łamach miesięcznika „Młody Technik” z końca lat 80-tych.
Młody Technik nr 5 z 1988
Henryk Hollender
„Historia się nie powtarza – Czy wierzysz w cuda (gospodarcze)?”

Rewolucja techniczna w Anglii i Szkocji, starsza od rewolucji przemysłowej końca XVIII w., okazała się nie do naśladowania w innych krajach. Miesiąc temu przedstawiliśmy niektóre jej cechy, podkreślając postawę dociekliwości wobec tajemnic przyrody, z konieczności zaś pomijając rozliczne czynniki gospodarcze i polityczne, które pchnęły Wyspy Brytyjskie na drogą akumulacji kapitału i stałej modernizacji rzemiosła oraz rolnictwa już w XV-XVI w.
Nobilitacja rzemiosła, badanie tajemnic materii, duch eksploracji – wszystko to pojawiło się w okresie Odrodzenia i w innych krajach Europy. Zabrakło w nich jednak owych wyjątkowo sprzyjających warunków, jakie stały się udziałem Anglii oraz niektórych innych państw protestanckich.
Protestantyzm okazał się sprzyjający rozwojowi gospodarki, wprowadzał bowiem w życie ideały skrzętności i użyteczności. Katolicyzm był ich pozbawiony; poza tym cenzura kościelna w krajach katolickich znacznie zubożyła repertuar tamtejszych wydawców, co pośrednio odbiło się także na poziomie kultury technicznej. (Nasuwa się tu przykład Włoch, choć jeszcze bardziej krajowi temu zaszkodziło zapewne rozbicie polityczne). Tradycyjnie wysoki był poziom rzemiosła we Francji, przodującym gospodarczo kraju Europy kontynentalnej, lecz w XVIII w. lepsze i tańsze są już wytwory angielskich manufaktur, a angielskie rolnictwo osiąga wyższą wydajność od francuskiego, choć Brytyjczycy z rozmaitych powodów od dawna importowali żywność. Spektakularne sukcesy techniki francuskiej następują dopiero w XIX w., kiedy dają o sobie znać skutki stworzenia wyższego szkolnictwa technicznego bezpośrednio po rewolucji. Inne kraje, nawet Anglia, nie miały takiej okazji do odnowienia swojego systemu edukacyjnego.
Angielski stosunek do przyrody, naznaczony unikalną mieszanką ciekawości, skłonności do uogólnień, żądzy panowania i pomnażania bogactw, objawił się takie w angielskich koloniach w Ameryce i Australii. Zmysł praktyczny osadników górował jednak nad poznawczym, a ich potrzeby życiowe były mniej wyszukane niż w starym kraju, toteż np. w Nowej Anglii w XVII w. nie prowadzono właściwie badań przyrodniczych, zaś opóźnienie Australii w tej dziedzinie zostało zlikwidowane dopiero po I wojnie światowej. W tych krajach jednak, dzięki korzystnym warunkom naturalnym pomyślnie rozwijało się rolnictwo i przemysł nastawiony na jego obsługę. Duże odległości i szybki przyrost zaludnionych terytoriów stworzyły szczególnie chłonny rynek dla przemysłu środków transportu. Na powodzenie mógł jednak liczyć właściwie każdy przedsiębiorczy wytwórca, gdyż szybko zaludniające się kraje były w stanie wchłaniać wszelkie dobra – z wyjątkiem importowanych, zbyt kosztownych ze względu na konieczność wielodniowego transportu morskiego.
Przemysł amerykański czy kanadyjski nie musiał zatem obawiać się konkurencji europejskiej, a co więcej – od chwili swoich narodzin był wolny od krępującego gorsetu cechowej organizacji rzemiosła, która hamowała wynalazczość w większości krajów Europy.
Zupełnie inaczej dokonał się przewrót przemysłowy w Niemczech. O ile drogę rozwoju gospodarki na modłę angielską można określić jako oddolną, w Niemczech nowoczesny przemysł został wprowadzony odgórnie – drogą wytężonych starań rządu. Stało się to możliwe dopiero po zjednoczeniu królestw i księstw niemieckich i objęciu przez króla Prus Wilhelma I władzy cesarskiej (1871). Nie naruszono istniejącej dotychczas struktury własności: największe udziały w przemyśle i bankach uzyskały wielkie rody obszarnicze, zwłaszcza – pruskie (junkrzy), żyjące dotychczas z dobrze postawionego rolnictwa. Do rewolucji burżuazyjnej – jak w Anglii w XVII w., czy we Francji w XVIII w. – nie doszło w Niemczech nigdy, a koniec XIX w., był przede wszystkim okresem politycznego, gospodarczego i społecznego sojuszu sfer przemysłowych ze szlachtą, wzmacnianego nobilitacjami, mieszanymi małżeństwami itp. Kiesę państwową zasiliły w tym czasie francuskie kontrybucje, stosowano więc politykę subwencjonowania wybranych gałęzi gospodarki, od 1879 r. zaś rząd zaczął wprowadzać cło ochronne na płody rolne, wyroby żelazne i inne towary, co pozwoliło niemieckim producentom nie obawiać się konkurencji, np. węgierskiej pszenicy czy angielskich maszyn. Rząd zadbał też o rynki zbytu, otwierając niemieckim towarom drogę do Turcji i Persji (kolej Berlin – Bagdad) oraz Afryki (podboje kolonialne). Koncentracja kapitału umożliwiła wprowadzenie produkcji masowej, co znacznie obniżyło ceny niemieckich produktów przemysłowych, owocując jednocześnie stałą poprawą jakości opartą na normach przemysłowych. Tak w skrócie przedstawia się tajemnica niemieckiego cudu gospodarczego sprzed stu lat.
Ale dzieje powszechne nie obfitują w historie takich cudów. Owszem, w XIX i XX w. cywilizacja twórczości technicznej objęła w końcu Europę, lecz choć to taki mały, zwarty geograficznie kontynent, proces ten nigdy właściwie nie zakończył się na jej południowych i wschodnich krańcach. Ogromne zaś połacie środkowej i południowej Ameryki, Afryki i Azji pozostały w stadium zacofania gospodarczego. Ponownie trzeba tu podkreślić, że zacofanie nie musi oznaczać biedy, choć większość mieszkańców krajów zacofanych żyje w trudnym do wyobrażenia ubóstwie. Niektóre z tych krajów zdołały osiągnąć pewien stopień zamożności dzięki eksportowi cennych surowców, inne – dzięki korzystnym inwestycjom zagranicznego kapitału, jeszcze inne – dzięki stopniowemu, powolnemu wzrostowi gospodarki opartej na rolnictwie (co jest w pewnym sensie „spowolnioną” odmianą wariantu amerykańskiego). Oryginalna twórczość techniczna nie rozkwitła jednak właściwie nigdzie – poza regionami, w których pojawiła się między XVI i XIX w.
Do zdumiewających wyjątków należy Japonia, podziwiana od kilku dziesięcioleci za niezwykłą agresywność eksportu, jakość i innowacyjność produkcji przemysłowej, a takie – wysoki poziom życia mieszkańców. Ostatnio Japonię doganiają inne kraje Azji południowo-wschodniej. Republika Korei, Republika Chin (Tajwan), Singapur, no i może Tajlandia. Światowa opinia publiczna próbuje rozmaitymi sposobami wyjaśnić zagadkę tego sukcesu.
Mówiono więc, że cud japoński to tania siła robocza plus amerykańska technika. Jest to półprawda: Japończycy wiele zawdzięczają zarówno amerykańskiej okupacji od 1945 r., jak i amerykańskim licencjom, ale dość szybko zaczęli sami patentować technikę na światowym poziomie, a zakupione technologie trafiły w ręce znakomicie przygotowanych inżynierów. Jest istotne, że wskutek demilitaryzacji Japończycy nie musieli ponosić ogromnych kosztów utrzymania i modernizacji armii. Znaczenie ma także fakt, iż Japończycy zaczęli szybko sami sprzedawać swoje wyroby Amerykanom – z chwilą wybuchu wojny koreańskiej w 1950 r. Stany Zjednoczone uczyniły z Kraju Kwitnącej Wiśni swojego najbliższego dostawcę do Korei. Mają rację ci, którzy podkreślają, że demokratyzacja ustroju Japonii po wojnie wyzwoliła w mieszkańcach tego kraju ogromne zasoby przedsiębiorczości, jaka na ogół marnuje się w systemach totalitarnych. Nie bez znaczenia było też zapewne zdyscyplinowanie Japończyków, ich sumienność, rodzinne niemal poczucie solidarności, łączące pracodawcę z robotnikiem.
Wszystkie te wyjaśnienia mają jednak zasadniczą wadę: traktują historię gospodarczą Japonii tak, jakby zaczęła się ona po II wojnie światowej.
Tymczasem Japonia już od początku XX w. była rozwiniętym krajem przemysłowym. Upadek szogunatu w 1868 r. otworzył drogę do tego kraju europejskim i amerykańskim ideom, towarom, technologiom. Pod rządami cesarza Mitsuhito (panującego do 1912 r.) przebudowana zostaje cała japońska gospodarka i system oświatowy.
Reforma japońskiego przemysłu w tym okresie (znanym jako Restauracja Meidżi) przypomina niektóre z działań podejmowanych dokładnie w tym samym czasie w Niemczech. Tu również inicjatywę przejęło w swoje ręce państwo (ba – cesarstwo), opierając się na feudałach, którzy otrzymali szansę przekształcenia się w klasę fabrykantów i bankierów. I tu podjęte zostały próby zdobycia kolonii (Korea) i rynków zbytu (Chiny, Indonezja). Rząd japoński starał się stworzyć miejscowemu przemysłowi dobre warunki rozwoju, kredytując najpotrzebniejsze inwestycje i ograniczając cłami import konkurencyjnych towarów. Koligacje rodzinne między rodami samurajskimi sprzyjały koncentracji kapitału i powstawaniu potężnych koncernów.
Początkowo zresztą wyroby japońskie zyskały w Europie opinię tandetnych, ale ich niskie ceny spowodowały, że cieszyły się one wielkim powodzeniem w Azji.
Natomiast japońskie stocznie i elektrownie wodne znalazły się wśród najpotężniejszych w świecie już na początku XX w.
Równolegle rozwijała się nauka. W 1877 r. otwarto Uniwersytet Tokijski, gdzie katedry objęli Europejczycy i Amerykanie. Ich studenci byli pojętni. Japońscy uczeni przebadali wkrótce faunę, florę i złoża Tajwanu, Sachalina i Korei, a w zagranicznych laboratoriach dokonali – przed I wojną światową – współodkrycia salwersanu i adrenaliny. Ale zainteresowania badaniami przyrodniczymi nie zaszczepił wszak wśród Japończyków światły cesarz. Kiedy Japonia była z woli szogunów odizolowana od Europy (od poł. XVII w. do 1868 r.), a prawo zawijania do portu Nagasaki miały statki holenderskie, najwyższe warstwy społeczeństwa japońskiego studiowały z ciekawością europejskie książki i bawiły się europejskimi przyrządami w rodzaju barometrów, teleskopów i butelek lejdejskich. Umiłowanie „nauki holenderskiej” pchnęło wielu młodych ludzi na zachodnie uniwersytety, w samej zaś Japonii zachodni lekarze i uczeni prowadzili na wpół legalne praktyki i odczyty. Jeśli idzie o chłonność i pasje badawcze Japończyków, to otwarcie na świat, jakie nastąpiło u schyłku ubiegłego stulecia, przypieczętowało jedynie stan faktyczny.
 

Młody Technik nr 6 z 1988
HISTORIA SIĘ NIE POWTARZA
„Czajniki, mikroprocesory, gadżety”

Kilkakrotnie na tych łamach mieliśmy sposobność zwracania uwagi Czytelnika na fakt, że technika, która przynosi duże efekty gospodarcze, nie jest tylko dziełem ludzi genialnych, lecz pomyślnej – co rzadko się zdarza – koniunktury gospodarczej, politycznej i obyczajowej. Że doktoraty i habilitacje w naukach technicznych (w Polsce 28% wszystkich doktoratów i habilitacji, w Stanach Zjednoczonych zaledwie 8%) nie tworzą prężnego przemysłu. Że nie tworzy go nawet kształcenie dużej liczby inżynierów, ani wyłanianie konstruktorskich elit, które – nagradzane wyjątkowo dostatnim życiem – mają rozwiązywać zadania specjalne. Tak się dziwnie składa, że przy braku czajników można jeszcze robić zupełnie niezłe rakiety, ale mikroprocesory już się nie udają, choć teoretycznie rzecz biorąc twórcy mikroprocesorów mogliby nawet nie wiedzieć o istnieniu czajników. Wykrywanie niewidzialnych nici, łączących różne gałęzie twórczości technicznej, to wciąż jeszcze słaby punkt zarówno polityków, jak i ekonomistów i naukoznawców. Ostatnie sto lat jest okresem powszechnej dostępności dóbr wszelkiego rodzaju w kilku, kilkunastu, teraz już pewnie i dwudziestu kilku krajach świata. Zmieniały one życie społeczeństw, których zamożność z kolei umożliwiła finansowanie zaawansowanych, lecz nie dających natychmiastowego zysku działów techniki.
A przecież początkowo wiele wynalazków, które dziś wydają się nam kluczowe, albo oczywiste, uznawano za niepotrzebne. Były one odrzucane nie tylko przez producentów, dostrzegających w nich zagrożenie dla tradycyjnych gałęzi produkcji, i nie tylko przez robotników, obawiających się zwolnienia, ale i przez samych potencjalnych użytkowników. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że pragnienie posiadania rozmaitych przedmiotów ułatwiających życie nie jest najbardziej odwieczną cechą natury ludzkiej. Kiedy w latach sześćdziesiątych nowo budowane na wsi domy nie zawsze zaopatrywano w łazienki, wielu publicystów załamywało ręce nad poziomem higienicznym polskiej wsi. Tymczasem potrzeba posiadania łazienki nie przychodzi automatycznie wraz z możliwością. Dla tradycyjnie myślącego chłopa skanalizowany dom był właśnie niehigieniczny; z niechęcią myślał ono tym, że ludzkie odchody mogłyby być wydalane w bezpośrednim sąsiedztwie izb mieszkalnych.
Dlatego niektóre nader praktyczne innowacje techniczne zaczynały swoją karierę „w służbie” bogaczy, jako zabawki nie powiązane organicznie z całą gospodarką. Było tak np. z rowerem. W latach dziewięćdziesiątych XVIII w. eleganccy paryżanie zabawiali się m.in. wyścigami na dwukołowych pojazdach, które nie mogły skręcać, i które trzeba było wprawiać w ruch odbijając się nogami od ziemi. Ulepszenia tego wynalazku przez długie dziesięciolecia nie mają żadnego znaczenia w komunikacji, a zatem dokonywane są w ślamazarnym tempie; szybciej rozwija się konstrukcja powozów konnych.
Na początku XIX w. pojawia się kierownik koła przedniego. Około 1863 r, zostaje wprowadzony napęd korbowy przedniego koła, nieco później – gumowe obręcze kół, błotniki, szprychy, ramy rurowe, przekładnie…
To urządzenie było straszliwie niewygodne, i choć zamiłowanie do wygody nie było wówczas tak wybujałe jak dziś, znaleźli się konstruktorzy, którzy usiłowali rozwiązać problem zbyt dużej odległości siodła od pedałów. W 1871 r. w Anglii pojawia się model z napędzanym wielkim przednim kołem. Cyklista siedzi na nim, wygodnie sięgając stopami do pedałów. Tym razem wielce niewygodne jest z kolei zsiadanie, wsiadanie, no i przewracanie się do przodu przy napotkaniu na byle przeszkodę.
Rower ten zainteresował miłośników szybkiej jazdy, ale masowo sprzedawał się dopiero model „Safety”, z dwoma kołami o równych średnicach i napędem łańcuchowym na tylne koło. Popularność tego pojazdu wzrosła jeszcze po zastosowaniu opony pneumatycznej Dunlopa (1888 r.). Dziesięć lat później rowery miały już wszystkie typy użytkowanych dziś hamulców. Znano również rozmaite przekładnie, stosowano je jednak rzadko ze względu na ich znaczny koszt.
Technika rowerowa wywarła istotny wpływ na strukturę dziewiętnastowiecznego przemysłu. Nim zaczęto budować autostrady dla samochodów, wzięto się za ulepszanie nawierzchni dla rowerów. W rowerach zastosowano po raz pierwszy łożyska kulkowe, opatentowane w Anglii w 1877 r. przez Williama Bowna.
Rowerowe przekładnie i wolne koła przydały się konstruktorom pojazdów silnikowych, podobnie jak szprychy, pneumatyki i stalowe rury. Najważniejszy zaś czynnik „samochodotwórczy” roweru – to sama idea indywidualnego transportu. Zakiełkowała ona wówczas, gdy zbiorowy transport kolejowy święcił swoje największe triumfy. Możliwość swobodnego przemieszczania się z miejsca na miejsce, odbywania wycieczek, szybkiego załatwiania sprawunków -zrewolucjonizowały tryb życia wielu rodzin.
Mknący przez dziewiętnastowieczne wsie cykliści, to już nie zawsze ludzie o wyjątkowej zamożności. Obyczaj sportowy upowszechniał się zresztą i tak szybciej niż samo czynne uprawianie sportu. Modne stały się rowerowe stroje, potrawy turystyczne w koncentratach, otwierano kantory usług posłańców rowerowych.
Innym przykładem ulepszeń, które początkowo mogły wydawać się niepotrzebne, jeśli nie maniackie, są urządzenia gospodarstwa domowego. Dziś jest to liczący się dział wytwórczości, korzystający z high-tech w takim niemal stopniu, jak produkcja maszyn biurowych. Kiedyś jednak był to margines gospodarki. Reklamy pralek wirnikowych o ręcznym napędzie, które pojawiły się w pół. XIX w. w Ameryce, podkreślały, że dzięki nim każda kobieta może wyglądać schludnie i elegancko, a więc zamożnie. Nie chodziło tu o oczywistą praktyczność pralki, nikt się na nią wprost nie powoływał, Chodziło raczej o możliwość pozornego znalezienia się w takiej warstwie społeczeństwa, którą stać było na wynajmowanie praczek.
Postęp koncepcji technicznych miał tu niewielkie znaczenie. Pralkę wirnikową o napędzie korbowym można było równie dobrze wynaleźć w Średniowieczu. Czemu Leonardo da Vinci nie pozostawił po sobie szkicu takiego urządzenia? Czemu bednarze nie zarzucili rynków świata pralkami, gdy tu i ówdzie w XVIII w, zaczęto stosować wirniki na kiju? Bo wystarczyło pranie w rzece, pranie za pomocą kijanek, czy skomplikowane ługowanie brudnej odzieży. Nie myślano, aby to zmienić.
Podobnie z chłodziarkami. Kiedy poznano właściwości cieplne rozszerzających się gazów i pracujących wysoce lotnych cieczy (np. płynnego amoniaku), tj. w latach trzydziestych XIX w., technicznie możliwe stały się lodówki. W następnych dziesięcioleciach budowano rozmaite maszyny kompresyjne, ale eksperymenty te kończyły się na ogół wystawnymi bankietami, w czasie trwania których zdumieni goście spożywali produkty przechowywane w stanie świeżości od wielu miesięcy. Przedsiębiorcy, którzy stale potrzebowali lodu, nie interesowali się takimi ekstrawagancjami. Browar w Tychach jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XIX w, poprzestawał co roku na setkach furmanek beskidzkiego lodu, choć pierwszy kompresor eteru zastosowano w jednym z australijskich browarów ok. 1850 r., teraz zaś była już dostępna elektryczna wersja tego urządzenia. Dopiero łagodna zima 1896/97 skłoniła kierownictwo tyskiego browaru do zakupienia elektrycznego generatora lodu.
Kilkadziesiąt lat później, lecz tylko w krajach rozwiniętych, lodówki stały się częścią domowego umeblowania. Wraz z nimi – odkurzacze, miksery, tostery, młynki do kawy, po II wojnie – automatyczne pralki, klimatyzatory, zmywarki, ostatnio zaś – piece mikrofalowe.
Wprowadzenie każdego z tych wynalazków na rynek wymagało przekonania nabywców, że o niczym innym nie marzyli od lat. Ale później nowy gadżet dowodził swej przydatności i trudno było sobie wyobrazić życie bez niego.
Nie wiem, co dadzą ludzkości piece mikrofalowe, może więcej czasu na filmy video. Ale pięćdziesiąt lat temu ciepła woda, pralka, własna wanna, mikser i odkurzacz umożliwiły wielu kobietom prowadzenie lżejszego i bardziej higienicznego trybu życia, dostęp do kariery zawodowej i do rozrywek, a także – zdobywanie wykształcenia. Przy czym niektóre z tych urządzeń były dostępne już i sto lat temu, wówczas jednak nie miały tak emancypującej mocy. Przyczyna tego zjawiska była prosta: rodziny, które mogły sobie pozwolić na mechanizację gospodarstwa domowego, stać było również i na liczną służbę. Z maszyn chłodzących i pralniczych korzystano chętnie w restauracjach i hotelach.
Henryk Hollender
 

Henryk Hollender na łamach Młodego Technika (nr 6 z 1988) w artykule pt.: „Czajniki, mikroprocesory, gadżety” pisał:

…przecież początkowo wiele wynalazków, które dziś wydają się nam kluczowe, albo oczywiste, uznawano za niepotrzebne. Były one odrzucane nie tylko przez producentów, dostrzegających w nich zagrożenie dla tradycyjnych gałęzi produkcji, i nie tylko przez robotników, obawiających się zwolnienia, ale i przez samych potencjalnych użytkowników. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że pragnienie posiadania rozmaitych przedmiotów ułatwiających życie nie jest najbardziej odwieczną cechą natury ludzkiej. Kiedy w latach sześćdziesiątych nowo budowane na wsi domy nie zawsze zaopatrywano w łazienki, wielu publicystów załamywało ręce nad poziomem higienicznym polskiej wsi. Tymczasem potrzeba posiadania łazienki nie przychodzi automatycznie wraz z możliwością. Dla tradycyjnie myślącego chłopa skanalizowany dom był właśnie niehigieniczny; z niechęcią myślał ono tym, że ludzkie odchody mogłyby być wydalane w bezpośrednim sąsiedztwie izb mieszkalnych.

 
Fragment o chrześcijaństwie (z pracy „O pochodzeniu człowieka”), Karol Darwin

Któż wytłumaczy nam, dlaczego Hiszpania, która niegdyś przodowała cywilizacji, dzisiaj pozostała tak daleko w tyle za innymi ludami europejskimi? Któż zbada czynniki, które brały udział w przebudzeniu narodów po długim śnie średniowiecznej ciemnoty? Przecież w epoce tej, jak słusznie mówi Galton, wszystkie bardziej uzdolnione umysły, chcące poświęcić się pracy naukowej, znajdowały przytułek tylko na łonie Kościoła, którego ustawy wymagały celibatu. Przepis tego rodzaju, wyczerpując rasę ludzi zdolnych, musiał szkodliwie wpływać na każde z następnych pokoleń. Nie dość tego, bo wkrótce potem święta inkwizycja przyszła dokończyć dzieło, a wybierając najśmielsze i najbardziej samodzielne jednostki paliła je na stosach lub zamykała w więzieniach. W samej tylko Hiszpanii w ciągu trzech wieków palono mniej więcej po 1000 osób rocznie, stanowiących najbardziej postępową i najszlachetniejszą rasę, rasę, która wątpiła, a przecież bez wątpienia nie ma postępu.

 
PS „W XIX wieku matematyk William Kingdon Clifford opisał obskurantyzm duchownych, którzy w prywatnych rozmowach zgadzali się z teorią ewolucji, publicznie zaś krytykowali teorię jako pogląd niechrześcijański.” Za: http://pl.wikipedia.org/wiki/Obskurantyzm

Polecam: http://www.wiatrak.nl/1444/siedem-nieporozumien-wokol-teorii-darwina

Ciekawy komentarz w wątku „Darwinizm społeczny a Polak-katolik”: http://www.racjonalista.pl/forum.php/s,361070#w361168
 

 

Moje hasło jako podsumowanie całości i nie tylko:
„Rodzima Wiedza stanowi istotę człowieczeństwa.”

 

Komentarz Andrzeja Szuberta „Opolczyka”

 
Zbiór tekstów pod wspólnym tytułem „Historia się nie powtarza” zawiera wiele ciekawych wątków, spostrzeżeń i wniosków. Poruszanych tematów jest zbyt wiele, aby ustosunkować się do wszystkich. Kilka spraw wymaga jednak dokładniejszych wyjaśnień.
Jest oczywiste, że teoria Darwina wykorzystana została do różnych propagandowych celów. Np. przez rasistów do wykazywania wyższości „białej rasy” czy tzw. „białej cywilizacji” nad innymi. Dawała w ten sposób białym „naukowe” alibi do dalszych podbojów, ludobójstwa „kolorowych” i do kolonizacji prawie całego świata.
Przychylał się do tego rasizmu i sam Darwin pisząc: “głównie dzięki swej sile rasy cywilizowane rozprzestrzeniły się i teraz wszędzie poszerzają swój zasięg, zmierzając do zajęcia miejsca ras niższych.”

No właśnie – dzięki swej sile. Oraz dzięki górowaniu nad innymi w chciwości, żądzy bogactw, władzy nad światem, zapotrzebowaniu na coraz to więcej nowych zniewolonych ludów, aby na nich pasożytować. Pod pretekstem ich „cywilizowania” i „chrystianizacji”.

A w rzeczywistości biała rasa, sama siebie gloryfikująca jako wyższa, lepsza i bardziej cywilizowana od innych była po prostu bardziej brutalna, bezwzględna, zachłanna i chciwa niż rasy przez nią zniewolone. Wyższa technika i technologia jedynie białej dziczy te podboje ułatwiała.

Co dziwne, z darwinizmu korzystały przeciwstawne i zwalczające się prądy ideologiczne. Piewcy kapitalizmu w teorii o doborze naturalnym i selekcji widzieli usprawiedliwienie dla nieludzkiego kapitalizmu, uważając go za zgodny z naturą. Zapominali przy tym, że już na starcie dziecko urodzone w domu bogatego kapitalisty ma nieporównywalnie lepszy start niż dziecko urodzone w rodzinie ubogiego wielodzietnego robotnika czy małorolnego chłopa.

Na darwinizm powoływał się i Marks widząc historię jako „walkę klas”. Zapomniał Marks, że jego wykładnia historii nie sprawdza się np. u Słowian przed podbiciem ich ziem przez żydo-chrześcijaństwo. U naszych przodków nie było „klas społecznych”, a ludzie od kołyski wychowywani byli w duchu solidarności wspólnotowej i wspólnej troski o wspólne dobro.
Sam Darwin w jego teorii doboru naturalnego i selekcji pominął rolę przypadku (nie każdy młody ptak trafia na kota) a ponadto zignorował zachowania „socjalne” u wielu gatunków zwierząt. Bo u zwierząt obok konkurencji, rywalizacji i walki znane są zjawiska wspólnej troski o młode, wspólnej obrony przed napastnikami, a także nawet opieka nad chorymi czy rannymi osobnikami. U ludzi aspekty socjalne są tym ważniejsze, bo jesteśmy potencjalnie zdolni do zapewnienia godziwych warunków życia sierotom, kalekom, upośledzonym, chorym i starym. Gdyby nie wpajana nam przez ideologię kapitalizmu chciwość i konkurencja każdego z każdym w drodze do sukcesu indywidualnego biedę można by było już dawno wyeliminować.

Biały rasizm w tekstach Młodego Technika wyraźnie widać we fragmencie dotyczącym mieszkańców Ziemi Ognistej. O ile istnienie różnych ras ludzkich nie podlega wątpliwości, o tyle uważanie stojącej wyżej technologicznie ale duchowo zdegenerowanej rasy białej za rasę wyższą czy lepszą jest oznaką zaślepionego rasizmu i rasowego szowinizmu. Mieszkańcy Ziemi Ognistej nie znali rolnictwa, gdyż w ich warunkach klimatycznych było ono nie do pomyślenia. Ale wiele innych kultur też nie znało rolnictwa – Mapucze, Indianie wielkich prerii, Inuici, niektóre ludy afrykańskie czy Aborygeni australijscy i sporo innych ludów. Przy czym to, że ludy te nie znały rolnictwa nie oznacza, że stały niżej na drabinie ewolucyjnej, czy że były gorsze i bardziej „prymitywne”. Technicznie stały niżej to fakt – ale nie duchowo. Owe ludy „prymitywne” gdyby pozostały przy ich szacunku do Matki Ziemi, nawet posiadając wyższą technologię i technikę nie niszczyłyby jej tak, jak czyni to biała antycywilizacja skażona biblijnym „czyńcie ziemię sobie poddaną”. Duchowo nie ma prymitywniejszej rasy od tej, która podrzuconą jej podstępnie żydo-biblię przyjęła za „prawdę objawioną” i rozpowszechniła te biblijne rasistowskie brednie i zbrodnie na całym prawie świecie. Czyniąc to najczęściej gwałtem i przemocą.

Kolejnym ciekawym tematem poruszonym w zbiorze tekstów jest sprawa rozwoju gospodarczego w felietonie „Czy wierzysz w cuda (gospodarcze)?”.

Autor pisze w kontekście protestantyzmu o „duchu eksploracji”, choć powinien napisać przede wszystkim o duchu chciwości. Następnie stwierdza:

„Protestantyzm okazał się sprzyjający rozwojowi gospodarki, wprowadzał bowiem w życie ideały skrzętności i użyteczności.”

Jest to opinia bardzo uproszczona i naiwna. Protestantyzm przede wszystkim odrzucił katolicki zakaz lichwy sprzyjając rozwojowi żydowskich banków. To w Anglii zbuntowanej od Henryka VIII przeciwko papiestwu zaczęto tolerować lichwę nadając jej coraz więcej przywilejów. Tam też powstał w roku 1694 pierwszy na świecie bank będący prekursorem współczesnych „banków centralnych” – prywatny Bank Anglii.
http://www.pieniadz.republika.pl/artykuly/08_artykul4.pdf

Ponadto protestantyzm odrzucił katolicką propagandę ubóstwa (w odniesieniu wyłącznie do owieczek):

„Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do królestwa niebieskiego.”

KK, sam chciwy i pazerny na pieniądze, złoto, majątki ziemskie, z wyższą hierarchią opływającą w zbytki i luksusy „pospólstwu” głosił i narzucał konieczność wyrzeczeń i ubóstwa. Bogacenie się było grzechem chciwości.
Protestanci natomiast uznali, że bogacenie się dla samego bogacenia się nie jest grzechem i mogli powoływać się i np. na biblijnego Hioba:

„A teraz Pan błogosławił Hiobowi, tak że miał czternaście tysięcy owiec, sześć tysięcy wielbłądów, tysiąc jarzm wołów i tysiąc oślic.”

I na przypowieść o talentach Joszue/Jezusa – obrzezanego cieśli:

„Odrzekł mu pan jego: Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.”

To co u katolików było nadal grzechem, u protestantów stało się cnotą.

W tym miejscu pozwolę sobie na pewną dygresję – wielu katolików twierdzi, że Luter działał z podpuszczenia Żydów, którzy chcieli reformacją osłabić papiestwo. Odmóżdżeni katolicy wszystkie działania osłabiające totalitaryzm papieski uważają za żydowskie knowania przeciwko „jedynej świętej wierze”. Choć motywacje Lutra były jak najbardziej oczywiste – widział degrengoladę Watykanu, jego chciwość, rządzę władzy i totalny zamordyzm. Niemniej należy stwierdzić, że protestantyzm okazał się bardzo korzystny dla żydowskich interesów. To w krajach protestanckich zaczęli oni dochodzić do fortun bankierskich i kupieckich, a mając pieniądze przejmowali kontrolę nad kapitałem, przemysłem, gospodarką, mediami i polityką krajów protestanckich. To kraje protestanckie stały się matecznikiem banksterskiego NWO. Watykan opierał się protestanckiemu kapitalizmowi, ale ostatecznie po utracie państwa kościelnego oraz realnej władzy politycznej sam stał się wasalem banksterów. Zwłaszcza w czasach santo subito JP nr 2.

Rozwój gospodarki w krajach protestanckich, później i w katolickich był rozwojem korzystnym w ostatecznym rachunku jedynie dla żydowskich globalistów spod znaku NWO. Kapitalizm tak naprawdę służy przejęciu na prywatną własność wszystkiego, co ma jakąkolwiek materialną „wartość”. Globaliści chcą na własność po prostu całą planetę. A kapitalizm jest narzędziem do osiągnięcia tego celu. Wzrost poziomu życia (poza okresami kryzysów sztucznie wywoływanych przez banksterów) nawet dołów społecznych kapitalistycznego zachodu po pierwszej, a jeszcze bardziej po drugiej wojnie światowej był możliwy tylko dlatego, że banksterom potrzebne było to w celach propagandowych – chcieli wykazać „wyższość” gospodarki kapitalistycznej nad gospodarką ZSRR, a po drugiej wojnie nad gospodarką całego bloku wschodniego. Nie jest przypadkiem, że od początku lat 90-tych XX wieku, czyli od momentu likwidacji bloku wschodniego i upadku ZSRR poziom życia na zachodzie, wbrew załganej propagandzie obniża się. Kraje mocno zadłużone w drakoński sposób obcinają wcześniejsze świadczenia socjalne. Kraje mniej zadłużone (np. Skandynawia) opiekę socjalną nadal próbują utrzymywać, ale przez to wzrasta ich zadłużenie. Prędzej czy później i w nich świadczenia socjalne pójdą „do kasacji”. Na zachodzie poszerza się „margines” biedy przestając być marginesem. W biedę popadają dziesiątki milionów ludzi. Wzrasta gwałtownie ilość zatrudnionych na śmieciowych umowach i zarabiających głodowe pensje. Nawet tzw. klasa średnia, wcześniej wiodąca dostatnie i bezpieczne życie zaczyna powoli biednieć. Także w krajach protestanckich. Bankructwo zachodu widać gołym okiem. Tłuste lata protestanckiego kapitalizmu dobiegły końca. Nadchodzi czas płaczu i zgrzytania zębami.

Na koniec pozwolę sobie na kilka uwag luźno związanych z felietonem „Czajniki, mikroprocesory, gadżety”.

Nie jestem miłośnikiem techniki i nowoczesnych technologii z kilku zasadniczych powodów. Niby ułatwiają nam one życie, ale cena, jaką za nie płacimy jest po prostu w moim odczuciu zbyt wysoka. I nie mam na myśli jedynie katastrof ekologicznych, zatrutej wody, powietrza i ziemi.
http://opolczykpl.wordpress.com/2013/07/09/matka-ziemia-a-wojna-cywilizacji/
Czy nie jest dziwne, że mimo wielu wynalazków mających nam ułatwić życie codzienne i wyręczać nas z różnych uciążliwych prac (pralka, odkurzacz, roboty kuchenne, zmywarka do naczyń, itp.) tego czasu mamy coraz mniej? Czas zaoszczędzony na praniu czy myciu naczyń poświęcamy na pogoń za pieniądzem, aby pralkę i zmywarkę utrzymać. Pamiętam opowiadania wielu starszych ludzi o życiu przed wojną, na polskiej wsi czy w małych miasteczkach, często bez elektryczności i bieżącej wody, kiedy to większość przedmiotów do życia codziennego wytwarzano we własnym zakresie. Zwłaszcza na wsiach było to powszechne – jeden robił beczki i cebrzyki, inny skrzynie, komody i stoły, jeszcze inny chochle, warzechy, wałki do ciasta a nawet naczynia gliniane. Kobiety tkały płótna i szyły odzież. Wymieniane było to następnie najczęściej na zasadzie towar za towar. A jednak ludzie dysponowali wówczas wolnym czasem. Spotykano się, bawiono, czy słuchano ciekawych opowieści starszych ludzi. Żyło się ubogo, często w znoju i biedzie, ale bez pośpiechu, bez pogoni za czasem. Dzisiaj pośpiech, stres, pogoń za czasem i pieniądzem są czymś powszechnym w zachodniej żydo-anty-cywilizacji. Zapędzeni zostaliśmy do kieratu, bierzemy udział w wyścigu szczurów. Mamy do wyboru – paść z wyczerpania lub z głodu. Mimo cacek technicznych i wysokiej technologii.
Kolejna sprawa…
Wiele wynalazków rozbiło więzi społeczne. Przykładem może być telewizor. Pomijam już jego szkodliwość jako głównego narzędzia indoktrynującego i ogłupiającego, wbijającego oglądaczy w banksterski matrix. Telewizor zatomizował społeczeństwa. Pamiętam z wczesnego dzieciństwa czas przed nastaniem telewizorów. Od wiosny do jesieni mieszkańcy naszej i kilku sąsiednich kamienic spotykali się po południu/-wieczorem na ławeczkach na alejce kasztanowej biegnącej tuż za podwórzem naszej kamienicy. Starsi siedzieli, plotkowali, czy opowiadali sobie przeróżne historyjki. Dzieci bawiły się, grały w piłkę lub przysłuchiwały się rozmowom dorosłych. Te wspólne wieczory na alejce, na świeżym powietrzu, zakończyły się gdy pojawiły się pierwsze telewizory. Wprawdzie nadal jeszcze spotykano się wieczorami, ale już w mieszkaniach gdzie były pierwsze telewizory. Natomiast skończyły się wspólne rozmowy. Jedynym „narratorem” była gadająca skrzynka z ruchomym obrazem. Kilka lat później, gdy telewizory były już w większości mieszkań, skończyły się wieczorne spotkania. Każdy siedział u siebie i gapił się we własny telewizor.
Telewizory wpłynęły też szkodliwie na życie rodzinne. W momencie, gdy były włączone, kończyły się rodzinne rozmowy i dyskusje. A gdy pojawiły się kolejne programy telewizyjne pojawiły się sprzeczki – czy oglądamy ten czy inny program. Problem rozwiązywano często kupując drugi telewizor. W bogatszych rodzinach nawet dzieci miały własne telewizory. Każdy z członków rodziny siedział przed swoim i oglądał coś innego. Życie rodzinne zostało trwale przez telewizję spłycone.
Podobny, tyle że jeszcze bardziej nasilony problem związany jest z komputerami. Zwłaszcza dzieci wychowywane z komputerem w domu tracą często zdolność do nawiązywania „w realu” kontaktów z rówieśnikami. Potrafią komunikować się z innymi jedynie za pośrednictwem internetu. Są samotnikami, dla których bezpośredni kontakt z innymi ludźmi jest często czymś uciążliwym i krępującym.

Rewolucja techniczna w połączeniu z narastającą urbanizacją oderwała też człowieka od życia zgodnego z Naturą i w bliskim codziennym kontakcie z nią. Dla współczesnego człowieka technicznej anty-cywilizacji dzika, nieokiełzana Natura postrzegana jest jako coś groźnego i obcego. Współczesna technika sprawia też, że ludzie traktujący Naturę jako przedmiot dany im do ujarzmienia (czyńcie ziemię sobie poddaną) rzeczywiście marzą o jej całkowitym ujarzmieniu i podporządkowaniu ich zdegenerowanym celom i potrzebom.
Niezwykle negatywną właściwością techniki i nowoczesnych technologii jest to, że uczyniły one współczesnego człowieka ich niewolnikami. Jesteśmy niewolnikami własnych wytworów. Pozbawiony prądu elektrycznego, sklepów z żywnością, mieszkania, przeniesiony gdzieś na odludzie współczesny człowiek byłby nieporadny jak niemowlę. Być może udałoby się mu sklecić jakiś szałas wystarczająco solidny, aby nie rozwiał go trochę silniejszy wiatr. Ale już jako tako normalne funkcjonowanie na łonie Natury bez wytworów technicznej anty-cywilizacji, codzienne zdobywanie wystarczającej ilości pożywienia, własnoręczny wyrób narzędzi z drewna i kamienia czy rozpalenie ogniska bez zapalniczki lub zapałem byłoby dla przeciętnego mieszkańca anty-cywilizacji technicznej wyzwaniem ponad siły.

Na koniec należy pamiętać i o tym, że współczesna nauka służy okupantowi świata – banksterom spod znaku NWO. To z ich inspiracji prowadzone są badania nad technologiami mającymi „naukowo” i wysoce technologicznie zdepopulować ludzkość. Taki sam nakład pracy poświęcają banksterskie laboratoria i instytuty badawcze na rozwój technologii służących totalnej kontroli i inwigilacji niedobitków depopulacji. Podobny nakład pracy mają instytucje związane z wynaturzoną eugeniką, inżynierią genetyczną i sztucznym zapłodnieniem. Banksterzy po uczynieniu większości niewolników bezpłodnymi będą „produkować” kolejne pokolenia niewolników w laboratoriach, np. metodą in vitro. Niewolnicy ci przy pomocy inżynierii genetycznej będą genetycznie dopasowywani do prac, jakie im władcy świata wyznaczą.
W ten sposób technika, która kiedyś miała ułatwiać życie ludziom, stała się w rękach banksterów śmiertelnym wrogiem ludzkości.

 

Przygotował: Słowianin

  1. 2013-12-26 o 12:22 PM

    Pozwolę sobie jeszcze na garść uwag na temat samego Karola Darwina i jego naukowych badań i publikacji. Był on świetnym obserwatorem i człowiekiem obdarzonym niezależnym i krytycznym umysłem. Urodzony w czasach, gdy wokół niego dominowała wiara w prawdziwość biblijnego aktu kreacji, w którym rzekomo stworzone zostały wszystkie zwierzęta i człowiek. Aktu jednorazowego, gotowego i niezmiennego.

    Jego teorie podważyły zwłaszcza dwa religijne dogmaty:

    – niezmienność wszystkich gatunków zwierząt stworzonych jednorazowo w formie gotowej i ostatecznej.

    Darwin dzięki własnym obserwacjom, dzięki rozmowom z innymi badaczami – ale i z rolnikami i hodowcami zwierząt – oraz dzięki znajdywanym i wykopywanym prastarym szkieletom dawno wymarłych zwierząt wyciągnął wnioski i przedstawił je jako fakt istnienia ewolucji gatunków, podczas której ich morfologia ulega powolnym, ale ciągłym zmianom.
    Ta część jego teorii była zaciekle zwalczana przez religijnych fundamentalistów, choć liberałowie religijni wymyślili natychmiast „teistyczną ewolucję”, która była ich zdaniem „planem bożym”.

    – jeszcze wścieklejszą reakcję jahwistów wywołało przekonanie Darwina, że wszystkie gatunki zwierząt – łącznie z człowiekiem – są spokrewnione.

    Było to podejście rzeczywiście rewolucyjne wobec panującego religijnego poglądu, że człowiek „stworzony na obraz boga” jest czymś jakościowo całkowicie odmiennym niż zwierzęta i że nie jest z nimi w jakimkolwiek stopniu spokrewniony. Darwin wysuwając ten postulat nie dysponował wiedzą genetyczną, którą my dzisiaj posiadamy, a która potwierdza pokrewieństwo biologiczne człowieka ze światem zwierzęcym. Tym większa jest więc zasługa jego przenikliwości.

    W ten sposób Darwin „zdetronizował” człowieka z jego pozycji istoty „stworzonej na obraz i podobieństwo” nie mającej nic wspólnego ze światem zwierzęcym i ustawił go obok zwierząt, z którymi człowiek jest spokrewniony.

    Darwin wiedział, że jego teorie poddane zostaną miażdżącej krytyce, że będą one atakowane i podważane i że on sam stanie się obiektem ataków i krytyki. A jednak odważnie swoje dzieła opublikował. Należał do gatunku pionierów, którzy przecierali szlak racjonalnego i krytycznego myślenia w miejsce ślepej wiary w biblijne „prawdy objawione”. Przyczynił się tym samym do uwalniania ludzi z objęć fundamentalizmu religijnego każącego wierzyć w biblijne bzdury. Jego odkrycia i teorie do dzisiaj zwalczane są przez różnej maści fundamentalistów – kreacjonistów, którzy nie potrafią uwolnić się od zaczadzenia wyssanymi z palca przez oszustów „prawdami objawionymi” z żydowskiej biblii.

    Lubię

  2. 2014-01-11 o 11:07 AM

    Mizia jak zwykle wypisuje przy okazji ważnych informacji bzdury:

    „I proszę niech nikt mi więcej nie mówi: że ci w sejmie wszyscy są tacy sami!”

    W sytuacji, gdy agentura wie, że ważna dla okupanta ustawa i tak zostanie w knessejmie przegłosowana, pozwala się „opozycji” udającej „patriotyczną” (PiS i jego odpryski) głosować na „NIE”. Bo wiadomo, że ustawa i tak przejdzie. Wnioskowanie z tego, że PiS jest inny niż PO to idiotyzm.

    „W HISTORII POLSKI DOTYCHCZAS TAKA SYTUACJA WZYWANIE OBCYCH WOJSK DO PACYFIKACJI NARODU MIAŁA MIEJSCE TYLKO DWUKROTNIE
    W CZASACH ROZBIOROWYCH – SKUTECZNA – WEZWANO ROSYJSKIE WOJSKA
    I W CZASACH PRL – ALE TYLKO PRÓBA GEN. JARUZELSKI ZSRR STANOWCZO ODMÓWIŁA WZIĘCIE UDZIAŁU W INTERWENCJI NA PROŚBĘ RZĄDU PRL”

    Mizia nie wie o tym, że do podboju państwa Bolesława II, już po jego śmierci zdrajca Kazimierz nazwany przez żydłactwo „Odnowicielem” nie tylko „wezwał” do pomocy Niemców, ale na czele niemieckich ciężkozbrojnych wojów wkroczył do kraju, aby go spacyfikować i uczynić lennem cesarskim.
    Jaruzelski prosił o pomoc w rozbiciu żydowsko-watykańskiego konia trojańskiego – „Solidarności” prącej do konfrontacji i rozlewu krwi – o co nie powinno się mieć do niego pretensji.

    Lubię

  3. 2014-01-13 o 2:07 AM

    Co do generała Jaruzelskiego zmieniłem swój stosunek do niego w ostatnim czasie.To przecież on oddał nas w 1989 r. w łapska Międzynarodowej Lichwy mając pełną świadomość tego, co czyni. Na bieżąco bowiem był informowany przez swoje służby o zagrożeniach dla Polski ze strony syjonistów. On i Kiszczak zdradzili Polskę i Polaków, Zdradzili również swoich podwładnych, którzy do dzisiaj ciągani są po różnych śmiesznych instytucjach jak np. IPN, samym sobie gwarantując dożywotni spokój i bezkarność.

    Widziałem kilka lat temu telewizyjny wywiad Moniki Olejnik z generałem Jaruzelskim. Gdy mu zarzuciła antysemityzm związany z rokiem 1968 polegający na zwolnieniu z wojska dużej części żydowskiej kadr jak on kajał się przed tą redaktorką, jak przepraszał za to, co wówczas zrobił. Dla wielu z nas wydawałoby się, iż dokonał wówczas bardzo bohaterskiego czynu. Otóż tak nie jest. W 1968 r. Izrael uwikłany w konflikt z Arabami na siłę potrzebował nowych wojskowych kadr. Rzecz w tym, iż żydowscy wojskowi służący w Polsce nie chcieli tam jechać, ponieważ w Polsce im bardzo dobrze się żyło. W sumie generał Jaruzelski pomógł-wymusił na żydowskich oficerach ich wyjazd do Izraela. Naprawdę to nie jest bohaterstwo, lecz służalczość, która całe życie cechowała generała Jaruzelskiego.

    Lubię

  4. 2014-01-13 o 11:42 AM

    Panie Michale,

    Nie będę wdawał się w polemikę – ostatecznie nie wszystko musimy postrzegać identycznie. Pozwolę sobie jednak na garść refleksji…
    Jest rzeczywiście obrzydliwe, że Jaruzelski tak kajał się za 68 rok zamiast powiedzieć – jak np. Siwak – że wielu Żydów (nie wszyscy) pełniący obowiązki Polaków to pasożyty i wroga Polsce V kolumna. Inna rzecz – w 68 roku był Jaruzelski w sumie osobą podrzędną wypełniającą rozkazy przełożonych, zwłaszcza tych z KC i BP.
    Krytykując Jaruzelskiego – co powiemy o innych ludziach w mundurze, o kadrze, oficerach, którzy po 1989 roku znacznie dłużej i aktywniej służyli okupantowi? I jak powinniśmy oceniać tych, którzy dopiero po 1989 roku za gorliwą służbę otrzymywali wyższe stopnie a nawet generalskie szlify? Który z nich miał/ma odwagą powiedzieć, że służy obcym, antypolskim interesom? I który z nich nazwał „po imieniu” Żydów?
    Pamiętając o tym, że Jaruzelskiego cechowało służalstwo (z tym się zgadzam) zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby w roku 1985 na Kremlu pojawił się człowiek pokroju Putina i poprowadził ZSRR w stronę koniecznych reform bez demontażu systemu i bloku wschodniego – prawdopodobnie Jaruzelski gorliwie mu służąc nie musiałby akceptować żydowskiej „Magdalenki” i „okrągłego stołu”. Oceniając go za tamten okres nie zapominajmy ponadto, że miał przeciwko sobie żydowską opozycję w PZPR, Solidarności, SB, wojsku, szerokie rzesze antykomunistycznego społeczeństwa, katolików, kościół, Watykan, zachód i…Kreml. To Gorbaczow nakazał mu „pierestrojkę”. Wiadomo nawet kiedy – w 1985 roku podczas zwyczajowego urlopu Jaruzelskiego na Krymie.
    Krytykując Jaruzelskiego, nawet zasłużenie, nie powinno się bronić np. Petelickiego, który po 1989 miał większe zasługi dla okupanta i znacznie bardziej gorliwie i aktywnie mu służył niż Jaruzelski.

    Lubię

  5. Ktoś
    2014-02-01 o 8:17 PM

    Co jest z blogiem Opolczyka, iż stał się niedostępny?

    „Your site has been suspended from WordPress.com for violating the Terms of Service. If you believe your site was suspended in error, please contact us as soon as possible and we will review your suspension. (To learn more about what is and is not allowed, please see section 2 of our terms and our types of blogs page.)”

    Wygląda na to, że spotkało go to samo (lub coś podobnego),
    co nie tak dawno przytrafiło się Piotrowi Beinowi czy WPS:
    http://opolczykpl.wordpress.com/2013/12/16/sojusz-i-wspolnota-wszystkich-slowian-czy-rozbijackie-miedzymorze/#comment-61322

    Słowianin

    Lubię

  6. morgan
    2014-02-02 o 9:39 PM

    grypa 666

    Lubię

  7. Daro
    2014-02-03 o 1:05 PM

    opolczykpl.wordpress.com is no longer available.

    This blog has been archived or suspended for a violation of our Terms of Service.
    For more information and to contact us please read this support document.

    O co biega?

    https://slowianin.wordpress.com/2012/06/26/zapomniany-andrzej-frycz-modrzewski/#comment-28911

    Słowianin

    Lubię

    • Daro
      2014-02-03 o 5:19 PM

      Dzięki, mam nadzieję, że odwieszą. Trzeba do nich odpowiednio zagadać😉 co oczywiście nie usprawiedliwia takich „zawieszanek” bez powodu. Pozdrawiam

      Lubię

  8. AQQ
    2014-02-03 o 6:21 PM

    No się dzieje, znikają blogi.
    Może ktoś wie cokolwiek o Jerzym Ulicki-Reku – też od listopada nie daje znaku.

    http://palmereldritch1984.wordpress.com/2013/01/20/niebezpieczenstwa-wynikajace-z-rezygnacji-przez-publicyste-z-anonimowosci-andrzej-szubert/#comment-455

    Słowianin

    Lubię

  9. 2014-02-13 o 1:00 AM

    Ciekawostka (i zagadka) pogańska
    (z mojego maila do Opolczyka z dn. 22 stycznia 2014 r.)

    „Legenda mówi, że św. Katarzyna była dziewicą zamęczoną przez pogan. Inna legenda twierdzi, że Katarzyna była nie chrześcijańską dziewicą, lecz wybitną starożytną filozofką i matematyczką zamęczoną przez chrześcijańskiego biskupa.”

    „…współcześni badacze podważają jej istnienie. Prawdopodobnie za podstawę legendy o Katarzynie z Aleksandrii posłużył życiorys Hypatii z Aleksandrii…”

    http://pl.wikipedia.org/wiki/Hypatia_z_Aleksandrii#Morderstwo_Hypatii_a_stanowisko_historyków

    „Św. Katarzyna – genialna piękność w aureoli?”:
    http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,2363

    PS Dwa komentarze Opolczyka: http://mojaslowianskafilozofia.blogspot.com/2014/02/starozytna-aleksandria-jej-rozwoj-i.html?showComment=1392210729989#c5488522658215876184

    Lubię

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: