Genus HOMO

Cesarstwo Rzymskie za panowania Juliusza Cezara a czasy współczesne

2014-10-20 3 uwag

PRACowniA

Larry Bowers
Sott.net
2 stycznia 2013, 00:00 CST

© Unknown — Srebrny denar Cezara (44 BC)

Rolę środka płatniczego w starożytnym Rzymie pełniły sztabki i monety bite ze złota, srebra i różnych metali nieszlachetnych. W codziennym obrocie handlowym posługiwano się zwykle srebrnym denarem. Natomiast do rozliczania większych transakcji wykorzystywano złotego aureusa, którego wartość wyceniano najczęściej na 25 denarów (obie monety miały różne wagi); aureus służył także jako środek tezauryzacji (gromadzenia oszczędności).

W czasach poprzedzających rządy Cezara zdawano sobie sprawę, że rosnące w siłę Cesarstwo potrzebuje ożywienia gospodarczego, a w konsekwencji – większej podaży pieniądza. W tym okresie większą cześć strumieni pieniężnych płynących do Cesarstwa stanowiły łupy wojenne z terenu basenu Morza Śródziemnego. W połowie I wieku p.n.e., kiedy do władzy doszedł Cezar, do skarbca i do obrotu zaczęły trafiać zdobycze wojenne pochodzące z Galii (Europa Zachodnia).

Plebejusze i patrycjusze

© Unknown — Złoty aureus Cezara

Wzrost podaży pieniądza uzyskiwano również…

View original post 2 543 słowa więcej

Kategorie:Uncategorized

Historia się nie powtarza : od komputerów do neolitu ( i z powrotem ) / Czy wierzysz w cuda ( gospodarcze ) ? / Czajniki , mikroprocesory , gadżety / Człowiek i Małpa / Niebezpieczne związki / Biologia : Teoria Ewolucji / Teoria samorództwa / Komentarz : Andrzej Szubert

2013-12-22 24 uwag

Henryk Hollender pisał w cyklu „Historia się nie powtarza”
drukowanym w miesięczniku „Młody Technik”:
odcinek pt.: „Człowiek i Małpa”
Młody Technik nr 11 z 1988 r.
CZŁOWIEK i MAŁPA

„Dzieło Darwina rzeczywiście oznaczało dla milionów protestantów zagładę świata – ich świata, opartego na mocnym przekonaniu, że ustępy Pisma Św. opisujące jednorazowy akt stworzenia „wszelkich żywych, ruchliwych istot” (Księga Rodzaju 1, 21) stanowią niewzruszalną prawdę. Teoria Darwina była zatem – czy sam autor tego chciał, czy nie – wyzwaniem dla doktryny chrześcijańskiej. Ożywiła ona też znacznie badania paleontologiczne. Pojawiły się poważne prace, wspierające, modyfikujące lub krytykujące teorię doboru naturalnego. Sam Darwin zwlekał jednak z publikacją następnej książki, w której miał wypowiedzieć się bezpośrednio i szczegółowo o ewolucji gatunku ludzkiego. Ukazała się ona w końcu – pod tytułem The descent of man, and selection in relation to sex (Pochodzenie człowieka i dobór [naturalny] a płeć) – w 1870 r.”
„W Polsce pierwszym znawcą teorii Darwina był Benedykt Dybowski, który czytał świeżo wydany przekład niemiecki w Berlinie w 1860 r. Od 1862 r. Dybowski wykładał ewolucjonizm w Szkole Głównej w Warszawie. Od 1864 r., w wyniku wiadomych czytelnikowi wydarzeń uczony ten uzyskał nadzwyczajną możliwość prowadzenia badań zoologicznych i botanicznych na Syberii, ale jego następca na warszawskiej katedrze, August Wrześniowski zadbał o to, by wykłady ewolucjonizmu były kontynuowane. W 1883 r. Dybowski (1833-1930) został profesorem zoologii we Lwowie, gdzie doczekał się jeszcze zakazu wykładania darwinizmu, wydanego przez rektora. W końcu lat sześćdziesiątych teoria doboru naturalnego była już nieźle w Polsce znana z różnych omówień w czasopismach i z hasła Zoologia, napisanego dla Encyklopedii Powszechnej (wydawnictwo S. Orgelbranda) przez Wrześniowskiego. Ale spory dopiero się zaczynały. Nasilił je rozwój ruchu pozytywistycznego, którego przedstawiciele bardzo ciepło przyjęli darwinizm oraz druk polskich przekładów dzieł Darwina w latach siedemdziesiątych. I w Polsce nie był to jednak konflikt dwustronny. Środowisko katolickie, o wiele bardziej tolerancyjne w stosunku do darwinizmu niż protestanckie, było dalekie od jednomyślności. Wielu zoologów podziwiało głębię teorii Darwina – pierwszej prawdziwej teorii naukowej w biologii – lecz odrzucało niektóre jej ustalenia. Pojawili się ewolucjoniści niedarwinowscy – neolamarckiści itd.”
rys.
Samuel Wilberforce, elokwentny biskup Oxfordu, w karykaturze czasopisma „Vanity Fair”.
Wilberforce był głównym oponentem Darwina, inicjatorom słynnej dysputy „O pochodzeniu gatunków”, jaka odbyła się w czerwcu 1860 r. w Oxfordzie. Sam Darwin z powodu choroby nie uczestniczył w spotkaniu, ale wziął w nim udział dawny kapitan „Beagle”, obecnie wiceadmirał Robert Fitz-Roy, stanowczo odcinając się od teorii Darwina. w której powstaniu miał przecież także swój udział.
 

Młody Technik nr 12 z 1988 r.
HISTORIA SIĘ NIE POWTARZA – Niebezpieczne związki

12 grudnia 1859 r. Fryderyk Engels pisał do Karola Marksa: „Darwin, którego właśnie czytam, jest wspaniały”. Marks zainteresował się żywo teorią Darwina, zarówno bowiem dostarczała mu ona podstaw dla jego koncepcji „walki klas”, jaki i stanowiła doskonały przykład racjonalistycznej, wolnej od obciążeń religijnych myśli naukowej. „Tak jak Darwin odkrył prawa rozwoju przyrody organicznej, Marks odkrył prawa rozwoju ludzkiej historii” – powiedział w 1883 r. Engels, przemawiając nad grobem przyjaciela. Obaj uważali, że współpraca z Darwinem byłaby dla nich bardzo korzystna intelektualnie, ale wielki biolog nie podzielał ani ich zainteresowań, ani zapatrywań politycznych i uparcie unikał kontaktów.
W drugiej połowie XIX w. właściwie wszyscy przedstawiciele nauk społecznych zapożyczali się – jak Marks – u Darwina lub przynajmniej się na niego powoływali. Dla biologii najistotniejsza okazała się inspiracja, jakiej praca Darwina dostarczyła badaczom zjawiska dziedziczności. Nie ma nic dziwnego w tym, że właśnie w mechanizmach dziedziczności zaczęto poszukiwać klucza do zagadki ewolucji. Ale i nie powinien zdumiewać nas fakt, że byle dziennikarzyna (jak pogardliwie mawiano w XIX w.) posługiwał się poprzekręcanymi urywkami teorii ewolucji, aby dostarczyć „naukowej” podbudowy dowolnym argumentom.
Syntezą darwinowskiego ewolucjonizmu i myśli społecznej był tzw. darwinizm społeczny – ruch, który równie dobrze można by nazwać „spenceryzmem”, bowiem socjolog Herbert Spencer (1820-1903) głosił ideę „przetrwania najlepiej przystosowanych” już w 1851 r. W ogóle zresztą od końca XVIII w. w naukach społecznych, jak i w naukach o życiu, pojawiały się rozmaite koncepcje ewolucjonistyczne. Darwiniści społecznie utrzymywali, że siłą napędową ewolucji społeczeństw jest konflikt i walka, która eliminuje grupy mniej rozwinięte.
Dla licznych wulgaryzatorów Darwina „mniej rozwinięte” oznaczało nie „gorzej przystosowane do środowiska”, tak jak (od biedy i w skrócie) powinno, lecz po prostu – słabsze, a nawet – mniej brutalne. W ten sposób darwinizm społeczny dostarczył pożywki ideologom głoszącym kult przemocy. I, jak zwykle bywa w takich wypadkach, nie można myśliciela, na którego się powoływano, całkowicie uwolnić od odpowiedzialności za te wynaturzenia. Czyż Darwin nie napisał (w Pochodzeniu człowieka), że to „głównie dzięki swej sile rasy cywilizowane rozprzestrzeniły się i teraz wszędzie poszerzają swój zasięg, zmierzając do zajęcia miejsca ras niższych”? Czy nie wyrażał (w tej samej książce) obaw, że rozbudowany system opieki społecznej, a więc np. utrzymywanie szpitali, wprowadzenie masowych szczepień itp., zaszkodzi „cywilizowanym społeczeństwom”, pozbawionym naturalnego sposobu eliminowania słabszych jednostek?
Kiedy żeglarz brytyjski Robert FitzRoy po raz pierwszy odwiedził Ziemię Ognistą, zastał tam liczne plemiona tubylców, nie znających sztuki uprawy roli. Wykonał wówczas rysunki dokumentujące ich wygląd, sprzęty i sztukę, które w 1839 r. opublikował w książce napisanej wspólnie z P.P. Kingiem i C. Darwinem, Narrative of the surveying voyages of HMS „Adventure” and „Beagle” between the years 1826 and 1836

Obserwacje antropologiczne Darwina prowadziły jakby do ustawiania różnych ludów na drabinie, której górne szczeble zajmowały znane mu społeczności europejskie, zaś dolne – poznane w czasie podróży „dzikie” plemiona. Taką hierarchię tworzy sobie każdy lud, uważając siebie za coś lepszego od obcych; zjawisko to znane jest pod nazwą etnocentryzmu. U Darwina etnocentryzm zyskuje jednak wyrafinowany kontekst naukowy: dowiadujemy się oto, że po prostu ludy „niższe” nie zaszły tak daleko jak „wyższe” w procesie ewolucji i że pomiędzy np. współczesnym Anglikiem a człowiekiem kopalnym znajdują się stadia pośrednie. Pisarzom chrześcijańskim, dla których dane stworzenie albo jest człowiekiem, albo nim nie jest, myśl ta wydawała się nie do przyjęcia, bowiem rodziła ona niebezpieczeństwo rozwarstwienia gatunku ludzkiego. Józef Szujski, którego cytowaliśmy w poprzednim odcinku, zdawał sobie doskonale sprawę, że odległą, ale realną konsekwencją darwinizmu może być powołanie do życia kast „podludzi” i „nadludzi”.
Innymi słowy, racjonalistyczna koncepcja naukowa, która – wydawałoby się – prowadziła do ukazania związków, łączących gatunek ludzki z całym światem przyrody ożywionej, podatna była także na interpretacje rasistowskie. Z tym, że interpretacje takie miały kilka innych źródeł.
Jeszcze przed Darwinem pojęcie rasy stało się pojęciem naukowym; m.in. w pracach Franza Josepha Galla (1758-1812), który próbował połączyć charakterystykę osobowości, intelektu i kultury ludzkiej z dającymi się łatwo obserwować cechami fizycznymi poprzez badanie kształtów czaszek różnych ludów.
W XIX w., w okresie niezwykle ożywionych badań historycznych, emocje budziła sprawa pochodzenia i dorobku poszczególnych narodów. W Niemczech badano m.in. pochodzenie języków anglosaskich i germańskich od sanskrytu i poszukiwano źródeł niemieckiej tożsamości etnicznej. W 1853 r. Francuz Joseph Arthur de Gobineau opublikował Esej o nierówności ras ludzkich, w którym wyraził sąd, że rasa biała, aryjska (od Ariów, starożytnych Indów) uosabia najwyższe wartości, takie jak honor i umiłowanie wolności. Obserwowanemu – zdaniem autora – upadkowi tej cywilizacji można zapobiec przez utrzymywanie czystości rasy aryjskiej, aby mogła ona osiągnąć przewagę i panowanie nad rasami słabszymi i mniej twórczymi. W tekście tym pobrzmiewa wątek „walki ras”, dla którego koncepcja Darwina mogła się wydawać przysłowiową wodą na młyn.
W 1899 r. osiadły w Niemczech Anglik nazwiskiem Houston Stewart Chamberlain wydał słynne Podwaliny XIX stulecia, dzieło wzywające rasę nordycką, do odzyskania należnego jej przywództwa przez zwalczanie ras konkurencyjnych, z żydowską na czele. Jednym z wielu nieporozumień tej koncepcji było uznanie Niemców i Żydów za dwie czyste, przeciwstawne sobie rasy.
Droga do zwycięstwa rasy nordyckiej prowadzić miała przez eugenikę. Termin ten pojawił się po raz pierwszy w pracach Francisa Galtona, angielskiego badacza zjawiska dziedziczenia. Galton przekonywał, że nadzwyczajne uzdolnienia mogą być dziedziczone. Przez odpowiedni dobór cech „dobrego pochodzenia” (stąd eugenika, termin utworzony z dwóch słów greckich) można osiągnąć rozwój dodatnich cech dziedzicznych i ograniczenie cech ujemnych. Podstawowe zasady eugeniki utrzymują się w każdym społeczeństwie, stąd np. pochodzi zakaz małżeństw między bliskimi krewnymi.
Prawa dziedziczenia Mendla, wprowadzone w obieg naukowy po 1900 r., podważały niektóre szczegóły teorii Galtona. Niemniej jednak Galton, usiłujący mierzyć cechy fizyczne i psychiczne człowieka i ich rozkład statystyczny, zainteresował swoją ideą wielu badaczy i znalazł spore grono uczniów. Jednym z nich był Karl Pearson, pierwszy profesor eugeniki na Uniwersytecie Londyńskim. Największy jest jego wkład do statystyki matematycznej, zajmował się jednak także zagadnieniami różnicowania, dziedziczenia i doboru wśród roślin i zwierząt, wchodzącymi w zakres utworzonej przez siebie dyscypliny, zwanej biometrią. Pasjonując się matematyczną interpretacją różnych zjawisk naturalnych, podjął też w 1904 r. badania nad alkoholizmem, gruźlicą, chorobami psychicznymi i śmiertelnością niemowląt. Był przekonany, że są to plagi dziedziczone i zwalczał tych, którzy utrzymywali, iż wszelkie odchylenia w genotypach są wynikiem oddziaływania środowiska.
Kolejne wcielenia tych wszystkich, rewidowanych później przez naukę, ale przecież interesujących i wciąż do pewnego stopnia inspirujących koncepcji, były nie tylko dziełem uczonych. Po I wojnie światowej pojawili się demagodzy, którzy zaczęli głosić zbrodnicze idee, powołując się na pisma biologów i antropologów, a zwłaszcza – na „nawiedzone” proroctwa Chamberlaina. Ale z Darwinem miało to już niewiele wspólnego.
Wraz z załogą statku „Adventure” – którego wyprawa poprzedziła ekspedycję „Beagle” – do Londynu powróciła trójka mieszkańców Ziemi Ognistej, obdarzona przez marynarzy angielskim imionami: Jemmy Button (kupiony za kilka guzików), Fuegla Basket (drugi człon hiszpańskiej nazwy Ziemi Ognistej w połączeniu ze słowem „koszyk”) i York Minster. Widzimy ich tu na rysunku FitzRoya. W Anglii wdrożono ich do europejskich obyczajów, a następnie wysłano na pokładzie „Beagle” do ojczyzny, aby szerzyli tam chrześcijaństwo. Darwin często dyskutował z kapitanem FitzRoyem na temat tubylców; obaj – aczkolwiek nie bez wahań – zdecydowali się uznawać ich za ludzi. Obserwacje z Ziemi Ognistej wpłynęły na zawartość późniejszej książki Darwina O pochodzeniu człowieka. Tubylcy Ziemi Ognistej zostali wyniszczeni do końca XIX w.; w latach sześćdziesiątych naszego stulecia ich liczba nie przekraczała stu.
 

Wszyscy młodzi fascynaci nauk przyrodniczych, czytelnicy “Młodego Technika”, mogli poznać krótką historię teorii ewolucji i jej twórcę, Charlesa Darwina, w kwietniowym numerze magazynu z 1985 roku. / Opracowanie: Tomasz Wawrzyczek
BIOLOGIA: TEORIA EWOLUCJI – Zuzanna Stromenger

Okręt “Beagle” odbił od brzegów Anglii 27 grudnia 1831 roku rozpoczynając pięcioletnią podróż dookoła świata. W wyprawie miał wziąć udział profesor John Steven Henslow, słynny brytyjski przyrodnik, jednak stan zdrowia zmusił go do rezygnacji z podróży. Zastąpił go jego student, młody człowiek, który nim zainteresował się naukami przyrodniczymi próbował nieskutecznie rozpocząć studia medyczne, potem teologiczne, największe zainteresowanie przejawiał jednak polowaniami. Ów młody człowiek nazywał się Charles Robert Darwin i w przyszłości będzie odpowiadał za teorię, która wywróci do góry nogami utarty od lat pogląd na pochodzenie człowieka – teorię ewolucji.

Zagłębić się w historii…

W badaniach naukowych Darwina (1809-1882) okres podróży okrętem “Beagle” odegrał rolę przełomową. Darwin opuszczając Anglię był młodym człowiekiem, nieznanym przyrodnikiem bez pomysłu na przyszłość. Kiedy “Beagle” dobił z powrotem do brzegów Anglii 2 października 1836 roku, 27-letni Darwin przywoził ze sobą ogromny zasób obserwacji, przemyśleń oraz materiałów dowodowych dla swoich koncepcji dotyczących ewolucyjnego rozwoju gatunków, koncepcji, które w przyszłości miały go wynieść do panteonu najwybitniejszych postaci w historii.
Idea zmienności gatunków i ich ewolucyjnego rozwoju nie była pomysłem autorskim Darwina. Jej twórcą był żyjący w latach 1744-1829 profesor Jean Baptiste Lamarck, pracujący w paryskim Jardin des Plantes twórca pojęcia “biologia”. Ten znakomity przyrodnik zajmował się początkowo botaniką, później zoologią. Wieloletnie obserwacje pozwoliły mu jasno dostrzec zmienianie się gatunków, ale jego interpretacja mechanizmu tego zjawiska była niewłaściwa. Uważał on, że rozwój rodowy istot żywych, czyli filogeneza, oraz ich przystosowanie się do środowiska to wynik bezpośredniego oddziaływania warunków otoczenia takich jak na przykład klimat czy rodzaj pokarmu. Lamarck twierdził, że intensywniejsze używanie jakiegoś narządu powoduje jego intensywniejszy rozwój i rozrost, czego przykładem miała być szyja żyraf wydłużona intensywnym sięganiem do koron drzew w celu zdobycia pokarmu. Jeśli kiedyś usłyszycie żartobliwe “przyrząd nieużywany zanika” wiedzcie, że jego autorem jest Lamarck.
Innym zwolennikiem koncepcji zmienności gatunków był profesor zoologii w Paryżu, Etienne Geoffroy Saint-Hilaire (1772-1844). Ten badacz historii rozwoju i anatomii porównawczej, twórca idei ogrodów zoologicznych jako miejsca prowadzenia badań naukowych, bronił w 1830 roku koncepcji zmienności planu budowy istot żywych przed kreacjonistycznymi teoriami znakomitego zoologa i paleontologa, Georgesa Cuviera (1769-1832). Niestety bezskutecznie – nie zdołał przekonać przeciwnika do słuszności swoich tez i odeprzeć jego argumentów na rzecz kreacjonizmu.
Cuvier był jednym z głównych zwolenników tak zwanej teorii katastrof, która głosiła, że w dziejach Ziemi co jakiś czas następowały kataklizmy niszczące całe życie, co implikowało akt stworzenia, który kreował nowe gatunki roślin i zwierząt, które od właśnie wymarłych różniły się zasadniczo. Teoria katastrof była próbą pogodzenia biblijnej wersji stworzenia świata z niepodważalnymi faktami natrafiania szczątków roślin i zwierząt diametralnie różniących się od współczesnych.
Młody Darwin zwrócił podczas swojej podróży uwagę na dość znamienny fakt, że na kontynencie południowoamerykańskim – i nigdzie indziej – można spotkać zarówno szczątki legwanów jak i żyjące legwany. Podważało to w dość jawny sposób teorie głoszone przez katastrofistów, którzy wykluczali możliwość istnienia tego samego gatunku w prahistorii i współcześnie. Potwierdzało też, że gatunki przechodzą jeden w drugi nie rewolucyjnie, gwałtownie, jak choćby na skutek globalnych kataklizmów, ale ewolucyjnie, stopniowo.
Darwin w swej podróży trafił na leżący 1000 km od wybrzeży Ekwadoru Archipelag Galapagos, który jako jednolity blok jałowej lawy wypiętrzył się z Oceanu Spokojnego w trzeciorzędzie. Stopniowo zaczęły zasiedlać go gatunki roślin i zwierząt niesione bądź to Prądem Peruwiańskim, zwanym też Prądem Humboldta, bądź trafiające na Galapagos drogą powietrzną. W podobny sposób zaludniane były i są do dziś wyspy rozsiane po morzach i oceanach całej kuli ziemskiej – porwane z lądu stałego przez tornada czy silne burze tropikalne rozciągające się na odcinku wielu setek kilometrów nasiona, owady czy wręcz niewielkie zwierzęta zostają przeniesione i porzucone na nowych lądach otoczonych bezkresem wód. Dołączają do nich zwierzęta, które trafiają tam używając swoich naturalnych cech motorycznych.
Zwierzęta, które pojawiły się na Galapagos nie miały na nim żadnych wrogów i mogły mnożyć się bez przeszkód. Stopniowo coraz bardziej zaczęły odbiegać od swych form macierzystych z kontynentu. W międzyczasie stanowiący jedną całość masyw Galapagos obniżał się zatapiając niżej położone tereny i ostatecznie podzielił się na ponad 20 wysp, na których zostały uwięzione i odizolowane od siebie odrębne populacje zwierząt, które zaczęły rozwijać się w warunkach charakterystycznych dla każdej z wysp. Z czasem populacje z różnych wysp zaczęły różnić się od siebie tymi czy innymi zestawami cech, na przykład dłuższym lub krótszym dziobem, ogonem, kończynami – to właśnie zaobserwował i dokładnie opisał Darwin.
 

W życiu młodego człowieka pojawia się taki moment, kiedy przestaje wierzyć w myszki zamieniające schowane pod poduszką mleczne zęby na prezenty, bożonarodzeniowe aniołki, Świętego Mikołaja przecinającego przestrzeń powietrzną w saniach ciągniętych przez renifery, krasnoludki mieszkające pod grzybkami, elfy, jednorożce i inne rusałki. Wydoroślał, wydaje się. Nic z tych rzeczy. Im bardziej człowiek dorośleje, tym chętnej zaczyna wierzyć w inne dziwy jak choćby w latające spodki pełne ufoludków, które przybywają do nas gromadnie z bliższych i dalszych zakątków wszechświata.
Wiara ludzi w życie pozaziemskie sięga jeszcze czasów starożytnych

Wprowadzona przez Kopernika rewolucja w wyobrażeniu wszechświata wzmocniła tą wiarę. Wierzono, że na wszystkich znanych wtedy planetach naszego układu słonecznego istnieje życie. Obdarowano nim też nasze Słońce i Księżyc. Nauka dopiero w XIX doszła do wniosku, że z życiem na Słońcu to jednak przesada. Później zrewidowano też twierdzenie o istnieniu życia na Księżycu. Nadal jednak wierzono, że życie istnieje na innych planetach. Co jakiś czas pojawiały się nawet na to “dowody”, jak choćby odkryte przez Schiaparellego kanały na Marsie, które jak twierdzono są dziełem marsjańskich inżynierów.
Skąd w dawnych czasach taka łatwość świata nauki w przyjmowaniu, że życie we wszechświecie jest powszechne? W jaki sposób dowodzono, że planety naszego układu słonecznego i nie tylko jego są zamieszkałe, jeśli możliwość precyzyjnej ich obserwacji w tamtych czasach była bądź poważnie ograniczona, bądź w ogóle niemożliwa? Skąd ta mnogość życia, jeśli wiadomo, że jest ono stosunkowo kruche, wymaga odpowiedniego środowiska, warunków do tego, by powstać i się rozwijać? Wyjaśnieniem było powszechne wtedy przekonanie, że powstanie życia to stosunkowo prosty proces. Wierzono, że życie powstaje samo. Teoria ta znana jest dziś pod nazwą “teorii samorództwa”.

Teoria samorództwa była powszechna do XIX wieku

W średniowieczu głoszona była na wielu uniwersytetach jako oficjalna wiedza dotycząca powstawania życia, a przynajmniej niektórych jego form. Uważano na przykład, że muchy rodzą się ze zgniłego mięsa, myszy ze starych worków a wszy lęgną się z brudu. Teoria samorództwa została pierwszy raz podważona przez włoskiego uczonego Francesco Redi. Przy pomocy kilku prostych doświadczeń zaobserwował, że po starannym odizolowaniu mięsa i odcięciu dostępu do niego muchom, w mięsie same nie powstaną czerwie. Udowodnił, że aby wylęgły się larwy, mucha musi złożyć jaja na odpowiedniej pożywce. Mimo tego, nadal nie wykluczał, że niektóre organizmy, na przykład glisty i tasiemce, powstają samorodnie.
W XIX wieku teoria samorództwa zyskała ideologiczną podbudowę. Ówcześni przyrodnicy wyrażali wtedy dwie teorie na temat istoty życia – materialistyczny i witalistyczny. Materialiści twierdzili, że organizm żywy to suma reakcji chemicznych i fizycznych. Sądzili, że wystarczy poznać “skład chemiczny” by zsytentyzować człowieka – humunkulusa. Witaliści uważali, że organizm żywy to nie tylko reakcje fizyczne i chemiczne, ale przede wszystkim tak zwana siła życiowa – vis vitalis. Te dwa punkty widzenia życia przyczyniły się między innymi do powstania podziału na chemię organiczną i nieorganiczną.
Z czasem teoria samorództwa traciła swoich zwolenników. Udowodnienie, że wyższe organizmy żywe nie powstają samorodnie, popchnęło zwolenników samorództwa do poszukiwania dowodów swojej teorii w świecie mikroorganizmów, ale i na tym polu zostali pokonani w II połowie XIX wieku między innymi przez Ludwika Pasteura. Pasteur udowodnił, że na najlepszej nawet pożywce nie powstaną bakterie, jeśli wcześniej nie doda się do pożywki choćby jednej żywej bakterii. W praktyce odkrycie to ma zastosowanie w znanym chyba każdej gospodyni domowej procesie pasteryzacji konfitur, kompotów czy marynowanych ogórków. Jak nietrudno zauważyć, nazwa tego procesu pochodzi od nazwiska Pasteura. Jego odkrycie potwierdzili później inni naukowcy, między innymi niemiecki lekarz i biolog Virchow, autor twierdzenia “Omnis cellula ex cellula” – każda komórka powstaje z komórki.
Wydawać by się mogło, że po odkryciu Pasteura kreacjoniści stracili ostatni argument na poparcie samorództwa. W 1908 roku z ratunkiem dla biologów-zwolenników samorództwa przychodzi szwedzki fizyk Arrhenius, który głosił, że życie istnieje wiecznie we wszechświecie. Twierdził, że kosmosie krążą przetrwalniki bakterii, które trafiając na planetę taką jak choćby Ziemia, zaszczepiają na niej życie. Teoria Arrheniusa miała jednak dla kreacjonistów poważną wadę – nie tłumaczyła powstawania życia tylko “zasiedlanie” nim poszczególnych planet. Zawierała też poważny błąd, o którym Arrhenius nie mógł wiedzieć przy stanie ówczesnej wiedzy i nauki – w warunkach panujących w kosmosie żaden najodporniejszy nawet przetrwalnik nie ma szans na dłuższe istnienie.
Ostateczne pogrzebanie teorii samorództwa nastąpiło wtedy, kiedy próbując znaleźć wspólny mianownik dla wszystkich organizmów żywych stwierdzono, że życie to forma białka. Postęp w nauce, zwłaszcza w geologii i astronomii, pozwolił na stworzenie obrazu naszej planety z czasów przed powstaniem życia – sprzed 3 mld lat. Ziemia była wtedy planetą o dużej aktywności wulkanicznej i atmosferze wypełnionej głównie metanem, amoniakiem, wodą, cyjanowodorem. Związki te poddane stałemu promieniowaniu ultrafioletowemu (atmosfera ziemska pozbawiona była warstwy ozonowej) reagowały ze sobą, co doprowadziło do powstania aminokwasów od których już niedaleko do syntezy białka.
Dzisiejsze rozumienie życia to efekt prac nad znanym już od XVIII wieku kwasem dezoksyrybonukleinowym – DNA. Ustalono, że ta substancja, której znaczenie dla życia jeszcze pół wieku temu było marginalizowane, jest zapisem budowy organizmu przekazywanym z pokolenia na pokolenie.
Samo wyjaśnienie powstania życia nie daje jednak odpowiedzi na pytanie o istnienie w kosmosie życia, tym bardziej na pytanie o jego powszechność. Przy tak dużej liczbie czynników decydujących o pojawieniu się, rozwoju i ewolucji życia, trudno pokusić się nawet o próbę oszacowania prawdopodobieństwa istnienia życia na innych planetach. Pamiętać należy też, że sam fakt istnienia życia nie oznacza istnienia istot rozumnych. Wystarczy przyjrzeć się naszej planecie i jej historii. W okresie początku kształtowania się form ludzkich Ziemia podzielona była na sześć odizolowanych od siebie kontynentów, z czego ewolucja w kierunku form inteligentnych odbywała się wyłącznie na jednym z nich. Gdyby więc na przykład w kredzie meteoryt uderzył w kontynent euroazjatycki, dziś na Ziemi najprawdopodobniej najinteligentniejszymi istotami byłyby kangury, gdyby zaś w pliocenie krzywda spotkała Afrykę, pozycja najinteligentniejszych mieszkańców naszej planety przypadłaby orangutanom.
Takie oto ciekawostki można było znaleźć w “Młodym Techniku” ze stycznia 1979 roku / Opracowanie: Tomasz Wawrzyczek
 

Młody Technik nr 3 z 1987 r.
HISTORIA SIĘ NIE POWTARZA: OD KOMPUTERÓW DO NEOLITU (i z POWROTEM) – Henryk Hollender

Obserwując historię i zjawiska w niej występujące, spostrzegając ich podobieństwo w krótszym lub dłuższym wycinku czasowym, nadajemy mu umowną nazwę adekwatną do rodzaju lub charakteru zjawisk w nim dominujących. Najczęściej sięga się po pojęcie okresu, czasem też po pojęcia o szerszym zakresie lub wręcz po określenia przenośne. Mamy zatem okres romantyzmu, wiek pary i elektryczności, epokę kamienia łupanego, lata kryzysu, dekadę wojen. Czy na podobne okresy można podzielić historię techniki?

Sprawa na pozór wydaje się tylko prosta, w rzeczywistości próba podzielenia historii techniki na przedziały czasu o własnej specyfice jest zadaniem dość skomplikowanym. Wszak nie wszystkie działy techniki zmieniały się z taką samą dynamiką i w tym samym rytmie. Rozwój narzędzi produkcji nie musiał na przestrzeni całej historii iść w parze z rozwojem transportu czy łączności, która z kolei nie musiała rozwijać się tak szybko jak produkcja żywności, a ta znów mogła być opóźniona w stosunku do innowacji wprowadzanych w technice wspierającej badania naukowe.
Osobnym zupełnie elementem jest dysproporcja w dynamice rozwoju techniki jako takiej i każdej z jej dziedzin na różnych obszarach kulturowych i społecznych. Na przykład: jakoś tak się dziwnie składa, że w społeczeństwach, gdzie naukowcom źle się dzieje z różnych powodów – ekonomicznych, politycznych czy religijnych – tam postęp w nauce i technice jest raczej mizerny, o ile nie zerowy. Do tego dochodzi jeszcze jedna trudność: analiza historii techniki zwykle obarczona jest “błędem” współczesności – jesteśmy zazwyczaj przejęci wydarzeniami, które rozegrały się niemal na naszych oczach i bardzo często jesteśmy przekonani, że to właśnie teraz rozpoczyna się jakaś nowa epoka, era czy okres.
Z innej strony wydaje się, że akurat nasze pokolenie może mieć powody do tego, żeby sądzić, że jest świadkiem zjawisk zmieniających oblicze świata, w którym żyjemy. Z ery, w której dominował towar, przedmiot rzeczywisty, namacalny weszliśmy na dobre w okres, w którym dominuje informacja. Wszak – dajmy na to – czy ma większe znaczenie, na jakim urządzeniu i przy pomocy jakiego programu wymieniamy się informacją na takim dla przykładu Twitterze czy Facebooku? Czy to będzie komputer stacjonarny, czy laptop, czy to będzie tablet czy komórka, czy wreszcie telewizor, najważniejsza pozostanie informacja zawarta w tweecie, zmianie statusu, zdjęciu, linku…
W latach 30-tych XX wieku próbę periodyzacji historii techniki podjął się Lewis Mumford. Przyjrzał się technice całościowo, uwzględniając wiele czynników, które miały wpływ na jej dzieje, na przykład uwzględniając systemy społecznościowe (inny rozwój w miastach, inny poza nimi) i naturalne (inny rozwój w strefie klimatycznej przyjaznej człowiekowi, inny w strefach o ostrym klimacie). Nie wdając się w zbytnią szczegółowość wyodrębnił swego rodzaju kamienie milowe w rozwoju techniki i spróbował odpowiedzieć, co było charakterystyczne dla każdego z nich.
Zdaniem Mumforda ludzkość przeszła przez trzy fazy rozwoju techniki. Pierwsza z nich to faza eotechniczna, druga – paleotechniczna, trzecia wreszcie – neotechniczna. Faza eotechniczna opierała się na wodzie i drzewie – charakteryzuje się rzemieślniczym charakterem produkcji i ścisłym związkiem z rolnictwem. W fazie paleotechnicznej dominował węgiel i żelazo – jest to okres taniej, znormalizowanej i tandetnej produkcji przemysłowej. Faza neotechniczna to elektryczność i stopy metali – wypracowano w niej sposoby produkcji przedmiotów trwałych i uniwersalnych, lepiej zharmonizowanych z ludzkimi potrzebami.
Według Mumforda w fazę trzecią ludzkość weszła wraz z wynalezieniem turbiny wodnej i badaniami Faradaya nad elektrycznością, utrwaliła ją teoria termodynamiki i prawdziwy wysyp wynalazków w XIX wieku, a do najwyższego stadium doprowadziły czyste technologie XX wieku. Pierwsze wydanie prac Mumforda miało miejsce w 1934 roku, więc nie ma w tam nic na temat komputerów, robotów, systemów informatycznych i wszystkiego tego, co dziś napędza ludzkość i wyznacza kierunki rozwoju techniki.
Mumford zaczyna swą opowieść o dziejach techniki od momentu pojawienia się pierwszych maszyn – na przykład wiatraków i kół wodnych. Ale przecież narzędzia ułatwiające życie i pracę ludziom – a to właśnie jest sedno techniki – powstały o wiele wcześniej. Trudno sobie wyobrazić, jak wyglądałby świat, gdyby w neolicie, czyli najmłodszej erze kamiennej, tuż po ustąpieniu lodowca, jakieś 10-20 tysięcy lat przed naszą erą, nie nastąpiła najmniej doceniana rewolucja techniczna w historii ludzkości. Ludzie zaczynają się posługiwać pierwszymi narzędziami z kamienia łupanego: małymi ostrzami używanymi jako noże, groty do strzał i dzid oraz dużymi toporami. Wynaleziony zostaje łuk. Rozwija się technika plecionkarstwa, wyrobu kamiennych żaren i moździerzy. Powstaje sztuka budowania szałasów i ziemianek. Następuje udomowienie psa. Wzrasta znaczenie życia osiadłego, rybołówstwa i zbieractwa. To w tym okresie człowiek ostatecznie “zszedł z drzewa” i rozpoczął życie społeczne.
Z punktu widzenia współczesnego człowieka, którego przekonują wyniki badań Mumforda, albo znajdujemy się nadal w fazie neotechnicznej, która jednak nie rozpoczęła się z chwilą wynalezienia turbiny wodnej, jak sugeruje Mumford, ale wraz ze skonstruowaniem pierwszego komputera – ENIAC-a, albo też pojawienie się tego komputera na świecie zakończyło neolit i dziś znajdujemy się już w innej fazie – informatycznej.
To dość osobliwe spojrzenie na dzieje techniki przypomina marcowy numer “Młodego Technika” z marca 1987 roku. / Opracowanie: Tomasz Wawrzyczek
 

Kwestia roztrząsana przez Henryka Hollendra w cyklu „Historia się nie powtarza”, którego kilkanaście odcinków jest na łamach miesięcznika „Młody Technik” z końca lat 80-tych.
Młody Technik nr 5 z 1988
Henryk Hollender
„Historia się nie powtarza – Czy wierzysz w cuda (gospodarcze)?”

Rewolucja techniczna w Anglii i Szkocji, starsza od rewolucji przemysłowej końca XVIII w., okazała się nie do naśladowania w innych krajach. Miesiąc temu przedstawiliśmy niektóre jej cechy, podkreślając postawę dociekliwości wobec tajemnic przyrody, z konieczności zaś pomijając rozliczne czynniki gospodarcze i polityczne, które pchnęły Wyspy Brytyjskie na drogą akumulacji kapitału i stałej modernizacji rzemiosła oraz rolnictwa już w XV-XVI w.
Nobilitacja rzemiosła, badanie tajemnic materii, duch eksploracji – wszystko to pojawiło się w okresie Odrodzenia i w innych krajach Europy. Zabrakło w nich jednak owych wyjątkowo sprzyjających warunków, jakie stały się udziałem Anglii oraz niektórych innych państw protestanckich.
Protestantyzm okazał się sprzyjający rozwojowi gospodarki, wprowadzał bowiem w życie ideały skrzętności i użyteczności. Katolicyzm był ich pozbawiony; poza tym cenzura kościelna w krajach katolickich znacznie zubożyła repertuar tamtejszych wydawców, co pośrednio odbiło się także na poziomie kultury technicznej. (Nasuwa się tu przykład Włoch, choć jeszcze bardziej krajowi temu zaszkodziło zapewne rozbicie polityczne). Tradycyjnie wysoki był poziom rzemiosła we Francji, przodującym gospodarczo kraju Europy kontynentalnej, lecz w XVIII w. lepsze i tańsze są już wytwory angielskich manufaktur, a angielskie rolnictwo osiąga wyższą wydajność od francuskiego, choć Brytyjczycy z rozmaitych powodów od dawna importowali żywność. Spektakularne sukcesy techniki francuskiej następują dopiero w XIX w., kiedy dają o sobie znać skutki stworzenia wyższego szkolnictwa technicznego bezpośrednio po rewolucji. Inne kraje, nawet Anglia, nie miały takiej okazji do odnowienia swojego systemu edukacyjnego.
Angielski stosunek do przyrody, naznaczony unikalną mieszanką ciekawości, skłonności do uogólnień, żądzy panowania i pomnażania bogactw, objawił się takie w angielskich koloniach w Ameryce i Australii. Zmysł praktyczny osadników górował jednak nad poznawczym, a ich potrzeby życiowe były mniej wyszukane niż w starym kraju, toteż np. w Nowej Anglii w XVII w. nie prowadzono właściwie badań przyrodniczych, zaś opóźnienie Australii w tej dziedzinie zostało zlikwidowane dopiero po I wojnie światowej. W tych krajach jednak, dzięki korzystnym warunkom naturalnym pomyślnie rozwijało się rolnictwo i przemysł nastawiony na jego obsługę. Duże odległości i szybki przyrost zaludnionych terytoriów stworzyły szczególnie chłonny rynek dla przemysłu środków transportu. Na powodzenie mógł jednak liczyć właściwie każdy przedsiębiorczy wytwórca, gdyż szybko zaludniające się kraje były w stanie wchłaniać wszelkie dobra – z wyjątkiem importowanych, zbyt kosztownych ze względu na konieczność wielodniowego transportu morskiego.
Przemysł amerykański czy kanadyjski nie musiał zatem obawiać się konkurencji europejskiej, a co więcej – od chwili swoich narodzin był wolny od krępującego gorsetu cechowej organizacji rzemiosła, która hamowała wynalazczość w większości krajów Europy.
Zupełnie inaczej dokonał się przewrót przemysłowy w Niemczech. O ile drogę rozwoju gospodarki na modłę angielską można określić jako oddolną, w Niemczech nowoczesny przemysł został wprowadzony odgórnie – drogą wytężonych starań rządu. Stało się to możliwe dopiero po zjednoczeniu królestw i księstw niemieckich i objęciu przez króla Prus Wilhelma I władzy cesarskiej (1871). Nie naruszono istniejącej dotychczas struktury własności: największe udziały w przemyśle i bankach uzyskały wielkie rody obszarnicze, zwłaszcza – pruskie (junkrzy), żyjące dotychczas z dobrze postawionego rolnictwa. Do rewolucji burżuazyjnej – jak w Anglii w XVII w., czy we Francji w XVIII w. – nie doszło w Niemczech nigdy, a koniec XIX w., był przede wszystkim okresem politycznego, gospodarczego i społecznego sojuszu sfer przemysłowych ze szlachtą, wzmacnianego nobilitacjami, mieszanymi małżeństwami itp. Kiesę państwową zasiliły w tym czasie francuskie kontrybucje, stosowano więc politykę subwencjonowania wybranych gałęzi gospodarki, od 1879 r. zaś rząd zaczął wprowadzać cło ochronne na płody rolne, wyroby żelazne i inne towary, co pozwoliło niemieckim producentom nie obawiać się konkurencji, np. węgierskiej pszenicy czy angielskich maszyn. Rząd zadbał też o rynki zbytu, otwierając niemieckim towarom drogę do Turcji i Persji (kolej Berlin – Bagdad) oraz Afryki (podboje kolonialne). Koncentracja kapitału umożliwiła wprowadzenie produkcji masowej, co znacznie obniżyło ceny niemieckich produktów przemysłowych, owocując jednocześnie stałą poprawą jakości opartą na normach przemysłowych. Tak w skrócie przedstawia się tajemnica niemieckiego cudu gospodarczego sprzed stu lat.
Ale dzieje powszechne nie obfitują w historie takich cudów. Owszem, w XIX i XX w. cywilizacja twórczości technicznej objęła w końcu Europę, lecz choć to taki mały, zwarty geograficznie kontynent, proces ten nigdy właściwie nie zakończył się na jej południowych i wschodnich krańcach. Ogromne zaś połacie środkowej i południowej Ameryki, Afryki i Azji pozostały w stadium zacofania gospodarczego. Ponownie trzeba tu podkreślić, że zacofanie nie musi oznaczać biedy, choć większość mieszkańców krajów zacofanych żyje w trudnym do wyobrażenia ubóstwie. Niektóre z tych krajów zdołały osiągnąć pewien stopień zamożności dzięki eksportowi cennych surowców, inne – dzięki korzystnym inwestycjom zagranicznego kapitału, jeszcze inne – dzięki stopniowemu, powolnemu wzrostowi gospodarki opartej na rolnictwie (co jest w pewnym sensie „spowolnioną” odmianą wariantu amerykańskiego). Oryginalna twórczość techniczna nie rozkwitła jednak właściwie nigdzie – poza regionami, w których pojawiła się między XVI i XIX w.
Do zdumiewających wyjątków należy Japonia, podziwiana od kilku dziesięcioleci za niezwykłą agresywność eksportu, jakość i innowacyjność produkcji przemysłowej, a takie – wysoki poziom życia mieszkańców. Ostatnio Japonię doganiają inne kraje Azji południowo-wschodniej. Republika Korei, Republika Chin (Tajwan), Singapur, no i może Tajlandia. Światowa opinia publiczna próbuje rozmaitymi sposobami wyjaśnić zagadkę tego sukcesu.
Mówiono więc, że cud japoński to tania siła robocza plus amerykańska technika. Jest to półprawda: Japończycy wiele zawdzięczają zarówno amerykańskiej okupacji od 1945 r., jak i amerykańskim licencjom, ale dość szybko zaczęli sami patentować technikę na światowym poziomie, a zakupione technologie trafiły w ręce znakomicie przygotowanych inżynierów. Jest istotne, że wskutek demilitaryzacji Japończycy nie musieli ponosić ogromnych kosztów utrzymania i modernizacji armii. Znaczenie ma także fakt, iż Japończycy zaczęli szybko sami sprzedawać swoje wyroby Amerykanom – z chwilą wybuchu wojny koreańskiej w 1950 r. Stany Zjednoczone uczyniły z Kraju Kwitnącej Wiśni swojego najbliższego dostawcę do Korei. Mają rację ci, którzy podkreślają, że demokratyzacja ustroju Japonii po wojnie wyzwoliła w mieszkańcach tego kraju ogromne zasoby przedsiębiorczości, jaka na ogół marnuje się w systemach totalitarnych. Nie bez znaczenia było też zapewne zdyscyplinowanie Japończyków, ich sumienność, rodzinne niemal poczucie solidarności, łączące pracodawcę z robotnikiem.
Wszystkie te wyjaśnienia mają jednak zasadniczą wadę: traktują historię gospodarczą Japonii tak, jakby zaczęła się ona po II wojnie światowej.
Tymczasem Japonia już od początku XX w. była rozwiniętym krajem przemysłowym. Upadek szogunatu w 1868 r. otworzył drogę do tego kraju europejskim i amerykańskim ideom, towarom, technologiom. Pod rządami cesarza Mitsuhito (panującego do 1912 r.) przebudowana zostaje cała japońska gospodarka i system oświatowy.
Reforma japońskiego przemysłu w tym okresie (znanym jako Restauracja Meidżi) przypomina niektóre z działań podejmowanych dokładnie w tym samym czasie w Niemczech. Tu również inicjatywę przejęło w swoje ręce państwo (ba – cesarstwo), opierając się na feudałach, którzy otrzymali szansę przekształcenia się w klasę fabrykantów i bankierów. I tu podjęte zostały próby zdobycia kolonii (Korea) i rynków zbytu (Chiny, Indonezja). Rząd japoński starał się stworzyć miejscowemu przemysłowi dobre warunki rozwoju, kredytując najpotrzebniejsze inwestycje i ograniczając cłami import konkurencyjnych towarów. Koligacje rodzinne między rodami samurajskimi sprzyjały koncentracji kapitału i powstawaniu potężnych koncernów.
Początkowo zresztą wyroby japońskie zyskały w Europie opinię tandetnych, ale ich niskie ceny spowodowały, że cieszyły się one wielkim powodzeniem w Azji.
Natomiast japońskie stocznie i elektrownie wodne znalazły się wśród najpotężniejszych w świecie już na początku XX w.
Równolegle rozwijała się nauka. W 1877 r. otwarto Uniwersytet Tokijski, gdzie katedry objęli Europejczycy i Amerykanie. Ich studenci byli pojętni. Japońscy uczeni przebadali wkrótce faunę, florę i złoża Tajwanu, Sachalina i Korei, a w zagranicznych laboratoriach dokonali – przed I wojną światową – współodkrycia salwersanu i adrenaliny. Ale zainteresowania badaniami przyrodniczymi nie zaszczepił wszak wśród Japończyków światły cesarz. Kiedy Japonia była z woli szogunów odizolowana od Europy (od poł. XVII w. do 1868 r.), a prawo zawijania do portu Nagasaki miały statki holenderskie, najwyższe warstwy społeczeństwa japońskiego studiowały z ciekawością europejskie książki i bawiły się europejskimi przyrządami w rodzaju barometrów, teleskopów i butelek lejdejskich. Umiłowanie „nauki holenderskiej” pchnęło wielu młodych ludzi na zachodnie uniwersytety, w samej zaś Japonii zachodni lekarze i uczeni prowadzili na wpół legalne praktyki i odczyty. Jeśli idzie o chłonność i pasje badawcze Japończyków, to otwarcie na świat, jakie nastąpiło u schyłku ubiegłego stulecia, przypieczętowało jedynie stan faktyczny.
 

Młody Technik nr 6 z 1988
HISTORIA SIĘ NIE POWTARZA
„Czajniki, mikroprocesory, gadżety”

Kilkakrotnie na tych łamach mieliśmy sposobność zwracania uwagi Czytelnika na fakt, że technika, która przynosi duże efekty gospodarcze, nie jest tylko dziełem ludzi genialnych, lecz pomyślnej – co rzadko się zdarza – koniunktury gospodarczej, politycznej i obyczajowej. Że doktoraty i habilitacje w naukach technicznych (w Polsce 28% wszystkich doktoratów i habilitacji, w Stanach Zjednoczonych zaledwie 8%) nie tworzą prężnego przemysłu. Że nie tworzy go nawet kształcenie dużej liczby inżynierów, ani wyłanianie konstruktorskich elit, które – nagradzane wyjątkowo dostatnim życiem – mają rozwiązywać zadania specjalne. Tak się dziwnie składa, że przy braku czajników można jeszcze robić zupełnie niezłe rakiety, ale mikroprocesory już się nie udają, choć teoretycznie rzecz biorąc twórcy mikroprocesorów mogliby nawet nie wiedzieć o istnieniu czajników. Wykrywanie niewidzialnych nici, łączących różne gałęzie twórczości technicznej, to wciąż jeszcze słaby punkt zarówno polityków, jak i ekonomistów i naukoznawców. Ostatnie sto lat jest okresem powszechnej dostępności dóbr wszelkiego rodzaju w kilku, kilkunastu, teraz już pewnie i dwudziestu kilku krajach świata. Zmieniały one życie społeczeństw, których zamożność z kolei umożliwiła finansowanie zaawansowanych, lecz nie dających natychmiastowego zysku działów techniki.
A przecież początkowo wiele wynalazków, które dziś wydają się nam kluczowe, albo oczywiste, uznawano za niepotrzebne. Były one odrzucane nie tylko przez producentów, dostrzegających w nich zagrożenie dla tradycyjnych gałęzi produkcji, i nie tylko przez robotników, obawiających się zwolnienia, ale i przez samych potencjalnych użytkowników. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że pragnienie posiadania rozmaitych przedmiotów ułatwiających życie nie jest najbardziej odwieczną cechą natury ludzkiej. Kiedy w latach sześćdziesiątych nowo budowane na wsi domy nie zawsze zaopatrywano w łazienki, wielu publicystów załamywało ręce nad poziomem higienicznym polskiej wsi. Tymczasem potrzeba posiadania łazienki nie przychodzi automatycznie wraz z możliwością. Dla tradycyjnie myślącego chłopa skanalizowany dom był właśnie niehigieniczny; z niechęcią myślał ono tym, że ludzkie odchody mogłyby być wydalane w bezpośrednim sąsiedztwie izb mieszkalnych.
Dlatego niektóre nader praktyczne innowacje techniczne zaczynały swoją karierę „w służbie” bogaczy, jako zabawki nie powiązane organicznie z całą gospodarką. Było tak np. z rowerem. W latach dziewięćdziesiątych XVIII w. eleganccy paryżanie zabawiali się m.in. wyścigami na dwukołowych pojazdach, które nie mogły skręcać, i które trzeba było wprawiać w ruch odbijając się nogami od ziemi. Ulepszenia tego wynalazku przez długie dziesięciolecia nie mają żadnego znaczenia w komunikacji, a zatem dokonywane są w ślamazarnym tempie; szybciej rozwija się konstrukcja powozów konnych.
Na początku XIX w. pojawia się kierownik koła przedniego. Około 1863 r, zostaje wprowadzony napęd korbowy przedniego koła, nieco później – gumowe obręcze kół, błotniki, szprychy, ramy rurowe, przekładnie…
To urządzenie było straszliwie niewygodne, i choć zamiłowanie do wygody nie było wówczas tak wybujałe jak dziś, znaleźli się konstruktorzy, którzy usiłowali rozwiązać problem zbyt dużej odległości siodła od pedałów. W 1871 r. w Anglii pojawia się model z napędzanym wielkim przednim kołem. Cyklista siedzi na nim, wygodnie sięgając stopami do pedałów. Tym razem wielce niewygodne jest z kolei zsiadanie, wsiadanie, no i przewracanie się do przodu przy napotkaniu na byle przeszkodę.
Rower ten zainteresował miłośników szybkiej jazdy, ale masowo sprzedawał się dopiero model „Safety”, z dwoma kołami o równych średnicach i napędem łańcuchowym na tylne koło. Popularność tego pojazdu wzrosła jeszcze po zastosowaniu opony pneumatycznej Dunlopa (1888 r.). Dziesięć lat później rowery miały już wszystkie typy użytkowanych dziś hamulców. Znano również rozmaite przekładnie, stosowano je jednak rzadko ze względu na ich znaczny koszt.
Technika rowerowa wywarła istotny wpływ na strukturę dziewiętnastowiecznego przemysłu. Nim zaczęto budować autostrady dla samochodów, wzięto się za ulepszanie nawierzchni dla rowerów. W rowerach zastosowano po raz pierwszy łożyska kulkowe, opatentowane w Anglii w 1877 r. przez Williama Bowna.
Rowerowe przekładnie i wolne koła przydały się konstruktorom pojazdów silnikowych, podobnie jak szprychy, pneumatyki i stalowe rury. Najważniejszy zaś czynnik „samochodotwórczy” roweru – to sama idea indywidualnego transportu. Zakiełkowała ona wówczas, gdy zbiorowy transport kolejowy święcił swoje największe triumfy. Możliwość swobodnego przemieszczania się z miejsca na miejsce, odbywania wycieczek, szybkiego załatwiania sprawunków -zrewolucjonizowały tryb życia wielu rodzin.
Mknący przez dziewiętnastowieczne wsie cykliści, to już nie zawsze ludzie o wyjątkowej zamożności. Obyczaj sportowy upowszechniał się zresztą i tak szybciej niż samo czynne uprawianie sportu. Modne stały się rowerowe stroje, potrawy turystyczne w koncentratach, otwierano kantory usług posłańców rowerowych.
Innym przykładem ulepszeń, które początkowo mogły wydawać się niepotrzebne, jeśli nie maniackie, są urządzenia gospodarstwa domowego. Dziś jest to liczący się dział wytwórczości, korzystający z high-tech w takim niemal stopniu, jak produkcja maszyn biurowych. Kiedyś jednak był to margines gospodarki. Reklamy pralek wirnikowych o ręcznym napędzie, które pojawiły się w pół. XIX w. w Ameryce, podkreślały, że dzięki nim każda kobieta może wyglądać schludnie i elegancko, a więc zamożnie. Nie chodziło tu o oczywistą praktyczność pralki, nikt się na nią wprost nie powoływał, Chodziło raczej o możliwość pozornego znalezienia się w takiej warstwie społeczeństwa, którą stać było na wynajmowanie praczek.
Postęp koncepcji technicznych miał tu niewielkie znaczenie. Pralkę wirnikową o napędzie korbowym można było równie dobrze wynaleźć w Średniowieczu. Czemu Leonardo da Vinci nie pozostawił po sobie szkicu takiego urządzenia? Czemu bednarze nie zarzucili rynków świata pralkami, gdy tu i ówdzie w XVIII w, zaczęto stosować wirniki na kiju? Bo wystarczyło pranie w rzece, pranie za pomocą kijanek, czy skomplikowane ługowanie brudnej odzieży. Nie myślano, aby to zmienić.
Podobnie z chłodziarkami. Kiedy poznano właściwości cieplne rozszerzających się gazów i pracujących wysoce lotnych cieczy (np. płynnego amoniaku), tj. w latach trzydziestych XIX w., technicznie możliwe stały się lodówki. W następnych dziesięcioleciach budowano rozmaite maszyny kompresyjne, ale eksperymenty te kończyły się na ogół wystawnymi bankietami, w czasie trwania których zdumieni goście spożywali produkty przechowywane w stanie świeżości od wielu miesięcy. Przedsiębiorcy, którzy stale potrzebowali lodu, nie interesowali się takimi ekstrawagancjami. Browar w Tychach jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XIX w, poprzestawał co roku na setkach furmanek beskidzkiego lodu, choć pierwszy kompresor eteru zastosowano w jednym z australijskich browarów ok. 1850 r., teraz zaś była już dostępna elektryczna wersja tego urządzenia. Dopiero łagodna zima 1896/97 skłoniła kierownictwo tyskiego browaru do zakupienia elektrycznego generatora lodu.
Kilkadziesiąt lat później, lecz tylko w krajach rozwiniętych, lodówki stały się częścią domowego umeblowania. Wraz z nimi – odkurzacze, miksery, tostery, młynki do kawy, po II wojnie – automatyczne pralki, klimatyzatory, zmywarki, ostatnio zaś – piece mikrofalowe.
Wprowadzenie każdego z tych wynalazków na rynek wymagało przekonania nabywców, że o niczym innym nie marzyli od lat. Ale później nowy gadżet dowodził swej przydatności i trudno było sobie wyobrazić życie bez niego.
Nie wiem, co dadzą ludzkości piece mikrofalowe, może więcej czasu na filmy video. Ale pięćdziesiąt lat temu ciepła woda, pralka, własna wanna, mikser i odkurzacz umożliwiły wielu kobietom prowadzenie lżejszego i bardziej higienicznego trybu życia, dostęp do kariery zawodowej i do rozrywek, a także – zdobywanie wykształcenia. Przy czym niektóre z tych urządzeń były dostępne już i sto lat temu, wówczas jednak nie miały tak emancypującej mocy. Przyczyna tego zjawiska była prosta: rodziny, które mogły sobie pozwolić na mechanizację gospodarstwa domowego, stać było również i na liczną służbę. Z maszyn chłodzących i pralniczych korzystano chętnie w restauracjach i hotelach.
Henryk Hollender
 

Henryk Hollender na łamach Młodego Technika (nr 6 z 1988) w artykule pt.: „Czajniki, mikroprocesory, gadżety” pisał:

…przecież początkowo wiele wynalazków, które dziś wydają się nam kluczowe, albo oczywiste, uznawano za niepotrzebne. Były one odrzucane nie tylko przez producentów, dostrzegających w nich zagrożenie dla tradycyjnych gałęzi produkcji, i nie tylko przez robotników, obawiających się zwolnienia, ale i przez samych potencjalnych użytkowników. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że pragnienie posiadania rozmaitych przedmiotów ułatwiających życie nie jest najbardziej odwieczną cechą natury ludzkiej. Kiedy w latach sześćdziesiątych nowo budowane na wsi domy nie zawsze zaopatrywano w łazienki, wielu publicystów załamywało ręce nad poziomem higienicznym polskiej wsi. Tymczasem potrzeba posiadania łazienki nie przychodzi automatycznie wraz z możliwością. Dla tradycyjnie myślącego chłopa skanalizowany dom był właśnie niehigieniczny; z niechęcią myślał ono tym, że ludzkie odchody mogłyby być wydalane w bezpośrednim sąsiedztwie izb mieszkalnych.

 
Fragment o chrześcijaństwie (z pracy „O pochodzeniu człowieka”), Karol Darwin

Któż wytłumaczy nam, dlaczego Hiszpania, która niegdyś przodowała cywilizacji, dzisiaj pozostała tak daleko w tyle za innymi ludami europejskimi? Któż zbada czynniki, które brały udział w przebudzeniu narodów po długim śnie średniowiecznej ciemnoty? Przecież w epoce tej, jak słusznie mówi Galton, wszystkie bardziej uzdolnione umysły, chcące poświęcić się pracy naukowej, znajdowały przytułek tylko na łonie Kościoła, którego ustawy wymagały celibatu. Przepis tego rodzaju, wyczerpując rasę ludzi zdolnych, musiał szkodliwie wpływać na każde z następnych pokoleń. Nie dość tego, bo wkrótce potem święta inkwizycja przyszła dokończyć dzieło, a wybierając najśmielsze i najbardziej samodzielne jednostki paliła je na stosach lub zamykała w więzieniach. W samej tylko Hiszpanii w ciągu trzech wieków palono mniej więcej po 1000 osób rocznie, stanowiących najbardziej postępową i najszlachetniejszą rasę, rasę, która wątpiła, a przecież bez wątpienia nie ma postępu.

 
PS „W XIX wieku matematyk William Kingdon Clifford opisał obskurantyzm duchownych, którzy w prywatnych rozmowach zgadzali się z teorią ewolucji, publicznie zaś krytykowali teorię jako pogląd niechrześcijański.” Za: http://pl.wikipedia.org/wiki/Obskurantyzm

Polecam: http://www.wiatrak.nl/1444/siedem-nieporozumien-wokol-teorii-darwina

Ciekawy komentarz w wątku „Darwinizm społeczny a Polak-katolik”: http://www.racjonalista.pl/forum.php/s,361070#w361168
 

 

Moje hasło jako podsumowanie całości i nie tylko:
„Rodzima Wiedza stanowi istotę człowieczeństwa.”

 

Komentarz Andrzeja Szuberta „Opolczyka”

 
Zbiór tekstów pod wspólnym tytułem „Historia się nie powtarza” zawiera wiele ciekawych wątków, spostrzeżeń i wniosków. Poruszanych tematów jest zbyt wiele, aby ustosunkować się do wszystkich. Kilka spraw wymaga jednak dokładniejszych wyjaśnień.
Jest oczywiste, że teoria Darwina wykorzystana została do różnych propagandowych celów. Np. przez rasistów do wykazywania wyższości „białej rasy” czy tzw. „białej cywilizacji” nad innymi. Dawała w ten sposób białym „naukowe” alibi do dalszych podbojów, ludobójstwa „kolorowych” i do kolonizacji prawie całego świata.
Przychylał się do tego rasizmu i sam Darwin pisząc: “głównie dzięki swej sile rasy cywilizowane rozprzestrzeniły się i teraz wszędzie poszerzają swój zasięg, zmierzając do zajęcia miejsca ras niższych.”

No właśnie – dzięki swej sile. Oraz dzięki górowaniu nad innymi w chciwości, żądzy bogactw, władzy nad światem, zapotrzebowaniu na coraz to więcej nowych zniewolonych ludów, aby na nich pasożytować. Pod pretekstem ich „cywilizowania” i „chrystianizacji”.

A w rzeczywistości biała rasa, sama siebie gloryfikująca jako wyższa, lepsza i bardziej cywilizowana od innych była po prostu bardziej brutalna, bezwzględna, zachłanna i chciwa niż rasy przez nią zniewolone. Wyższa technika i technologia jedynie białej dziczy te podboje ułatwiała.

Co dziwne, z darwinizmu korzystały przeciwstawne i zwalczające się prądy ideologiczne. Piewcy kapitalizmu w teorii o doborze naturalnym i selekcji widzieli usprawiedliwienie dla nieludzkiego kapitalizmu, uważając go za zgodny z naturą. Zapominali przy tym, że już na starcie dziecko urodzone w domu bogatego kapitalisty ma nieporównywalnie lepszy start niż dziecko urodzone w rodzinie ubogiego wielodzietnego robotnika czy małorolnego chłopa.

Na darwinizm powoływał się i Marks widząc historię jako „walkę klas”. Zapomniał Marks, że jego wykładnia historii nie sprawdza się np. u Słowian przed podbiciem ich ziem przez żydo-chrześcijaństwo. U naszych przodków nie było „klas społecznych”, a ludzie od kołyski wychowywani byli w duchu solidarności wspólnotowej i wspólnej troski o wspólne dobro.
Sam Darwin w jego teorii doboru naturalnego i selekcji pominął rolę przypadku (nie każdy młody ptak trafia na kota) a ponadto zignorował zachowania „socjalne” u wielu gatunków zwierząt. Bo u zwierząt obok konkurencji, rywalizacji i walki znane są zjawiska wspólnej troski o młode, wspólnej obrony przed napastnikami, a także nawet opieka nad chorymi czy rannymi osobnikami. U ludzi aspekty socjalne są tym ważniejsze, bo jesteśmy potencjalnie zdolni do zapewnienia godziwych warunków życia sierotom, kalekom, upośledzonym, chorym i starym. Gdyby nie wpajana nam przez ideologię kapitalizmu chciwość i konkurencja każdego z każdym w drodze do sukcesu indywidualnego biedę można by było już dawno wyeliminować.

Biały rasizm w tekstach Młodego Technika wyraźnie widać we fragmencie dotyczącym mieszkańców Ziemi Ognistej. O ile istnienie różnych ras ludzkich nie podlega wątpliwości, o tyle uważanie stojącej wyżej technologicznie ale duchowo zdegenerowanej rasy białej za rasę wyższą czy lepszą jest oznaką zaślepionego rasizmu i rasowego szowinizmu. Mieszkańcy Ziemi Ognistej nie znali rolnictwa, gdyż w ich warunkach klimatycznych było ono nie do pomyślenia. Ale wiele innych kultur też nie znało rolnictwa – Mapucze, Indianie wielkich prerii, Inuici, niektóre ludy afrykańskie czy Aborygeni australijscy i sporo innych ludów. Przy czym to, że ludy te nie znały rolnictwa nie oznacza, że stały niżej na drabinie ewolucyjnej, czy że były gorsze i bardziej „prymitywne”. Technicznie stały niżej to fakt – ale nie duchowo. Owe ludy „prymitywne” gdyby pozostały przy ich szacunku do Matki Ziemi, nawet posiadając wyższą technologię i technikę nie niszczyłyby jej tak, jak czyni to biała antycywilizacja skażona biblijnym „czyńcie ziemię sobie poddaną”. Duchowo nie ma prymitywniejszej rasy od tej, która podrzuconą jej podstępnie żydo-biblię przyjęła za „prawdę objawioną” i rozpowszechniła te biblijne rasistowskie brednie i zbrodnie na całym prawie świecie. Czyniąc to najczęściej gwałtem i przemocą.

Kolejnym ciekawym tematem poruszonym w zbiorze tekstów jest sprawa rozwoju gospodarczego w felietonie „Czy wierzysz w cuda (gospodarcze)?”.

Autor pisze w kontekście protestantyzmu o „duchu eksploracji”, choć powinien napisać przede wszystkim o duchu chciwości. Następnie stwierdza:

„Protestantyzm okazał się sprzyjający rozwojowi gospodarki, wprowadzał bowiem w życie ideały skrzętności i użyteczności.”

Jest to opinia bardzo uproszczona i naiwna. Protestantyzm przede wszystkim odrzucił katolicki zakaz lichwy sprzyjając rozwojowi żydowskich banków. To w Anglii zbuntowanej od Henryka VIII przeciwko papiestwu zaczęto tolerować lichwę nadając jej coraz więcej przywilejów. Tam też powstał w roku 1694 pierwszy na świecie bank będący prekursorem współczesnych „banków centralnych” – prywatny Bank Anglii.
http://www.pieniadz.republika.pl/artykuly/08_artykul4.pdf

Ponadto protestantyzm odrzucił katolicką propagandę ubóstwa (w odniesieniu wyłącznie do owieczek):

„Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do królestwa niebieskiego.”

KK, sam chciwy i pazerny na pieniądze, złoto, majątki ziemskie, z wyższą hierarchią opływającą w zbytki i luksusy „pospólstwu” głosił i narzucał konieczność wyrzeczeń i ubóstwa. Bogacenie się było grzechem chciwości.
Protestanci natomiast uznali, że bogacenie się dla samego bogacenia się nie jest grzechem i mogli powoływać się i np. na biblijnego Hioba:

„A teraz Pan błogosławił Hiobowi, tak że miał czternaście tysięcy owiec, sześć tysięcy wielbłądów, tysiąc jarzm wołów i tysiąc oślic.”

I na przypowieść o talentach Joszue/Jezusa – obrzezanego cieśli:

„Odrzekł mu pan jego: Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.”

To co u katolików było nadal grzechem, u protestantów stało się cnotą.

W tym miejscu pozwolę sobie na pewną dygresję – wielu katolików twierdzi, że Luter działał z podpuszczenia Żydów, którzy chcieli reformacją osłabić papiestwo. Odmóżdżeni katolicy wszystkie działania osłabiające totalitaryzm papieski uważają za żydowskie knowania przeciwko „jedynej świętej wierze”. Choć motywacje Lutra były jak najbardziej oczywiste – widział degrengoladę Watykanu, jego chciwość, rządzę władzy i totalny zamordyzm. Niemniej należy stwierdzić, że protestantyzm okazał się bardzo korzystny dla żydowskich interesów. To w krajach protestanckich zaczęli oni dochodzić do fortun bankierskich i kupieckich, a mając pieniądze przejmowali kontrolę nad kapitałem, przemysłem, gospodarką, mediami i polityką krajów protestanckich. To kraje protestanckie stały się matecznikiem banksterskiego NWO. Watykan opierał się protestanckiemu kapitalizmowi, ale ostatecznie po utracie państwa kościelnego oraz realnej władzy politycznej sam stał się wasalem banksterów. Zwłaszcza w czasach santo subito JP nr 2.

Rozwój gospodarki w krajach protestanckich, później i w katolickich był rozwojem korzystnym w ostatecznym rachunku jedynie dla żydowskich globalistów spod znaku NWO. Kapitalizm tak naprawdę służy przejęciu na prywatną własność wszystkiego, co ma jakąkolwiek materialną „wartość”. Globaliści chcą na własność po prostu całą planetę. A kapitalizm jest narzędziem do osiągnięcia tego celu. Wzrost poziomu życia (poza okresami kryzysów sztucznie wywoływanych przez banksterów) nawet dołów społecznych kapitalistycznego zachodu po pierwszej, a jeszcze bardziej po drugiej wojnie światowej był możliwy tylko dlatego, że banksterom potrzebne było to w celach propagandowych – chcieli wykazać „wyższość” gospodarki kapitalistycznej nad gospodarką ZSRR, a po drugiej wojnie nad gospodarką całego bloku wschodniego. Nie jest przypadkiem, że od początku lat 90-tych XX wieku, czyli od momentu likwidacji bloku wschodniego i upadku ZSRR poziom życia na zachodzie, wbrew załganej propagandzie obniża się. Kraje mocno zadłużone w drakoński sposób obcinają wcześniejsze świadczenia socjalne. Kraje mniej zadłużone (np. Skandynawia) opiekę socjalną nadal próbują utrzymywać, ale przez to wzrasta ich zadłużenie. Prędzej czy później i w nich świadczenia socjalne pójdą „do kasacji”. Na zachodzie poszerza się „margines” biedy przestając być marginesem. W biedę popadają dziesiątki milionów ludzi. Wzrasta gwałtownie ilość zatrudnionych na śmieciowych umowach i zarabiających głodowe pensje. Nawet tzw. klasa średnia, wcześniej wiodąca dostatnie i bezpieczne życie zaczyna powoli biednieć. Także w krajach protestanckich. Bankructwo zachodu widać gołym okiem. Tłuste lata protestanckiego kapitalizmu dobiegły końca. Nadchodzi czas płaczu i zgrzytania zębami.

Na koniec pozwolę sobie na kilka uwag luźno związanych z felietonem „Czajniki, mikroprocesory, gadżety”.

Nie jestem miłośnikiem techniki i nowoczesnych technologii z kilku zasadniczych powodów. Niby ułatwiają nam one życie, ale cena, jaką za nie płacimy jest po prostu w moim odczuciu zbyt wysoka. I nie mam na myśli jedynie katastrof ekologicznych, zatrutej wody, powietrza i ziemi.
http://opolczykpl.wordpress.com/2013/07/09/matka-ziemia-a-wojna-cywilizacji/
Czy nie jest dziwne, że mimo wielu wynalazków mających nam ułatwić życie codzienne i wyręczać nas z różnych uciążliwych prac (pralka, odkurzacz, roboty kuchenne, zmywarka do naczyń, itp.) tego czasu mamy coraz mniej? Czas zaoszczędzony na praniu czy myciu naczyń poświęcamy na pogoń za pieniądzem, aby pralkę i zmywarkę utrzymać. Pamiętam opowiadania wielu starszych ludzi o życiu przed wojną, na polskiej wsi czy w małych miasteczkach, często bez elektryczności i bieżącej wody, kiedy to większość przedmiotów do życia codziennego wytwarzano we własnym zakresie. Zwłaszcza na wsiach było to powszechne – jeden robił beczki i cebrzyki, inny skrzynie, komody i stoły, jeszcze inny chochle, warzechy, wałki do ciasta a nawet naczynia gliniane. Kobiety tkały płótna i szyły odzież. Wymieniane było to następnie najczęściej na zasadzie towar za towar. A jednak ludzie dysponowali wówczas wolnym czasem. Spotykano się, bawiono, czy słuchano ciekawych opowieści starszych ludzi. Żyło się ubogo, często w znoju i biedzie, ale bez pośpiechu, bez pogoni za czasem. Dzisiaj pośpiech, stres, pogoń za czasem i pieniądzem są czymś powszechnym w zachodniej żydo-anty-cywilizacji. Zapędzeni zostaliśmy do kieratu, bierzemy udział w wyścigu szczurów. Mamy do wyboru – paść z wyczerpania lub z głodu. Mimo cacek technicznych i wysokiej technologii.
Kolejna sprawa…
Wiele wynalazków rozbiło więzi społeczne. Przykładem może być telewizor. Pomijam już jego szkodliwość jako głównego narzędzia indoktrynującego i ogłupiającego, wbijającego oglądaczy w banksterski matrix. Telewizor zatomizował społeczeństwa. Pamiętam z wczesnego dzieciństwa czas przed nastaniem telewizorów. Od wiosny do jesieni mieszkańcy naszej i kilku sąsiednich kamienic spotykali się po południu/-wieczorem na ławeczkach na alejce kasztanowej biegnącej tuż za podwórzem naszej kamienicy. Starsi siedzieli, plotkowali, czy opowiadali sobie przeróżne historyjki. Dzieci bawiły się, grały w piłkę lub przysłuchiwały się rozmowom dorosłych. Te wspólne wieczory na alejce, na świeżym powietrzu, zakończyły się gdy pojawiły się pierwsze telewizory. Wprawdzie nadal jeszcze spotykano się wieczorami, ale już w mieszkaniach gdzie były pierwsze telewizory. Natomiast skończyły się wspólne rozmowy. Jedynym „narratorem” była gadająca skrzynka z ruchomym obrazem. Kilka lat później, gdy telewizory były już w większości mieszkań, skończyły się wieczorne spotkania. Każdy siedział u siebie i gapił się we własny telewizor.
Telewizory wpłynęły też szkodliwie na życie rodzinne. W momencie, gdy były włączone, kończyły się rodzinne rozmowy i dyskusje. A gdy pojawiły się kolejne programy telewizyjne pojawiły się sprzeczki – czy oglądamy ten czy inny program. Problem rozwiązywano często kupując drugi telewizor. W bogatszych rodzinach nawet dzieci miały własne telewizory. Każdy z członków rodziny siedział przed swoim i oglądał coś innego. Życie rodzinne zostało trwale przez telewizję spłycone.
Podobny, tyle że jeszcze bardziej nasilony problem związany jest z komputerami. Zwłaszcza dzieci wychowywane z komputerem w domu tracą często zdolność do nawiązywania „w realu” kontaktów z rówieśnikami. Potrafią komunikować się z innymi jedynie za pośrednictwem internetu. Są samotnikami, dla których bezpośredni kontakt z innymi ludźmi jest często czymś uciążliwym i krępującym.

Rewolucja techniczna w połączeniu z narastającą urbanizacją oderwała też człowieka od życia zgodnego z Naturą i w bliskim codziennym kontakcie z nią. Dla współczesnego człowieka technicznej anty-cywilizacji dzika, nieokiełzana Natura postrzegana jest jako coś groźnego i obcego. Współczesna technika sprawia też, że ludzie traktujący Naturę jako przedmiot dany im do ujarzmienia (czyńcie ziemię sobie poddaną) rzeczywiście marzą o jej całkowitym ujarzmieniu i podporządkowaniu ich zdegenerowanym celom i potrzebom.
Niezwykle negatywną właściwością techniki i nowoczesnych technologii jest to, że uczyniły one współczesnego człowieka ich niewolnikami. Jesteśmy niewolnikami własnych wytworów. Pozbawiony prądu elektrycznego, sklepów z żywnością, mieszkania, przeniesiony gdzieś na odludzie współczesny człowiek byłby nieporadny jak niemowlę. Być może udałoby się mu sklecić jakiś szałas wystarczająco solidny, aby nie rozwiał go trochę silniejszy wiatr. Ale już jako tako normalne funkcjonowanie na łonie Natury bez wytworów technicznej anty-cywilizacji, codzienne zdobywanie wystarczającej ilości pożywienia, własnoręczny wyrób narzędzi z drewna i kamienia czy rozpalenie ogniska bez zapalniczki lub zapałem byłoby dla przeciętnego mieszkańca anty-cywilizacji technicznej wyzwaniem ponad siły.

Na koniec należy pamiętać i o tym, że współczesna nauka służy okupantowi świata – banksterom spod znaku NWO. To z ich inspiracji prowadzone są badania nad technologiami mającymi „naukowo” i wysoce technologicznie zdepopulować ludzkość. Taki sam nakład pracy poświęcają banksterskie laboratoria i instytuty badawcze na rozwój technologii służących totalnej kontroli i inwigilacji niedobitków depopulacji. Podobny nakład pracy mają instytucje związane z wynaturzoną eugeniką, inżynierią genetyczną i sztucznym zapłodnieniem. Banksterzy po uczynieniu większości niewolników bezpłodnymi będą „produkować” kolejne pokolenia niewolników w laboratoriach, np. metodą in vitro. Niewolnicy ci przy pomocy inżynierii genetycznej będą genetycznie dopasowywani do prac, jakie im władcy świata wyznaczą.
W ten sposób technika, która kiedyś miała ułatwiać życie ludziom, stała się w rękach banksterów śmiertelnym wrogiem ludzkości.

 

Przygotował: Słowianin

ZŁUDNA MAGIA CYFR – Rozmowa z prof. Aleksandrem Krawczukiem / Aleksander Krawczuk o poganach / Komentarz : Andrzej Szubert

2012-09-09 4 uwag

Poniższy wywiad jest bardzo ciekawy z uwagi na zbliżający się koniec roku 2012 i związaną z tym propagandę tzw. „końca świata”, mającą głównie na celu usprawiedliwienie planowanego „kryzysu” (czyt. złodziejstwa i kradzieży naszych pieniędzy przez międzynarodowych banksterów) w przyszłym roku. I choć artykuł ten dotyczy analizy i oceny wydarzeń związanych z rokiem 2000, to niewiele stracił na aktualności!
Warto by zapoznać się z tym tekstem oraz uczulić i przestrzec ludzi przed kolejną już – po roku 2000, próbą oszustwa i wyciągnięcia od ludzi pieniędzy… Słowianin

Komentarz Andrzeja Szuberta ” Opolczyka ” : No cóż, ja także obawiam się, że banksterzy psychozę „końca świata” wykorzystają do jakiegoś kolejnego podstępu, a być może nawet do wywołania większej wojny. Przy czym zakładam wręcz, że wielu idiotów przyjęłoby to ze swoistą satysfakcją stwierdzając, że jednak się nie mylili i kalendarz Majów mówił prawdę.
Banksterzy coś szykują. To nie ulega wątpliwości. Ciekawi mnie jedynie, czy wygra frakcja zwolenników stopniowej, czy frakcja gwałtownej depopulacji.
W każdym razie dobijanie gospodarek idzie pełną parą i katastrofalny kryzys ekonomiczny – ten wymarzony przez Rockefellera odpowiednio wielki kryzys – nadciąga dużymi krokami.
Z posiadanej przeze mnie wiedzy wynika, że banksterzy planują nawet zainscenizowanie ataku kosmitów na Ziemię. I wtedy ogłoszą to rzeczywiście globalnym zagrożeniem, któremu przeciwstawić może się jedynie globalny rząd posiadające odpowiednie kompetencje. Do realizacji tego giga-oszustwa potrzebują jednak banksterzy przejęcia pełnej kontroli nad Rosją i Chinami. Bo cóż z tego, że NATO ogłosi atak kosmitów, jeśli rosyjskie media stwierdzą, że to fikcja i inscenizacja.

 

ZŁUDNA MAGIA CYFR – Rozmowa z prof. Aleksandrem Krawczukiem

 
„Im szybszy rozwój techniki, tym większe niebezpieczeństwo, że do władzy może dojść polityk o poglądach z epoki głębokiego średniowiecza”
nullProf. ALEKSANDER KRAWCZUK – historyk i pisarz, wielki propagator wiedzy o antyku, profesor w Katedrze Historii Starożytnej Uniwersytetu Jagiellońskiego; w latach 1986-1989 minister kultury i sztuki. Autor licznych książek popularyzujących historię starożytnej Grecji i Rzymu, takich jak „Cesarz August”, „Konstantyn Wielki”, „Poczet cesarzy rzymskich”, „Poczet cesarzy bizantyjskich”.

„Dzisiejszy chrześcijanin w naszym kraju chętnie pójdzie 500 kilometrów w pielgrzymce, ale ze swoim wrogiem nie zrobi ani kroku, bo sprawiedliwości musi stać się zadość i z takim draniem mu nie po drodze!”

 
  Cały świat szalał z powodu nadejścia 2000 roku. A czym ta noc sylwestrowa była dla pana profesora, historyka epoki antyku, który na dzieje ludzkości patrzy z wielkiego dystansu?

  – Niczym szczególnym i myślę, że fascynacja naszego świata zmianą daty powinna teraz być przedmiotem badań socjologów, psychologów, historyków myśli. Ludzie pragną, aby istniały jakieś daty przełomowe, gdyż z tym wiążą się różnego rodzaju nadzieje i lęki. Szaleństwa ostatniej nocy sylwestrowej nie miały w sobie nic racjonalnego. Świat chciał być oszukany i to się stało. Mieszkańcy całego naszego globu ulegli psychozie magii 2000 roku, jako daty przełomowej. Wartość nauki, w tym również historii, polega właśnie na tym, że poprzez pokazanie źródeł historycznych możemy uwolnić się od często różnych bzdurnych wyobrażeń.

  Nie każdy ma przecież szansę przeżycia rocznicy drugiego milenium. Imperium Rzymskie, którym się pan profesor zajmuje, nie przetrwało dwóch tysięcy lat?

  – W połowie III wieku n.e., za panowania cesarza Filipa Araba, obchodzone było pierwsze i ostatnie święto tysiąclecia Rzymu, ale było to to święto wolne od strachów, jakie my ostatnio przeżywaliśmy. W czasach starożytnych ludzie bali się różnych rzeczy, zaćmień słońca, księżyca, potopu, trzęsienia ziemi, ale nie bali się nastania nowych czasów, gdyż to wiązało się z ich stosunkiem do historii. Dla nich czas dostatku już był, najlepiej żyło się w Złotym Wieku i wszystko, co nastąpi, nic lepszego nie przyniesie. My dzisiaj uważamy, że człowiek może kierować wydarzeniami, zmieniać ustroje, uszczęśliwiać ludzi swoimi teoriami. Tymczasem Rzymianie mieli bardzo obojętne podejście do historii. Wszystko, co ma być, to i tak będzie, niezależnie od ludzkiego wysiłku. Inne mieli też podejście do kwestii dat. W życiu codziennym nie numerowano lat, zaczynając od jakiejś daty. Mówiono tylko, że to i tamto stało się, gdy konsulami byli ci i ci, lub cesarzem był ten i ten. Dzięki temu nie ulegali magii cyfr. Tylko w księgach uczonych pojawiały się daty liczone od roku 753 p.n.e., czyli od założenia Rzymu. Rzymianie dzielili historię na okresy uzasadnione konkretnymi faktami. A czy my dzisiaj też nie posługujemy się pojęciami dotyczącymi pewnych epok, mówiąc że to było „za czasów Gomułki”, a tamto stało się „za wczesnego Gierka”? Na przykład dla mnie, jako historyka, wiek XIX to powinny być lata 1815-1914, a wiek XX to okres od 1914 do 1989 roku. Tymczasem my jesteśmy zafascynowani numerologią.

  Rzym upadł, a chrześcijaństwo dotrwało do dwutysiącznego roku i świętujemy go, licząc od narodzenia Chrystusa.

  – Okrągła rocznica urodzin Chrystusa minęła już co najmniej kilka lat temu i od dawna wszyscy historycy wiedzą, że w VI wieku popełniono błąd. Ze względów technicznych nie można tej pomyłki już naprawić i z tym błędem musimy żyć. Nie można przecież przeliczyć całej historii, cofając ją od 4 roku p.n.e., gdyż wtedy mielibyśmy dzisiaj rok 2004. A stało się tak, gdyż pierwsi chrześcijanie przez całe wieki nie badali, kiedy się Chrystus narodził. Dla chrześcijaństwa antycznego najważniejszym świętem był dzień Zmartwychwstania Pańskiego, w którym tkwiła istota wiary. Wiedziano, że urodził się za panowania cesarza Augusta, gdy żył jeszcze król Herod i to im zupełnie wystarczało. Dzisiaj wiemy, że Chrystus urodził się w roku 4 p.n.e., a może nawet kilka lat wcześniej…

  Zresztą dzień narodzin Chrystusa, 25 grudnia, też jest przez historyków kwestionowany?

  – To zupełnie pewne, że nie mógł przyjść na świat z końcem grudnia, choćby ze względu na obecność pasterzy, którzy w okresie zimowym również w tamtejszym klimacie nie wypasają swoich owiec. Dopiero w IV wieku chrześcijanie próbowali znaleźć odpowiedni dzień w kalendarzu dla świąt Bożego Narodzenia. Podjęli bardzo słuszny wybór, ustalając to święto na dzień 25 grudnia, gdyż jest to data przesilenia zimowego, od której dnia zaczyna przybywać. A poza tym 25 grudnia Rzymianie obchodzili dzień Słońca Zwycięskiego. Było to wielkie święto dla wyznawców Mitry. Równocześnie chrześcijanie też często identyfikowali Chrystusa ze słońcem. Poza tym pogańskie święto Słońca poprzedzone było radosnymi Saturnaliami, ludzie bawili się, obdarowywali się prezentami. Wybierając tę datę, chrześcijanom udało się schrystianizować to pogańskie święto. Atmosfera radosnych Saturnaliów też przeniosła się na nasz okres poprzedzający Boże Narodzenie. Dlatego też pod względem kalendarzowym, obyczajowym i religijnym cały czas kontynuujemy tradycje z czasów rzymskich.

  Również powitanie Nowego Roku?

  – Oczywiście. Od 153 roku p.n.e. w dniu 1 stycznia rzymscy konsulowie obejmowali swój urząd i dlatego od tego czasu jest to bardzo ważna data. Dla Rzymu Nowy Rok to nowa kadencja dwóch konsulów.

  Co jeszcze zawdzięczamy Rzymowi w naszej tradycji?

  – O, bardzo wiele. Na przykład to, że nie pracujemy w niedziele. Pamiętamy niedawną dyskusję w naszym Sejmie na temat otwarcia sklepów w niedziele i powoływanie się na tradycję chrześcijańską. Gdybym był w tej kadencji posłem, zapytałbym z sejmowej trybuny, gdzie w Starym czy Nowym Testamencie jest mowa o niedzieli jako dniu wolnym od pracy? Wszędzie mówi się o sobocie, jako siódmym dniu tygodnia, licząc od niedzieli. A zresztą Chrystus był bardzo tolerancyjny do kwestii pracy w tym dniu i, jak to zostało napisane w Ewangelii św. Mateusza, gdy faryzeusze donieśli mu, że jego uczniowie w tym dniu zbierają ziarna, powiedział: „Przecież sabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla sabatu”. Dopiero Konstantyn Wielki, około roku 330, czyli w IV wieku n.e., ustanowił na cześć Boga Słońca niedzielę jako dzień wolny od pracy, zastrzegając jednak, że jeżeli jest to konieczne, można wykonywać niezbędne prace na roli. Ustanowienie wolnych niedziel jest jednym z nielicznych edyktów rzymskich, które obowiązują do dnia dzisiejszego.

  Co jeszcze zawdzięczamy kulturze rzymskiej?

  – Choćby i to, że w kościołach katolickich mamy obrazy i figury. Dawni chrześcijanie nie mieli w swoich świątyniach ani obrazów, ani też rzeźb, gdyż stosowali się do II przykazania biblijnego, które zakazuje oddawania czci jakimkolwiek wyobrażeniom. Kościół dopiero w IV wieku, pod wpływem masowo nawracających się pogan, zaczął tolerować sztukę figuratywną i oddawanie jej czci, co zresztą było powodem wielu sprzeciwów. Pamiętamy chociażby o obrazoburcach w Bizancjum, którzy przez cały wiek niszczyli ikony jako wyraz pogańskiej sztuki. Dzisiaj w prawosławiu są wprawdzie obrazy, ale nie ma figur. Obrazów figuratywnych nie ma w krajach islamskich, u ortodoksyjnych Żydów, protestantów. Ponieważ zabrakło drugiego przykazania, aby było ich nadal dziesięć, podzielono sztucznie dziesiąte przykazanie i dzięki temu mamy dziewiąte – „Nie pożądaj żony bliźniego Twego” i dziesiąte – „Ani żadnej rzeczy, która jego jest”, chociaż stanowić to powinno jedną całość. Stąd też podróżując po świecie, zwłaszcza po krajach protestanckich, trzeba uważać na numerację przykazań, gdyż nie wszędzie poszczególne przykazania mają te same numery, co u nas. Zwolennicy swoistej interpretacji drugiego przykazania przez Kościół katolicki argumentują, że dzięki temu wspaniale rozwinęła się sztuka sakralna.

  Dlaczego tak bardzo interesuje się pan okresem wczesnego chrześcijaństwa?

  – Moim powołaniem jest uświadamianie, jak bardzo jesteśmy rzymscy i dzięki temu potrafimy lepiej zrozumieć chrześcijaństwo. Równocześnie bardzo pragnąłbym, aby współcześni mi ludzie, a szczególnie nasi politycy, którzy podają się za katolików, bardzo poważnie traktowali swoje chrześcijaństwo i zaczęli myśleć kategoriami pierwszych chrześcijan. Dzisiaj nasz polityk-katolik modli się – „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”, po czym od siebie dodaje – „Ale sprawiedliwości musi stać się zadość!”, bo oko za oko, ząb za ząb. Natomiast chrześcijanin antyczny niczego już od siebie nie dodawał. Ja ci wybaczam, a wymierzenie sprawiedliwości zależy od Boga. Postępowano zgodnie z przykazaniem Chrystusa o „zasadzie drugiej mili”, o którym w żadnej współczesnej homilii nie słyszałem. Przecież Chrystus powiedział, że jeżeli ktoś cię przymusza, abyś szedł z nim jedną milę, idź z nim dwie, nie sprzeciwiaj się. Dzisiejszy chrześcijanin w naszym kraju chętnie pójdzie 500 kilometrów w pielgrzymce, ale ze swoim wrogiem nie zrobi ani kroku, bo sprawiedliwości musi stać się zadość i z takim draniem mu nie po drodze! Na tym właśnie polega różnica pomiędzy chrześcijaństwem obecnym a antycznym.

  Wróćmy jednak do 2000 roku. Dla pana profesora, jak zrozumiałem, to żadna ważna data. Ale czy, rzeczywiście, nie musimy się niczego obawiać w nowym tysiącleciu?

  – Jak już powiedziałem, problem roku 2000 nie leży w dacie. Sztucznie rozdmuchano psychozę nadejścia XXI wieku, gdyż był to znakomity biznes. Na euforii związanej z nowym tysiącleciem znakomicie zarobili organizatorzy zabaw, firmy turystyczne, komputerowe, kościoły. Cel został osiągnięty i na własne życzenie świat dał się oszukać i oszalał. Tymczasem poważny problem zmiany epok nie tkwi w numerologii, ale zupełnie gdzie indziej. Tragedią historii jest to, że w tym samym czasie na świecie żyją ludzie z różnych epok i dlatego jedni z drugimi nie mogą się porozumieć, inną mają mentalność, inną psychikę, inne kategorie myślenia i postrzegania. Jedni są już dawno w XXI wieku, a inni myślą jeszcze kategoriami głębokiego średniowiecza, a może nawet paleolitu. Dlatego też, przy tak szybkim rozwoju współczesnej techniki, stało się to niebezpieczne.

  Dlaczego?

  – Człowiek dysponujący łukiem lub kuszą niewiele mógł zrobić krzywdy innym, zabić jedną, dwie osoby. A co się stanie, gdy przy dostępnej obecnie technice wojennej do władzy dojdzie nie intelektualista mający poglądy odpowiadające trzeciemu tysiącleciu, ale człowiek o mentalności średniowiecznego fundamentalisty? Taki człowiek może jednego dnia dojść do wniosku, że należy wymordować wszystkich myślących lub kochających inaczej i to zrobi. Dlatego nie boję się nie mającej żadnego znaczenia zmiany daty, lecz tego, aby w XXI wieku o losach świata nie decydowali ludzie reprezentujący dawno minione czasy. Im szybszy rozwój nauki i techniki, tym zagrożenie to jest większe.

Rozmawiał: Leszek Konarski / 7 lutego 2000 / Źródło: Przegląd
 

Aleksander Krawczuk o poganach

 
  — Moim ulubionym cesarzem jest Marek Aureliusz. Jednak najbliższy jest mi Julian Apostata. Jest to wspaniała postać w historii Rzymu i jedna z najwspanialszych postaci w dziejach Europy. Imponuje mi on nie tylko ze względu na swój stosunek do religii, ale przede wszystkim ze względu na wspaniałe cechy charakteru. Proszę sobie wyobrazić młodego chłopaka, który kocha książki, spokojne życie uniwersyteckie i starą kulturę. Tak jak Krawczuk właśnie. I w pewnym momencie staje on przed zupełnie dla niego niepojętym zadaniem. Musi jechać z Aten do Galii i walczyć z Germanami. Zwycięży albo zginie. I ten człowiek postawiony w sytuacji rozpaczliwej sprawdza się. Dla mnie jest to coś wspaniałego. I jego stosunek do kultury, która była dla niego…religią. Słyszy pan, jak to ładnie brzmi — minister kultury czci człowieka, dla którego kultura była religią! On chciał ratować kulturę antyczną przed zalewem barbarzyństwa zewnętrznego i wewnętrznego. Tym barbarzyństwem wewnętrznym w owych czasach, niestety muszę to powiedzieć uczciwie, przez co narażę się wielu ludziom, było chrześcijaństwo. Cechowało się pogardą lub — w najlepszym wypadku — obojętnością dla dziedzictwa antycznego świata, które nierozerwalnie było związane z kultem bogów.

  — Pan jest wierzący?

  — Proszę pana, ten podział na wierzących i niewierzących jest po prostu bez sensu. Każdy normalny człowiek jest wierzący, bo wierzy w jakieś wartości, które niekoniecznie są uwarunkowane materialnie.
U nas niestety pokutuje bezsensowny podział na wierzących , którzy chodzą do kościoła i niewierzących, którzy są wstrzemięźliwi w tych poczynaniach. Natomiast gdyby pan zapytał mnie, czy ja jestem ateistą bądź marksistą , to w obu przypadkach bym zaprzeczył. I powiem panu coś, co wywoła uśmiech: ja jestem politeistą.
To znaczy, że wierzę w wielu bogów. No i powie pan: Krawczuk zwariował, bo tak się przejął starożytnością, że pewnie pali kadzidło przed Zeusem lub Afrodytą.
To dopiero poganin i grzesznik! Nie. To nie o to chodzi. Wszyscy, którzy są monoteistami wierzą w jednego, doskonałego Boga i zarazem, chcą czy nie chcą, muszą też wierzyć w jego przeciwieństwo, czyli esencję zła. W szatana. Z tej też przyczyny skłonni są dzielić wszystko, co na tym świecie się dzieje — dychotomicznie. Tu jasność, tam ciemność. Ja mam rację , ty jej nie masz, więc trzeba cię niszczyć. I stąd religie monoteistyczne są z reguły swej religiami nienawiści. I to jest zrozumiałe. Bo jeżeli ktoś nie jest po mojej stronie, to służy złu, diabłu i trzeba go wyplenić z korzeniami. Na co zresztą Pismo Święte daje szeroki przyzwolenie. Natomiast my, politeiści, jesteśmy sługami wielu bogów, którzy nie są doskonali. I stąd się biorą sympatyczne cechy politeistycznej religii — wyrozumiałość, łagodny sceptycyzm, naturalna tolerancja oraz pokora wobec ludzi i świata. My przede wszystkim jesteśmy otwarci, bo tak do końca nie jesteśmy pewni czy ten, czy tamten ma rację. Gdyby przybyli goście z kosmosu i chcieliby sklasyfikować ziemskie religie , to zastosowali by zapewne do tej klasyfikacji ewangeliczną zasadę: po owocach nie poznacie je. Oczywiście przedstawiciele wszystkich ziemskich religii uznaliby jedynie swoje za prawdziwe, doskonałe, dobroczynne, itd. Ale nasi goście z kosmosu na pewno by odrzucili te religie, które splamiły się krwią ludzką. Odrzuciliby chrześcijaństwo i islam. Natomiast zaakceptowaliby z tych wielkich religii jedynie jedną czystą — która nigdy nie skalała się krwią ludzką , prześladowaniami, inkwizycją, fanatyzmem, wojnami religijnymi — która ogarnia swoją miłością cały świat wszystkich istot żywych, czyli nie czyni przepaści nie tylko pomiędzy człowiekiem i zwierzęciem, ale nawet roślinami. Tę religią, jak zapewne panu wiadomo, jest buddyzm. I co ciekawe, ten stary czysty buddyzm jest religią bez boga, a więc jakby religią ateistyczną. Czyli odpowiadając na pytanie, czy jestem wierzącym, mógłbym odpowiedzieć: tak, jestem wierzącym politeistą. Ale ja nie jestem buddystą, bo religia ta ma też swoje uwarunkowania historyczne i lokalne, które każą im raczej wyżej stawiać moich sympatycznych dawnych bogów. Pan uśmiecha się, bo dostrzega żartobliwą nutę w moich wypowiedziach.

  — Pokora jest jedną z najważniejszych potrzeb i wyzwań dnia dzisiejszego. Któż to jednak rozumie?

  — I tacy my byliśmy starożytni — pełni pokory. Podczas gdy na przykład wielkie religie są religiami pychy ludzkiej. Według nich cały kosmos został stworzony przez człowieka! Czy pan ogarnia bezmiar tej pychy? Ale tak to jest. Jest to pycha niewiarygodna.

  — Ale czy kosmos można ogarnąć?

  — Jednak te religie twierdzą, że wszystko, absolutnie wszystko zostało stworzone po to, żeby dusza moja czy pańska mogła zaistnieć i być zbawiona. Taki jest ich jedyny sens. Jest to taka pycha, że może nawet to prawda?

  — Czy w pańskiej wierze jest też miejsce dla słowiańskiego Światowida?

Dla Światowida i wszystkich dawnych kultów. Kulty antyczne, pogańskie, śródziemnomorskie i nasze słowiańskie — miały bardzo sympatyczną cechę, o której się zapomina — wszystkie były związane z przyrodą, z kultem przyrody. W wierzeniach tych występują święte gaje, każda gwiazda jest czymś żyjącym i wreszcie u nas, słowiańskich pogan, występują święte drzewa. I przychodzą pierwsze misje chrześcijańskie na nasze ziemie. Od czego zaczynają szerzenie swojej wiary? Od rąbania starych, świętych drzew, którymi poganie składali swoje ofiary. I tu, proszę pana, jest początek katastrofy ekologicznej. Śmieje się pan? Niech się pan śmieje ze starego Krawczuka. Ale ja udowodnię, jak moje racje są głęboko zakorzenione w Starym Testamencie. Tam na samym początku, słowami Boga jest powiedziane: „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Człowiek jest panem wszelkiego stworzenia, jest właścicielem i może robić z ziemią cokolwiek chce. Bo to jest jego, bo mu to Pan Bóg dał. Zupełnie inny był stosunek do ziemi naszych pobożnych pogan. Tak, pobożnych pogan. Można o nich przeczytać w tekstach greckich i rzymskich. Dla Rzymian i Greków chrześcijanie byli ateistami, bo nie uznawali bogów. Chrześcijanie mieli swojego Boga, który dla Rzymian i Greków był Bogiem obcym i chrześcijanin był ateistą, gdyż nie uznawał ich bogów.
Chrześcijaństwo przyniosło ze sobą władczy stosunek do świata. Stosunek pana, a nie współmieszkańca. Podczas gdy dla nas, jeszcze raz podkreślam, pobożnych pogan cały świat jest na równych prawach. I dlatego jestem politeistą.

Za: http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,1062

 

Komentarz Andrzeja Szuberta ” Opolczyka „

 
Krawczuk w kilku miejscach ma rację, ale o Rzymie wygaduje same głupoty.

Pełną rację ma Krawczuk co do nienawistnego charakteru religii monoteistycznych:

“Wszyscy, którzy są monoteistami wierzą w jednego, doskonałego Boga i zarazem, chcą czy nie chcą, muszą też wierzyć w jego przeciwieństwo, czyli esencję zła. W szatana. Z tej też przyczyny skłoni są dzielić wszystko, co na tym świecie się dzieje — dychotomicznie. Tu jasność, tam ciemność. Ja mam rację , ty jej nie masz, więc trzeba cię niszczyć. I stąd religie monoteistyczne są z reguły swej religiami nienawiści. I to jest zrozumiałe. Bo jeżeli ktoś nie jest po mojej stronie, to służy złu, diabłu i trzeba go wyplenić z korzeniami.”

Pełną rację ma on co do owego nieszczęsnego “czyńcie ziemię sobie poddaną”. Tylko, że Krawczuk to kolejny Polak szukający natchnienia i wzorców w imperialistycznym Rzymie zamiast na naszej Słowiańskiej Ziemi, pod świętymi dębami…

To Rzym – czego Krawczuk nie zauważa – sam był barbarzyński, choć nie-Rzymian nazywali Rzymianie barbarzyńcami.
Podboje, zniewalanie dziesiątków ludów i krain to była rzymska racja stanu. W tym w niczym Rzym nie różnił się od późniejszego katolicyzmu czy współczesnego żydo-globalizmu.
Sam kiedyś podziwiałem cesarza-filozofa, stoika Marka Aureliusza. Tylko co to za stoik który akceptuje rzymski imperializm, rzezie na arenach, niewolnictwo… A Apostata nie musiał być cesarzem (mógł korony nie przyjąć) ani jechać na wojnę do Galii. Zresztą, gdyby Galii Rzym nie podbił i nie zniewolił, Apostata nie musiałby tam w ogóle jechać.

To co robił Rzym w Europie, Azji i Afryce nie było niczym innym niż narzucaniem siłą i podbojami komu tylko można Pax Romana. Podbitych bezwzględnie eksploatowano łupieniem skarbów, podatkami i handlem wziętych do niewoli obrońców własnych krajów.
Czym się to różniło od tego, co później robili watykańscy jahwiści narzucając komu się dało Pax Catolica?
Tylko tym, że Rzym nie zmuszał nikogo do własnej religii. Ale zniewalał politycznie, mordował, uciskał i łupił jak jahwiści wieki po nim.

Krytyka nienawistności religii monoteistycznych przez Krawczuka jest jak najbardziej zasłużona.
Imperializm katolicki stał się wręcz ludobójczy. Ale i protestanci brali w chrześcijańskim ludobójstwie udział.
Ponadto protestantyzm, podobnie jak katolicyzm, w barbarzyński sposób traktował świętości podbijanych ludów.

Podam konkretny przykład takiego właśnie barbarzyństwa białych, głównie protestantów, w USA – oto co ta protestancka dzicz zrobiła ze świętymi Górami Czarnymi:

“Pomimo zagwarantowania przez rząd Stanów Zjednoczonych prawa Siuksów do Black Hills traktatami w Fort Laramie z lat 1851 i 1868 oraz wojen Indian Wielkich Równin w obronie ziem plemiennych w latach 60. i 70. XIX w., Góry Czarne stały się stopniowo obszarem amerykańskiego osadnictwa i eksploatacji przemysłowej, a ostatnio także – masowej turystyki.”
http://pl.wikipedia.org/wiki/Black_Hills

To samo, a nawet gorzej robiła biała chrześcijańska rasa z Aborygenami.

Ich świętą górę depczą buciorami turyści.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Uluru

Nie tylko to…

“Rządy Australii aż do połowy lat 60. XX wieku stosowały wobec Aborygenów politykę przymusowej asymilacji i dopiero wtedy wykreślono ich z oficjalnej Księgi Flory i Fauny (uznając ich za ludzi – stworzenia posiadające wolną wolę, zdolność logicznego myślenia oraz tzw. wyższą świadomość – i przyznając im prawa obywatelskie) …”
http://pl.wikipedia.org/wiki/Aborygeni_australijscy#Historia

Biała rasa z żydowskim łbem i otumaniona żydowskimi ideologiami/religiami to najgorsza plaga…

Rzym był nieco lepszy, ale tylko nieco lepszy. O czym minister kultury powinien wiedzieć. Podbite przez Rzym ludy czuły się często jak Polacy pod zaborami.
A pan Krawczuk wychwala zaborcę.

 
Teraz o wywiadzie profesora-ministra

Najbardziej denerwujące u niego jest dla mnie nazywanie obrzezanego cieśli „Chrystusem”. Skoro profesor nie jest jahwistą i jest miłośnikiem pogańskiego Rzymu – to dlaczego używa bzdurnej jahwistycznej terminologii. Jahwiści obwołali sobie Joszue „chrystusem” – i to jest ich sprawa. Niech się do ich obrzezanego „chrystusa” modlą. Tylko dlaczego nie-jahwista tego żyda tytułuje „Chrystusem”. Nie jest to sprawa wbrew pozorom błaha. Pokazuje ona do jakiego stopnia jahwizm zatruł umysły ludzi – miłośnik pogaństwa i Rzymu, profesor i minister kultury jak bezmyślny baran klepie za jahwistami „chrystus, chrystus, chrystus”…

Jest uproszczeniem stwierdzenie, że Rzym dał nam to czy tamto. W rzeczywistości nie Rzym, a żydo-chrześcijaństwo dało nam przywłaszczone przezeń od Rzymu niedzielę czy nowy rok 1 stycznia.
Rzym i tak skazany był na upadek. Imperium zbudowane na krwi, podbojach i niewolnictwie musiało upaść. Gdyby przed upadkiem nie przyjął Rzym żydo-chrześcijaństwa – nie mielibyśmy ani niedzieli, ani nowego roku 1 stycznia. Inną sprawą jest to, że nie mam nic przeciwko wolnej od pracy niedzieli. Lepiej świętujmy pogański dzień słońca niż żydowski szabat.
Nowy rok natomiast powinien wypadać – w moim przekonaniu 21 marca.
Jest to jeden jedyny w roku dzień, kiedy w południe słońce stoi prostopadle nad równikiem. A na naszej półkuli zaczyna się wiosna – czyli nowy roczny cykl. Arbitralne ustalenie nowego roku na 1 stycznia w związku z obejmowaniem urzędu przez konsulów było dobrym rozwiązaniem dla Rzymu, ale dla nas nie powinno to mieć żadnego znaczenia.
Dla mnie zresztą emocjonalnie zawsze rok zaczynał się wiosną. A nie 1 stycznia.
Natomiast z tego, że żydo-chrześcijaństwo od Rzymu przejęło rzeźby i obrazy – nie ma co Rzym być taki dumny. W Częstochowie nie byłoby czarnej żydówki-madonny. Od Rzymu przejęło też żydo-chrześcijaństwo „rzymską szubienicę” – co Rzymowi chluby nie przynosi.

Do okrągłych arbitralnych dat nie przywiązywałem nigdy wagi. Już b. dawno zauważyłem, że są one bzdurne. Skoro nie wiadomo, kiedy Joszue się urodził – to jak można liczyć czas od „jego urodzin”. A ponadto – co mnie jego urodziny obchodzą. Chińczycy mają inny kalendarz. Jahwiści muzułmanie też (u nich jest teraz coś ok 1400 rok). A u nas Słowian jest teraz rok 7520.

Przy czym profesor przeoczył jedną sprawę. Rok 2000 nie był początkiem nowego tysiąclecia. Był ostatnim rokiem drugiego tysiąclecia. Trzecie tysiąclecie zaczęło się wg. kalendarza obowiązującego na zjudaizowanym zachodzie 1 stycznia 2001 roku.

Nie wiem też, kogo ma na myśli profesor używając określenia „intelektualista mający poglądy odpowiadające trzeciemu tysiącleciu”.
Przecież intelektualiści byli prawie zawsze i prawie wszyscy na usługach rządzących. To intelektualiści wszystkich epok pracowali nad lepszą bronią dla ich władców. Robił to geniusz matematyki starożytnej Archimedes, robił to geniusz renesansu Leonardo da Vinci. Robili to genialni fizycy w XX wieku – budując bomby atomową, wodorową, neutronową.

Intelektualiści rozkochani w czczeniu i hołubieniu ich własnych rozumków i pomysłów to niebezpieczna kasta poprawiaczy i ulepszaczy Natury. Ja wolę już „prymitywnego dzikusa” niż jajogłowego intelektualistę.
U wielu plemion murzyńskich np. istniał w przeszłości zwyczaj zamykania kobiet i dzieci wszystkich walczących ze sobą plemion w otoczonej palisadą wiosce. Wojownicy mieli zakaz zbliżania się do takiej wioski na odległość głosu piejącego koguta. Wojownicy zabijali się więc nawzajem skolko ugodno, ale kobiety i dzieci obu stron były bezpieczne i nie cierpiały z powodu działań wojennych.
Dlaczego intelektualiści nie wymyślili czegoś podobnego w cywilizowanym świecie białego człowieka?

Zachwytu profesora nad Rzymem nie jestem w stanie zrozumieć. Z punktu widzenia garstki patrycjuszy była to piękna cywilizacja. Z punktu widzenia milionów podbitych nie-rzymian, mas niewolników pozbawionych jakichkolwiek praw i gladiatorów szlachtowanych ku uciesze motłochu Rzym aż taki wspaniały nie był.
 

ZOBACZ TEŻ :

Nieustający triumf mitologii żydowskiej ( z komentarzem Andrzeja Szuberta ) :
http://opolczykpl.wordpress.com/2012/08/22/nieustajacy-triumf-mitologii-zydowskiej/

Jestem głosicielem radosnej nowiny – Rozmowa z prof. Aleksandrem Krawczukiem : http://epafroditos.blogspot.com/2009/12/jestem-gosicielem-radosnej-nowiny.html

” Pogański ” duch Europy :
http://epafroditos.blogspot.com/2008/03/pogaski-duch-europy.html

Powrót do pogańskich korzeni … ( Andrzej Szubert o sobie ) :
http://opolczykpl.wordpress.com/2012/05/21/powrot-do-poganskich-korzeni/

Ojczysty Panteon i ojczyste spory :
http://pl.wikipedia.org/wiki/Kategoria:Mitologia_słowiańska

Kategorie:Edukacja, Ezoteryka, Historia, Kultura, Nauka, Polityka, Religia, Uncategorized, Wiadomości, Świat Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

FILOZOFIA JANA STACHNIUKA / Etos pogański vs chrześcijański

2012-08-20 4 uwag

Jan Stachniuk (1905-1963) jest w Polsce myślicielem mało znanym – celowo przemilczanym. Nie znajdziemy jego nazwiska w encyklopedii. A to za sprawą antykatolickiego światopoglądu, którego był gorącym orędownikiem przez całe swoje życie. null Jego zdaniem degrengolada narodu polskiego spowodowana jest przez katolicyzm ze swoim systemem wartości – sięga okresu, kiedy na ziemiach polskich zwyciężyła kontrreformacja. Ten stopniowy upadek narodu i państwa polskiego można dostrzec najlepiej, kiedy porówna się linie rozwojowe narodów opanowanych przez formację katolicką, z jej systemem wartości (przyjętych jako wartości narodowe) – oraz tych, które wyzwoliły się spod totalnych wpływów Kościoła katolickiego (narody protestanckie).
Przez ignorantów z prawej i lewej strony sceny politycznej Stachniuk określany był jako “komunista“ bądź “faszysta“. Nie był ani jednym, ani drugim. Był natomiast zdeklarowanym humanistą i panteistą.
Nie był komunistą, bo za sprawą komunistów właśnie stracił zdrowie – po jego uwięzieniu w 1949 roku. Zarzucano mu wówczas poglądy antysemickie i faszystowskie, gdyż przed wojną stworzył ruch polityczny o charakterze nacjonalistycznym pod nazwą Zadruga. Bardziej jednak niż Żydów Zadruga atakowała katolicyzm i chrześcijaństwo w ogóle, który nazywano “młodojudaizmem“. Stąd brał się zarzut ze strony obozu katolickiego w Polsce o “neopoganizm“ Stachniuka i stworzonego przezeń ruchu.
Co prawda ideowo Zadruga była nieco zbliżona do tradycyjnego nurtu polskiego nacjonalizmu z początku wieku XX (ruchy nacjonalistyczne pojawiły się w tym okresie we wszystkich narodach katolickich jako reakcja na przewagę narodów protestanckich w świecie), kiedy powstawały takie dzieła, jak “Egoizm narodowy wobec etyki“ Zygmunta Balickiego czy “Myśli nowoczesnego Polaka“ Romana Dmowskiego[1]. Jednak późniejsza ewolucja obozu narodowego – w kierunku jego katolicyzacji w okresie międzywojennym – z naczelnym hasłem “Bóg i Ojczyzna“ – nie była do przyjęcia ani przez Stachniuka, ani przez innych członków stworzonego przezeń ugrupowania[2]. Stąd trzeba zgodzić się z opinią, że Zadruga była nie tylko alternatywnym ruchem o charakterze narodowym w stosunku do katolickiego obozu narodowego, ale i całkowitą antytezą tejże formacji narodowo-katolickiej[3]. Z tym, że jej oddziaływanie i społeczna propaganda – w porównaniu z tradycyjnym obozem narodowym – było niewielkie przede wszystkim ze względu na swój wojujący antykatolicyzm.

 
Teoria wewnętrznego rozwoju Polski
– historiozofia według Jana Stachniuka.

“DZIEJE BEZ DZIEJÓW. Teoria wewnętrznego rozwoju Polski“ – to fundamentalna praca Jana Stachniuka (wydana w Warszawie 1939 roku)[4]. Zawiera ona nie tylko jego poglądy na “paradoksalnie bez dziejowe“ dzieje Polski, ale i “próbę wykrycia sił sprawczych, leżących u podstaw przeżywanej epoki. Stąd podtytuł książki: “Teoria rozwoju wewnętrznego Polski“[5]. Jak sam autor przyznaje, “Dzieje bez dziejów“ zrodziły się z postawy buntu wobec dziejów, którym brak znamion wielkości. (…) Praca (…) ta jest szeroko zakrojoną próbą uchwycenia w zwarty system myślowy rozlicznych powikłań, składających się na całość naszego życia zbiorowego w latach 1600-1950 (…)“[6].
Stachniuk narzekając na “bezproduktywne banały naszej oficjalnej nauki historii“, “komunały na użytek chwili preparowane“, starał się sięgnąć do “źródeł, skąd wyrastają siły istotnie czynne w rozwoju Polski“[7]. Jednocześnie podkreśla, że są one “duchowej natury“ i “pod ich działaniem rodzą się nieubłagane a ponure procesy, których nieodwracalność, tak długo jak długo czynne są te siły, jest niemożliwa“[8]. To implikuje – zdaniem autora – “konsekwentną postawę najgłębiej sięgającego rewizjonizmu“ oraz “postawę buntu wobec treści duchowych, które powszechnie zwykło się uważać za najwyższe na skali wszelkich wartości“[9].
W przedmowie do swej pracy Stachniuk wyraża nie tylko zdecydowaną wolę walki z “prawdami trwającymi od wieków w sklerotycznym zastoju“, ale ma też świadomość oporu z jakim spotka się jego idea – radykalnego i bezkompromisowego rewizjonizmu tradycyjnych wartości. Nie robił sobie także złudzeń co do tego, by jego przemyślenia rzucone na kartach “Dziejów bez dziejów“, wywołały jakieś natychmiastowe wstrząsy. Pisze, iż “co najmniej śmiesznym byłoby oceniać tę pracę według kryteriów, jakie narzuca bieżąca chwila. Tu raczej należy baczyć, by zachłyśnięcie się bieżącą chwilą nie stało się narzędziem tych sił, które kierowane swym pasożytniczym zmysłem, chwytają każdą okazję dla utwierdzenia się i zwiększenia swego żeru. Te to bowiem siły najczęściej szczują hasłem: “Polska nie ma czasu“[10]. Stachniukowi chodzi oczywiście o obrońców tradycyjnych wartości; przyjętych jako wartości rodzime, polskie, ale tak naprawdę o obcej proweniencji (chrześcijaństwo w wersji rzymskokatolickiej).
Autor przyznaje, że jego dzieło może spowodować krańcowo odmienne postawy psychiczne – także pesymistyczne. Nie zgadza się jednak całkowicie z tym potencjalnym, aczkolwiek – jego zdaniem – fałszywym zarzutem o skrajny pesymizm; jak przyznaje, jego intencje były wręcz odwrotne[11].

Przedmiotem “teorii rozwoju wewnętrznego Polski“ jest oczywiście historia polskiego narodu. W rozdziale pierwszym zatytułowanym “Historia narodu jako przedmiot teorii“, autor podkreśla, że “r z e c z y w i s t o ś ć p o l s k a, w i d z i a n a o c z a m i ż y j ą c e g o p o k o l e n i a j e s t t a k a, j a k ą j ą s t w o r z y ł n a r ó d w y s i ł k i e m p o k o l e ń u b i e g ł y c h i t e g o, k t ó r e a k t u a l n i e p o z i e m i n a s z e j s t ą p a“[12]. Stachniuk dystansuje się od tych wszystkich poglądów, które podkreślają decydującą rolę warunków biologicznych, geograficznych, geopolitycznych, klimatu itd.; winą za klęski narodu obarczają czynniki zewnętrzne, niekorzystne okoliczności etc. Pisze: “wpływy zewnętrzne, wyciskające swoje piętno na polskiej rzeczywistości, nie zmieniają istoty rzeczy, gdyż rozpatrywać je należy jako warunki dane, wśród których przebiegała aktywność życiowa licznych pokoleń, składających się z milionów jednostek. Narody ościenne, ich zasięgi i oddziaływania historyczne należą do tej samej kategorii zjawisk, jak klimat, gatunek gleby, roślinność, ukształtowanie powierzchni, system rzek. Naród, pojmowany jako ciąg pokoleń, działać musiał wśród tych okoliczności, dzięki czemu aktualna rzeczywistość cywilizacyjna jest wynikiem tego działania, produktem zachowania się życiowego setek milionów istnień zarówno już zmarłych, jak i żyjących. Wszystko, co się składa na “teraz“ jest sumą zobiektywizowanych aktywności życiowych niezliczonych milionów jednostek. Jutro zaś będzie takim, jakim je stworzą członkowie narodu polskiego żyjący “dziś“ [13]. Tym samym autor “Dziejów bez dziejów“ odcina się od teorii rozmaitych determinizmów, m.in. geograficznego i środowiskowego, podkreślając rolę światopoglądu, religii jako czynnika konstytuującego postawę życiową poszczególnych jednostek i narodu jako całości[14]; podkreśla przy tym mocno rolę “charakteru narodowego w stwarzaniu dziejów“[15].
Stachniuk zdecydowanie odcina się od rasizmu – jest to ważne, ponieważ “Dziejom bez dziejów“ stawiano zarzut, m.in. kopiowania rasizmu niemieckiego, a Stachniukowi wzorowanie się na nazistowskim mistyku Rosenbergu. Tak na przykład w czasie wojny ukazała się nakładem Frontu Odrodzenia Polski broszura Zofii Kossak pt. Po dyktandem Berlina[16]. Autorka komentuje w niej fakt drugiego wydania przez władze okupacyjne pracy Stachniuka. Co oczywiście świadczy jej zdaniem tylko o jednym, że Stachniuk jest “dywersantem niemieckim na usługach Berlina“[17], kopiującym wzorzec hitlerowski. Tymczasem w “Dziejach bez dziejów“ nie ma nawet zdania, które potwierdzałoby słuszność tych zarzutów (o naśladownictwo nazizmu).
Stachniuk zauważa natomiast, iż często na idee rasistowskie – na to, że rasa mogła zdecydować o polskim charakterze narodowym, powołują się ludzie stojący na stanowisku wybitnie wrogim wszelkiemu rasizmowi. “Szczególnie częstym jest – pisze on – twierdzenie przedstawicieli katolickich, którzy w obronie przed zarzutem, iż katolicyzm stworzył polski charakter narodowy, a tym samym i upadek narodu, głoszą, iż to nie katolicyzm zdegradował naród, lecz właśnie naród polski zdegradował katolicyzm“[18]. Stąd wniosek, że istnieje coś takiego jak “rasa polska“ jako źródło “istniejącej rzeczywistości polskiej“. “Mielibyśmy więc – naigrywa się Stachniuk – odrębny rasowy typ polski, typ rasy polskiej, która stworzyła upadek narodu w ostatnich trzech stuleciach, czemu nie mógł przeciwstawić się zwycięski, coraz potężniejszy katolicyzm. Nawet pomimo ogromnego rozrostu tegoż katolicyzmu zgubne skutki, sprawiane przez “rasę polską“, nie mogły być zneutralizowane“[19].
Zdaniem autora “Dziejów bez dziejów“ “bajdurzenie o polskiej rasie nie wytrzymuje krytyki“, gdyż “n i e m a p o d s t a w d o t w i e r d z e n i a, i ż c h a r a k t e r n a r o d o w y p o l s k i w y r ó s ł z r a s y, i ż j e s t o d b i c i e m d u s z y r a s o w e j“[20].
Stachniuk przytacza opinię Dmowskiego, który w swych “Myślach nowoczesnego Polaka“ zwrócił uwagę na to, że Prusacy to “potomkowie wspólnych nam przodków lub bliskich ich krewniaków“, a także “w ogromnej liczbie czystej krwi Polaków“. I ten sam “materiał“ – tylko poddany innym wpływom – “innej szkole państwowej, dał tak silny, żywotny, tak czynny politycznie naród, że zdołał on zorganizować całe Niemcy“[21].
Autor “Dziejów bez dziejów“ na zakończenie swych rozważań o “rasie polskiej“ zauważa – nie bez pewnej dozy ironii – że “rzekoma “rasa polska“ (…) dziwnie przylgnęła do prawd katolicyzmu. To samo widzimy w Hiszpanii, Portugalii, i w historii Włoch. Wynikałoby stąd, iż mniej wartościowe rasy – polska, hiszpańska, włoska – ciążą do katolicyzmu. Wobec tego oddalanie się od katolicyzmu, całkowite z e r w a n i e z n i m ś w i a d c z y ł o b y o t y m, i ż n i e n a l e ż y s i ę j u ż d o r a s y “n i ż s z e j“. Bunt przeciw katolicyzmowi musi być za tym dziełem tych elementów “rasowych“, które są pozbawione obciążeń niższości“[22].
W dalszej części swoich wywodów Stachniuk odpiera zarzut jakoby na charakter polski miało decydujący wpływ: środowisko geofizyczne[23]; typ zajęć i form życia gospodarczego[24]; czy instytucje społeczno-polityczne[25]. Jednocześnie zwraca uwagę na to, że tak “bardzo rzadko (…) możemy usłyszeć zdanie, iż charakter narodowy polski jest ukształtowany przez pewne czynniki duchowe. O tym, iż polski charakter narodowy, taki jaki on jest, jest równoznaczny z typem kulturalnym opartym o pewną zwartą konstrukcję światopoglądową, mówi się bardzo ostrożnie“[26]. Konkludując autor “Dziejów bez dziejów“ stwierdza, że “p o l s k a d u s z a z b i o r o w a, p o l s k i c h a r a k t e r n a r o d o w y, t a k i j a k i o n j e s t o d c z a s u p e ł n e g o z w y c i ę s t w a k a t o l i c y z m u w P o l s c e w XVI w., j e s t d z i e ł e m k a t o l i c y z m u“[27].
O tym, że katolicyzm stanowi istotę polskości potwierdza także wcześniej cytowany Dmowski[28], z tym, że z tego faktu wyciągał on całkowicie przeciwne wnioski aniżeli Stachniuk.

 
Część II

Stachniuk przeciwstawia postawę wegetatywną (wspólna całemu życiu organicznemu) – postawie heroicznej (właściwej tylko człowiekowi). “Postawa wegetatywna – pisze – jest wspólna całemu życiu organicznemu; przecina ona duchowość człowieka w ten sposób, iż życie uczuciowe i aparat umysłowy jest jakoby czymś niepotrzebnym. (…) Ponieważ człowiek posiada jeszcze życie psychiczne, tj. procesy uczuciowe i intelektualne, więc też w rytmie wegetacji muszą one być dostosowane, uciszone i włączone do ogólnej harmonii. To dostosowanie da nam lirykę wegetacji, lirykę trawienia w takim lub innym systemie kontemplacji. Wgłębienie się w wegetację dać musi zjawisko ucieczki od świata zewnętrznego, materialnego, wrogość doń, niechęć do kontaktu z nim, a więc niechęć do pracy, woli mocy, potęgi, wysiłku itp.
Postawa heroiczna jest przeciwstawieniem tego wszystkiego. Rozsadza ona rytm wegetacji. Aparat psychiczny, zamiast zamierać w liryce trawienia, w dziwach kontemplacji, staje się potężnym narzędziem opanowania żywiołów materialnych, oraz żywiołów, składających się na istotę człowieka. Postawa heroiczna ma strzałkę kierunkową wręcz przeciwną niż rytm wegetacji. Człowiek tą postawą opanowany, zamiast podporządkowywać się wegetacji, dąży do jej opanowania, do realizacji mitu wszechpotęgi[29].
Analizując sytuację Polski Stachniuk nie kryje, że “współczesne życie polskie jest rażącym zaprzeczeniem tego wszystkiego, co w duszy czującego narodowo Polaka wiąże się z odczuciem Wielkości. (…) Pomijając przeraźliwą nędzę materialną, niesłychanie niski poziom cywilizacyjny całości życia narodowego, n a j b a r d z i e j u d e r z a j ą c ą, n a j d o t k l i w i e j d a j ą c ą s i ę o d c z u ć j e s t n ę d z a d u c h o w a, m o r a l n a, n i e s a m o w i t e u b ó s t w o ż y c i a u c z u c i o w e g o“[30]. Stąd też “r o d z i s i ę n a k a z ś w i a d o m e g o w p ł y n i ę c i a n a t ę r z e c z y w i s t o ś ć, przekształcenia jej według posiadanego wzorca, będącego wykładnikiem naszej postawy wobec życia“[31].
Stachniuk analizuje cywilizacje wyrosłe z “postawy wegetacji“, wskazując na cechy wspólne – wydawałoby się najbardziej odległych od siebie systemów społeczno – kulturalnych i religijnych: “Buddyzmu, Braminizmu, starego Judaizmu, młodego Judaizmu (chrześcijaństwa), Konfucjonizmu, Mahometanizmu itp.“[32]. Ujmują one życie jako coś, “co jest bez reszty zamknięte w ramach sztywnych praw“ – pisze – a różnice występujące pomiędzy nimi “są barwną zasłoną utkaną z jaskrawych szczegółów drugorzędnych. (…) Różnice w sposobie łagodzenia strachu przed nicością, przed nieubłaganą “śmiercią“, rozmaite sposoby zwalczania i duszenia buntujących się mocy są czymś, co najbardziej się rzuca w oczy, aczkolwiek są to już rzeczy nieistotne, wtórne“[33].
W odróżnieniu od systemów wegetatywnych postawa heroiczna “pcha człowieka ku twórczości, ku władztwu nad żywiołami“; w systemie tym nie do pomyślenia jest izolowanie się jednostki od społeczeństwa. Twórczość człowieka powinna przebiegać według nakreślonego wcześniej planu, “linii rozwoju dziejowego“. “Jednostka jest na posterunku, na którym ktoś przed tym był czynny i dzieło doprowadził do pewnego punktu, od którego ona ma działać w sposób określony danymi warunkami. Jest to problem mitu, problem planu akcji dziejowej, rozwijającej się, przechodzącej swoje fazy, a więc zmiennej, gdzie o “odwiecznych zasadach“ mówić jest rzeczą śmieszną. Jest to ciągłość i zmienność, napięta myśl i wola, wytężenie i przystosowywanie się do logicznie nadążających zmian. Człowiek jest specjalną komórką, spełniającą doniosłe funkcje w milionowym organizmie społecznym, ewoluującym ku swym celom, etapami których jest narastająca moc i potęga[34]
Zdaniem Stachniuka “wielkość w dziejach jest niesłychanie rzadkim zjawiskiem. (…) Epoki owiane duchem wielkości są niesłychanie nikłym wycinkiem“[35]. Przy czym cały nasz dorobek zawdzięczamy światu antycznemu wraz z epoką porenesansową, tj. ok. 1000 – 1500 lat, a więc 40 – 50 pokoleń, gdy tymczasem “ród ludzki istnieje na globie ziemskim według obliczeń antropologów około 1000 000 lat, a więc około 30 000 pokoleń (…)“[36]. Podstawą tych wszystkich przemian cywilizacyjnych, dokonujących rewolucyjnego przełomu w dotychczasowej wegetacji, jest heroiczne ustosunkowanie się do bytu – heroizm, który u nas przyzwyczajono się kojarzyć – twierdzi Stachniuk – “z konikiem, szabelką, orderem, biodrzastą dziewczyną, nie zaś z napiętą wolą całego życia, prozaicznym zajęciom oddanego, jednak porządkującego świat na swoim drobnym odcinku według wewnętrznej wielkiej wizji, szarego, bezimiennego człowieka. (…) Każda wielka epoka to przede wszystkim zagadnienie m i t u. Mit jako plan akcji dziejowej, narzucający jednostce sposób zachowania się w jej codziennym życiu w najbardziej szarych zabiegach, a jednocześnie wiążący je w oczywisty i wyraźny węzeł z najwyższymi ideałami, nadający każdej chwili trwania głęboki sens, otaczający je aureolą najwyższego piękna, jest tym mechanizmem społecznym, który stwarza ujście dla postawy heroicznej, daje możliwość jej obiektywizacji. (…)
Postawa heroiczna jest to wola twórczości; ta zaś nie może się ograniczyć do wymiarów “duszy“, lecz musi uruchomić elementy świata zewnętrznego, rzucić pomost do żywiołów człowieka otaczających i wraz z jego natura psychofizyczną traktować wszystko razem jako tworzywo“[37]. Stachniuk odcina się jednak od materialistycznego pojmowania świata i jego zjawisk, przekonuje, że każda twórczość ujawnia tylko swoje zewnętrzne przejawy – ich ład, ukryta natomiast pozostaje siła duchowa, która tkwiła u jej źródeł. Krytykuje więc Karola Marksa za to, że, uchwycając prawidłowość w ruchu “e l e m e n t ó w m a t e r i a l n y c h wiru gospodarstw kapitalistycznego“, popełnił “zasadniczy błąd, mszczący się na tych, którzy, próbowali w oparciu o tę koncepcję przebudowywać świat“[38]. Marks nie dostrzegał bowiem “tych sił duchowych, które na podobieństwo motoru cały ten zawrotny ruch sprawiały“[39]. W innym miejscu autor “Dziejów bez dziejów“ chwali “kapitanów przemysłu“, twórców kapitalizmu i imperiów nowoczesnych jako reprezentantów heroicznej postawy wobec bytu[40]; nie ma nic przeciwko sprowadzeniu klasy proletariackiej do “rzędu towarów, a więc czynnika czysto materialnego“[41], co przecież oburzało twórców komunizmu.
Jak przekonuje Stachniuk warunkiem powodzenia obiektywizacji postawy heroicznej wobec bytu, która zawsze jest elementem stałym (to tylko świat pod jej wpływem ulega przemianom) jest skonstruowanie mechanizmu złączenia żywiołów psychicznych tkwiących w człowieku z elementami świata zewnętrznego. Przy czym “wszystkie elementy składowe są czymś oryginalnym. Tyczy to stanu cywilizacyjnego, kulturalnego (techniki, gospodarstwa, świata pojęć i wyobrażeń), jak i podłoża geofizycznego. Pomiędzy wolą twórczości ożywiającą jednostkę, a tymi elementami musi być rzucony system pasów transmisyjnych, jako warunek narzucenia człowiekowi wytężonego rytmu. Rzem stanowi to mit“[42]. Mit jest “planem akcji zbiorowej, wytycza tor aktywności dla całej grupy, a także dla każdej jednostki“[43]; organizuje życie całej zbiorowości, wskazując na głęboki sens nawet najbardziej prozaicznych czynności, które przybliżają poszczególne jednostki, jak i całą zbiorowość – do “płomiennie upragnionej wizji“. Zadaniem systemu wychowawczego jest reprodukowanie właściwego typu przeciętnej społecznej, który odpowiada ideałowi heroicznej postawy wobec bytu[44]. Postawa taka miałaby więc ożywiać całą zbiorowość – bez żadnych wyjątków.
Jak twierdzi Stachniuk “ta sama postawa woli twórczości może dać różne style twórczości, różne typy cywilizacji. Pochodzi to stąd, iż środowisko w które włącza się wola twórczości, jest z zasady produktem jemu tylko właściwego rozwoju historycznego. Cała historia danej grupy narodowej, będąca czymś nieskończenie oryginalnym, jest w pewnym momencie zasadniczym czynnikiem dokonywującego się złączenia elementów w syntezę. Stąd też wielość mitów narodowych naszej epoki“[45]. Zdaniem autora “Dziejów bez dziejów“ przykłady takiej postawy charakteryzującej się wolą twórczości odnajdujemy w cywilizacji grecko-rzymskiej, która jednak uległa “bakcylowi judejskiemu“ – upadła, rozsypała się “na elementy składowe, na wegetujące w pustelni takich, lub innych otok, izolowane persony“[46]. Następnie po upadku Imperium Zachodniorzymskiego “chrześcijaństwo, ogarniając Germanów, jest w stosunku do nich jako barbarzyńskich zdobywców słabe i nieporadne. Na wiele rzeczy, acz niechętnie, musi się zgodzić. Wiele cech tych ludów, ich obyczajów, tradycji chrześcijaństwo musi respektować, zgodzić się na ich zachowanie, mimo iż z ideałami ewangelii nie są zgodne“[47]. Jak widać temu okresowi (średniowieczu) w dziejach Europy i świata Stachniuk odmawia znamion wielkości. Wszystko, co było wartościowe i zdrowe – jego zdaniem – nie miało nic wspólnego z chrześcijaństwem; to raczej chrześcijaństwo musiało pogodzić się z wielu rzeczami przeciwnymi duchowi ewangelii. Trudno nie przyznać racji autorowi “Dziejów bez dziejów“. Duch bowiem, który ożywiał nawet wyprawy krzyżowe, kojarzące się nam z tą epoką, nie pochodził z ewangelii. Trudno bowiem byłoby powoływać się krzyżowcom na słowa Chrystusa, który mawiał, iż “kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie“, lub zalecającego nadstawianie drugiego policzka – nieprzeciwstawianie się złu.
W tym samym średniowieczu pojawia się także problem Słowiańszczyzny. “Kompromisy są tu zbyteczne – pisze Stachniuk – gdyż w oparciu o siłę oręża całej zachodniej – od paru wieków już chrześcijańskiej – Europy można spróbować pełnej chrystianizacji. Tam gdzie Słowiaństwo ulega chrześcijaństwu, nic nie pozostaje z jego dorobku cywilizacyjnego, z jego samorodnej, oryginalnej kultury. Sławia jest przeznaczona na kolonię chrześcijaństwa w najczystszej postaci. To co nie ginie od miecza wyznawców krzyża, nie spłonie na stosie, jest już czysto chrześcijańskie“[48]. Stąd samodzielny rozwój cywilizacyjny Słowiańszczyzny uległ zmąceniu. “Z postaw wegetacji wydedukowany system duchowy – chrześcijaństwo, niszczy cywilizację antyczną, nie pozwala jej przyjść do siebie, a na jej gruzach zakłada swoje niepodzielne władanie. W ramy tego systemu zostają wciągnięci Słowianie. Młodszość cywilizacyjna mści się na nich okrutnie. Ludy romańskie i germańskie, ogarnięte przez chrześcijaństwo o parę wieków wcześniej, w rękach kościoła służą jako narzędzia do zniszczenia rdzenia duchowego kultury Słowian. (…) Tradycja ulega całkowitemu zerwaniu. Dzieje plemion lechickich rozpoczynają się od dnia chrztu, od r. 966. Ni mniej ni więcej. Wszystko co istnieje przedtem jest obce. Nie zachowują się nawet nazwy dawnych bogów, obrządków, wierzeń. (…) W starciu zbrojnym z zachodnią, chrześcijańską Europą, przegraliśmy. Zostaliśmy zepchnięci na linię rozwoju, u podstaw którego leżą zasady wegetacji. Zasady te dokonały w rasowej duszy lechickiej spustoszeń dogłębnych. Skutki ich zaważyły w dziejach przełomowego wieku XVI“[49]. Stachniuk jest przekonany, że zniszczenie “tysiącletniego rozwoju kulturalnego Słowiańszczyzny“ okaleczyło duchowo słowiańskich przodków Polaków. Katolicyzm jednak nie mógł od razu narzucić swego “stylu duchowego, tym bardziej, iż w parę wieków po tym sam zaczął ulegać rozkładowi. Rozkład średniowiecza i powolne choć głębokie gnicie katolicyzmu, upadek papiestwa, pozwala Polsce na odbudowę swych sił. Dzielność Lechitów, ich żywotność, acz pozbawiona jakiegoś zwartego trzonu duchowego, żłobi sobie ujście na zewnątrz. Polska dźwiga się cywilizacyjnie, politycznie i gospodarczo[50]“. Jednak po tym okresie bujnego rozwoju następuje załamanie, a “życie polskie osiąga swój ideał w epoce saskiej“[51]. Ponowne “dążenie do utraconej harmonii saskiej“ następuje po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. Stachniuk przewidywał, że gdyby nie “nacisk z zewnątrz i przykre skojarzenia z czasów niewoli, wywołujące ruchy przeciwdziałające, to już około 1950 r. stan epoki saskiej w głównych rysach byłby urzeczywistniony“[52].
Stachniuk wskazuje rok 1600 jako datę przełomową w historii Polski, aczkolwiek umowną. W tym to okresie Kościół katolicki “dynamizuje się“ i “zdobywa z powrotem wiele straconych pozycji (…) agituje, ogarnia system wychowawczy, preparuje pogląd na naszą historię, narzuca nam swoje “misje“ jako zadanie narodowe itp.“[53]. Katolicyzm włączył się w “konstelację życia zbiorowego narodu“ – pozornie nie zmieniając “konstelacji zastanej“. Dokonał się wówczas – twierdzi autor “teorii wewnętrznego rozwoju Polski“ – “n a j g ł ę b s z y przewrót w życiu narodu“, który jednak “uszedł łatwo uwadze badaczy historii“[54].
Cały omawiany okres w historii Polski (od XVI w. do 1950 r.) – jak przekonuje Stachniuk – nie tylko “s t a n o w i w n a s z y c h d z i e j a c h z a m k n i ę t ą, o d r ę b n ą c a ł o ś ć“[55], ale, i co ważniejsze, jest to “i d e a l n y n i e o m a l p r z e b i e g e k s p e r y m e n t u d z i e j o w e g o, w y p r ó b o w a n i e t o t a l n e j k o n c e p c j i k a t o l i c k i e j i j e j m o ż l i w o ś c i n a ż y w y m o r g a n i ź m i e n a r o d o w y m“[56].

 
Myśli Stachniuka

1. Wola zrodzona z napięcia uczuciowego tylko wtedy zaważyć może na przebiegu historii, gdy wesprze się silnie o intelekt.

2. Złoża duchowe dają energię, skuteczność działania zapewnia poznanie.

3. Poznanie określa ściśle cel i warunki jego realizacji.

4. Historia, tak jak czas, nie zna przerw.

5. Każdy rzut w przyszłość posiada głębokie uwarunkowania w czasach minionych, jak i obecnie przeżywanych.

6. Poznanie, wykrywając związki przyczynowe przebiegających zjawisk życia zbiorowego, daje możność świadomego oddziaływania na tok dziejów po myśli naszych pragnień i wyznawanych ideałów.

7. Narody zawsze od dogłębnych przewartościowań duchowych rozpoczynały swoje wielkie epoki; gdy ich nie stało, następowały nieubłaganie okresy bez dziejów.

8. Optymistą wydaje się być ten, kto wyrastając ponad komunały niedomówień, zwały tchórzliwych przemilczań, czy uznane powszechnie fikcje, szuka prawdy, choćby najbardziej bolesnej, by w oparciu o nią realizować wolę upragnionych zmian.

9. Na sztandarze naszej walki nie ma miejsca na słowo: katolicyzm. Nonsensem jest przypuszczać, byśmy swoje życia oddawali tego rodzaju celom. Tylko patentowani obrońcy uznanych “wiecznych prawd“ mogą uważać katpolicyzm za coś czemu warto się poświecić, już to walcząc z nim, już to go broniąc. Zbyt cenimy swoją wartość, by w naszym stosunku do katolicyzmu przekroczyć właściwe proporcje. Katolicyzm nadęty jest swoimi własnymi kryteriami wartościowania. Nasze kryteria są inne, stąd nie urzeka nas jego “moc“. Przedmiot naszych zainteresowań i ukochań leży w innym wymiarze. Gdy jednak w konkretnych warunkach katolicyzm stoi zawadą na drodze do realizacji naszych pragnień i ideałów, poświęcamy mu tyle czasu i trudu, ile wymaga tego skuteczność działania. Nic ponad to.

10. Trzeba rozwiązać myślowo problem całej Słowiańszczyzny, z którą czujemy się organicznie związani.

11. Serca nasze biją tęsknotą za Wielkością, za stylem życia polskiego, w którym znojny trud, męstwo i wytężenie człowieka każdą chwilę trwania otoczą blaskiem niewysłowionego piękna… Jakże daleko jesteśmy od tej chwili dziś, gdy otacza nas małość, strojna w pontyfikalne szaty! Małość, wszystko co nam drogie swoim całunem pokrywająca, małość co w mroczną otchłań bez dziejów wtrąciła już setki milionów istnień… Rozpocząć musimy nowy wątek życia, życia prawdziwie polskiego.

12. R z e c z y w i s t o ś ć p o l s k a, w i d z i a n a o c z a m i ż y j ą c e g o p o k o l e n i a j e s t t a k a, j a k ą j ą s t w o r z y ł n a r ó d w y s i ł k i e m p o k o l e ń u b i e g ł y c h i t e g o, k t ó r e a k t u a l n i e p o z i e m i n a s z e j s t ą p a.

13. Określamy naszą postawę wobec rzeczywistości polskiej, wobec płynącego strumienia życia polskiego: polega ona na woli uzyskania takiego wpływu na tok życia, by życie to spotęgować, narzucić mu potężny rytm, nadać znamiona Wielkości. Wola realizacji Wielkości w życiu polskim jest tą zasadniczą postawą duchową, która narzuca nam nakaz wzięcia jak najczynniejszego udziału w zachodzących procesach.

14. Niewiedza jest skuteczniejszą zaporą przed działaniem niż grube mury.

15. O ile niewiedza jest murem nie do przebycia dla jakiegokolwiek działania, to szczególnie zatwardziałą postacią niewiedzy jest błędna, fałszywa wiedza.

16. Poznanie jest zasadniczym warunkiem działania nie tylko w konkretnych sytuacjach codziennego życia.

17. W każdym niemal ubiegłym pokoleniu istniały w łonie narodu grupy czujące tak samo jak my, którzy pragniemy gruntownej odmiany kierunku rozwojowego, po którym Polska z nieubłaganym fatalizmem się toczy.

18. Naród więc stwarza swoją rzeczywistość. Charakter narodowy jest tu czynnikiem rozstrzygającym.

19. Bajdurzenie o polskiej rasie nie wytrzymuje krytyki.

20. Człowiek przychodząc na świat jest tylko możliwością.

 
[1] Zadrużanie usiłowali nawiązywać do “do pewnych elementów ideologii wczesnoendeckiej, a w szczególności do niektórych fragmentów spuścizny Balickiego czy Myśli nowoczesnego Polaka Dmowskiego. Afirmacja dynamizmu społecznego oraz krytyka polskiego charakteru narodowego zawarta w tych tekstach znajdowała uznanie w Zadrudze” (w:) B. Grott, Zygmunt Balicki ideolog Narodowej Demokracji, Kraków 1995, s. 72-73.
[2] “W Narodowej Wspólnocie Tworzącej etyka jest dziełem narodu polskiego – pisze jeden z zadrużan, Antoni Wacyk – i tylko jego dobro ma na celu. Świadomość tej prawdy miał Roman Dmowski (…). Następnie pisze: “wydając w roku 1927 broszurę “Kościół, Naród i Państwo”, Dmowski sprzeniewierzył się w niej temu, co pisał w roku 1905”. A. Wacyk, Mit polski – ZADRUGA, Wrocław 1990, s. 123-124. Tenże (w:) “O polski charakter narodowy – ZADRUGA”, s. 12: “Roman Dmowski, gdy przyniósł do Kraju nacjonalizm w postaci takiej, w jakiej go poznał na Zachodzie, zwrócił przeciwko sobie zwarte szeregi Ciemnogrodu; stał się cacy w oczach kołtuństwa endeckiego dopiero wówczas, gdy swój nacjonalizm ochrzcił”.
[3] B. Grott, , Kraków 1991, s. 267-289
[4] Omawiając tę pracę opieramy się o wierną jej kopię, wydaną przez wrocławskie wydawnictwo Toporzeł w 1990 r. Była to pierwsza publikacja książkowa zespołu ludzi, skupionych wokół miesięcznika “Zadruga”, zob. tamże, s. 5.
[5] Tamże, s. 3.
[6] Tamże.
[7] Tamże.
[8] Tamże, s. 3-4.
[9] Tamże, s. 4.
[10] Tamże.
[11] “Pewnie, że wnioski snute na kanwie “teorii wewnętrznego rozwoju Polski” daleko odbiegają od głęboko zakorzenionej w umysłowości polskiej skłonności do samoadoracji, i do wynoszenia własnych cech słabości na ołtarze “świętości narodowych”.
“Dzieje bez dziejów” to nie jakaś tam taka, lub owaka ocena polskiej rzeczywistości. (…) to przede wszystkim teoria, poznanie tego co jest. Ponad zakłamanie łzawego “optymizmu” wyrasta wola opanowania myślowego całości procesów życia Narodu. Od tego ogniwa zacząć musi każde zamierzenie rzutowane w przyszłość(…) Każda strona “Dziejów bez dziejów” jest wyrazem najśmielszego optymizmu, jest radosnym objawieniem, iż rdzeń Narodu, główne elementy Jego organizmu, są zdrowe, pełne uśpionych sił, zaś tajemnicza choroba, od wieków podcinająca Jego żywotność, okazała się tylko schorzeniem systemu nerwowego – duszy zbiorowej, schorzeniem, którego istotę, gdy się uświadomi łatwo będzie usunąć”. ”. Dz. cyt., s. 4 -5.
[12] Tamże, s. 9.
[13] Tamże.
[14] Tamże, s. 39 – 44.
[15] Tamże, s. 36-44.
[16] Z. Kossak-Szczucka, Pod dyktandem Berlina, Wydawnictwo Frontu Odrodzenia Polski. Warszawa 1943.
[17] Tamże, s. 12.
[18] “Dzieje bez dziejów…”, s. 40.
[19] Tamże, s. 40 –41.
[20] Tamże, s. 41.
[21] Tamże. Cytat za: R. Dmowski, “Myśli nowoczesnego Polaka”, Warszawa 1933, wyd. IV, s. 54.
[22] Tamże, s. 41-42.
[23] Tamże, s. 42, znajduje się następująca uwaga: “W tych samych warunkach geofizycznych żyją i inne narody, a pomimo to ich charakter, przebieg ich historii jest całkowicie inny”.
[24] Tamże – czytamy: “U s t r ó j p a ń s z c z y ź n i a n y, h e g e m o n i a w a r s t w y s z l a c h e c k i e j, żyjącej kosztem stanu chłopskiego, w niczym istotnym nie odbiegała od tego, co się działo w Polsce, Prusach, Rosji. W dziedzinie życia gospodarczego nie ma sił, o których by można było powiedzieć, iż one to zadecydowały o ukształtowaniu naszego charakteru narodowego’.
[25] “Coś tu się nie klei – pisze Stachniuk. Ciągłość ustroju społeczno-politycznego została zerwana w końcu XVIII w., a mimo to cechy duchowe rzekomo przez ten ustrój tworzone, odnajdują się ni stąd ni zowąd w Polsce Niepodległej. (…) Szlachetczyzna była kozłem ofiarnym”. Tamże.
[26] Tamże.
[27] Tamże, s. 44.
[28] R. Dmowski, Kościół, Naród i Państwo, Chicago 1985, s. 21.
[29] Tamże, s. 14.
[30] Tamże, s. 10.
[31] Tamże.
[32] Tamże, s. 16.
[33] Tamże, s. 16-17.
[34] Tamże, s. 17.
[35] Tamże, s. 18.
[36] Tamże.
[37] Tamże.
[38] Tamże, s. 20.
[39] Tamże.
[40] Tamże, ss. 18, 21.
[41] Tamże, s. 19-20.
[42] Tamże, s. 20-21.
[43] Tamże, s. 21.
[44] Tamże.
[45] Tamże, s. 21.
[46] Tamże.
[47] Tamże, s. 24.
[48] Tamże, s. 24.
[49] Tamże, s. 23-24.
[50] Tamże, s. 25.
[51] Tamże.
[52] Tamże.
[53] Tamże, s. 26.
[54] Tamże, s. 30.
[55] Tamże, s. 33
[56] Tamże, s. 34.
Autor: Ermikles

 

Etos pogański vs chrześcijański

 
Na prawicy.net możemy znaleźć artykuł niejakiego Jana Bodakowskiego pt. „Gospodarka i sprawy społeczne w myśli neopogańskiej Zadrugi i jej twórcy Stachniuka”. Artykuł napisany jest z pozycji typowo Polakatolickich, z licznymi błędami i językiem prostym jak budowa cepa (jest to chyba jeden z pierwszych, jak nie pierwszy tekst autora). Bodakowski odwołuje się tylko do… jednego opracowania[1]; nie ma cytatu z żadnego tekstu źródłowego. Odnosi się wrażenie, że część treści tekstu autor sobie wymyślił lub dowolnie zinterpretował. Co więcej Bodakowski, to niemal pewne, nawet nie przeczytał żadnej książki Jana Stachniuka – Stoigniewa w oryginale. Jest tak nieporadny i zapomina się do tego stopnia, że potyka się o własne nogi i chwyta za miecz obosieczny.
W swoim tekście chciałbym się odnieść tylko do jednej tezy autora, wyrażonej w zdaniu, „etos pogański nie przetrwał tysiąca lat konfrontacji z chrześcijaństwem, zwolennicy Stachniuka ignorowali fakty”.
Czy faktycznie etos pogański nie przetrwał konfrontacji z pogaństwem?
„Zadruga była środowiskiem – pisze Bodakowski – hołdującym przeświadczeniu że rzekomy etos przed chrześcijański (pisownia oryginalna – przyp. mój – WJR) był lepszy od etosu chrześcijańskiego. Utopijność tego przeświadczenia polegała na tym że rzekomy etos pogański był współczesną kreacją, sztucznym tworem. Etos pogański nie przetrwał tysiąca lat konfrontacji z chrześcijaństwem, zwolennicy Stachniuka ignorowali fakty”.
Nielogiczność tego stwierdzenia Bodakowskiego aż bije po oczach. Skoro „etos pogański” Zadrugi był „współczesną kreacją, sztucznym tworem” to w takim razie, jak mógł przez tysiąc lat konfrontować z chrześcijaństwem? Zupełnie opacznie to pojął Bodakowski. Tu chodzi o coś innego. Stachniuk wyraźnie podkreślał, że interesuje go wyłącznie postawa wobec świata dawnych Słowian. W „Drodze rewolucji kulturowej w Polsce” pisał, iż „wątek zerwany jest do nawiązania”, ale „śmieszne jest odnawianie symboliki Swantewita, Swarożyca, itd. Kwestie bałwanów niech zostaną dla bałwanów. Chodzi o żywą więź tego samego stosunku do życia; ta jest wspólna”. Stachniuk nawoływał do rekonstrukcji kultury polskiej opartej na panteizmie ewolucyjnym.
Zastanawiam się ponadto, o jakiej tysiącletniej konfrontacji pisze Bodakowski, skoro w zetknięciu z etosem katolickim, wspartym całą potęgą przymusu państwa, etos pogański musiał od razu zejść do podziemia lub całkowicie zginąć. Nie była to bowiem pokojowa konfrontacja, jakaś dyskusja, pokojowe nawracanie. I bynajmniej nie chodziło tu o Prawdę przez duże P, ale o stosunek sił – gdzie brutalna Siła, a nie Prawda dyktowała swe prawa. Ale czy ten pokaz bogactwa i siły z duchem chrześcijaństwa miał coś wspólnego? Chrześcijańska była tylko ornamentyka.
Zgoda, wierzenia przedchrześcijańskie Słowian, a wcześniej germańskich Sasów, nie przetrwały w konfrontacji z potęgą, jak najbardziej pogańską, bo militarną, ówczesnego cesarstwa i jego wasali. Ale to jeszcze nie świadczy o istotnej wartości i wyższości etosu chrześcijańskiego. Bodakowski chwyta za miecz, który jest bronią obosieczną. I bardzo łatwo można podać przykłady, kiedy etos katolicki, czy też szerzej chrześcijański, przegrał konfrontację z innymi etosami. Etos katolicki na przykład w Anglii nie przetrwał w starciu z etosem rodzimego kościoła – etosem anglikańskim. Idąc dalej tropem tego rozumowania w procesie historycznym aż do stosunkowo bliskich nam czasów Bodakowski musiałby stwierdzić, wbrew swemu całemu chrześcijaństwu, że etos muzułmański był lepszy niż chrześcijański – w Afryce Północnej, Egipcie czy Azji Mniejszej wygrał konfrontację z chrześcijaństwem. Podobnie – bolszewicki okazał się lepszy niż etos chrześcijańskiej Rosji, bo przecież bolszewicy i komuniści wygrali wojnę domową i przez prawie sto lat rządzili Rosją!
Zresztą Bodakowski decydując się na krytykę Zadrugi powinien przynajmniej znać podstawowy aparat pojęć używanych przez Stachniuka. Pewnie nie słyszał nigdy o „perwersyjnym instrumentalizmie chrześcijaństwa”. Gdyby bowiem słyszał, zrozumiałby, że to, co tak naprawdę zwyciężyło w IV wieku w Europie, w żadnej mierze nie było ewangelicznym chrześcijaństwem. Katolicyzm nie zwyciężył drogą negocjacji i powszechnej zgody. Górę wziął ów „perwersyjny instrumentalizm chrześcijaństwa”. Sam przecież człowiek-Bóg Jezus Chrystus nie pozwolił swoim uczniom użyć miecza w jego obronie. Powiedział, kto „mieczem wojuje, ten od miecza zginie”. Etos miecza nie należy więc do ducha prawdziwego chrześcijaństwa (jest tylko częścią zmanipulowanej tradycji chrześcijańskiej – nie bez udziału kochających miecz Germanów); należy jak najbardziej do etosu pogańskiego. Ale w perwersyjnym instrumentalizmie chrześcijaństwa można pójść aż tak daleko, żeby… święcić miecze i ostrzyć na murach kościołów swe szable – na pohybel poganom rzecz jasna. Nauki Chrystusa, jak widać, nie najwięcej tu ważą. A pogaństwo zwycięża zza grobu.
Jedno jest pewne, że nawet najbardziej niedorzeczne koncepcje religijne wygrywają w świecie tylko wtedy, kiedy mają za sobą cały aparat państwowego przymusu. Kiedy zawładną niepodzielnie umysłami władcy i władzy politycznej, stają się wtedy naprawdę niebezpieczne. Czym byłoby chrześcijaństwo bez wsparcia Konstantyna i Teodozjusza? Zapewne niczym wielkim i groźnym. A chrześcijanie budziliby dziś tylko naszą drwinę, tak jak wzbudzają ją domokrążni wyznawcy Jehowy, „głoszący Raj na Ziemi po przyjściu Pana, gdzie baranki bezpiecznie będą się pasać obok lwów”. Istna sielanka chrześcijańska, czysta liryka trawienia, jakby powiedział Stachniuk.
W konfrontacji z pogaństwem chrześcijaństwo było słabe, nieporadne, ale zaciekłe w swoim fanatyzmie i w głoszeniu swojej „Prawdy”. Tę zawziętość godną lepszej sprawy widzimy dziś często u mormonów czy świadków Jehowy krążących całymi dniami po ulicach i klatkach schodowych. Daje to nam wyobrażenie o tym, co kiedyś musieli wyprawiać chrześcijanie w głoszeniu „dobrej nowiny”[2]. Co oczywiście nie umniejsza w żadnym stopniu niedorzeczności głoszonych przez nich koncepcji. A co do tej tysiącletniej konfrontacji pogaństwa z chrześcijaństwem. Ks. Michał Poradowski pisał w swoim „Palimpseście”, że pogaństwo wciąż żyje w głębokich pokładach naszej duszy – niczym palimpsest. Tekst, jaki zapisało na naszej duszy chrześcijaństwo, jest coraz mniej czytelny, natomiast spod niego wyłania się pierwotniejszy (zapisywany też przez wielokrotnie dłuższy okres czasu) tekst – pogański – i ten odczytuje się bez trudu… Przyznaje to nawet kapłan chrześcijański – konfrontacja pomiędzy pogaństwem a chrześcijaństwem wcale to a wcale się nie skończyła, nawet po tysiącu i dwóch tysiącach lat może na nowo się pojawić. Tak jak pojawiła się w ubiegłym i obecnym stuleciu, po dwóch tysiącach lat dominacji chrześcijaństwa.

[1] Grott B. „Religia, cywilizacja, rozwój wokół idei Jana Stachniuka”.
[2] 2000 lat jakby nie było nieco zweryfikowało i stępiło ten optymizm chrześcijaństwa; stąd pojawili się nowi głosiciele „dobrych nowin”.
Autor: Ermikles

Czytaj więcej :

 
O TOŻSAMOŚCI NARODOWEJ POLAKA ( z komentarzem Andrzeja Szuberta ) :
http://opolczykpl.wordpress.com/2012/09/22/jeszcze-o-tozsamosci-narodowej-polakow/

Katolicyzm a polski charakter narodowy :
http://epafroditos.blogspot.com/2008/12/katolicyzm-polski-charakter-narodowy.html

NASZA PRZESZŁOŚĆ – Gdy dusze były jeszcze słowiańskie :


http://rodzimowierca.wordpress.com/2012/06/02/gdy-dusze-byly-jeszcze-slowianskie/

Biografia i bibliografia – Jan Stachniuk :
http://toporzel.republika.pl/listasta.html

Panhumanizm – Jan Stachniuk :
http://www.racjonalista.pl/kk.php/d,123

Wizje socjalizmu w myśli zadrużnej Jana Stoigniewa Stachniuka :
http://instytut-brzozowskiego.pl/?p=280

Andrzej Szubert – Moje pogańskie vademecum … :
http://opolczykpl.wordpress.com/2012/08/20/moje-poganskie-vademecum/

 

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 57 obserwujących.

%d bloggers like this: